Rząd nie ma dobrego pomysłu na naprawę systemu ochrony zdrowia

Minister zdrowia chce naprawiać system, a jednocześnie idzie na wojnę z lekarzami – mówi Krzysztof Bukiel, przewodniczący Zarządu Głównego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny rodzinnej, w rozmowie z Mariuszem Tomczakiem.

Foto: Marta Jakubiak/Gazeta Lekarska

Ostatnio środowisko lekarskie zostało zaskoczone pomysłem kształcenia w uczelniach zawodowych i zamiarem likwidacji stażu podyplomowego. Co może być dalej?

W kolejnych miesiącach Ministerstwo Zdrowia może zaskoczyć niejednym pomysłem, ale nie chcę niczego podpowiadać rządowi, bo jeszcze będzie gotowy wprowadzić to w życie.

Odnoszę wrażenie, że minister Adam Niedzielski postawił sobie za cel upokorzenie lekarzy lub walkę z nimi. Nie potrafię zrozumieć tego, że z jednej strony minister mówi, że chce naprawiać system ochrony zdrowia, a jednocześnie idzie na wojnę z lekarzami. To niepojęte.

W czasie niedawnej konferencji prasowej powiedział pan, że lekarze nie będą strajkować, lecz odejdą ze szpitali. Czy dziś jest to już powszechne zjawisko?

Odejścia lekarzy z publicznych szpitali i związane z tym zamykanie kolejnych oddziałów stanowi w pewnym sensie problem lokalny, bo dotyczy konkretnej placówki, ale z powodu dużej liczby takich przypadków w coraz większym stopniu staje się problemem ogólnokrajowym.

O jego powszechności może świadczyć fakt, że w 2018 r., po wejściu w życie ustawy o minimalnym wynagrodzeniu w ochronie zdrowia, podwyżki otrzymało ok. 20 proc. lekarzy. Jeśli w szpitalu lekarz zatrudniony na umowę o pracę dostaje najniższą pensję w wysokości 6769 złotych brutto, a jego kolega na kontrakcie zarabia 15 tys. złotych, to coraz więcej osób zastanawia się, czy warto dalej utrzymywać tę formę zatrudnienia i ten poziom wynagrodzenia. Myślę, że w przyszłym roku niezadowolenie z powodów płacowych nie zniknie w środowisku lekarskim.

Czego należy spodziewać się w ochronie zdrowia w nadchodzącym roku? W pana ocenie jest źle i tak pozostanie czy będzie jeszcze gorzej?

Porzuciłem myśl, że system ochrony zdrowia w Polsce zostanie naprawiony. Trzydzieści czy dwadzieścia lat temu jako związek zawodowy ciągle mówiliśmy o konieczności reformy. Obecnie ten temat podnosimy rzadziej, bo ze strony rządzących nie ma chęci do dialogu.

Póki minister Adam Niedzielski będzie symbolem kierunku zmian w ochronie zdrowia, to nie widzę powodów do optymizmu. Nie spodziewam się poprawy sytuacji w kolejnym roku, bo rząd nie ma dobrego pomysłu na naprawę systemu.

Rządzący chcą robić to w sposób administracyjny, odgórny, etatystyczny. Wydaje mi się, że obecne pomysły na reformę w pewnym uproszczeniu sprowadzają się do tego, że minister zdrowia czy ktoś z jego otoczenia miałby jeździć od szpitala do szpitala, żeby nadzorować i coś poprawiać. To się nie może udać.

Centralne planowanie i centralny nadzór nie działają w żadnym kraju i w żadnej dziedzinie gospodarki, nie może się więc to sprawdzić także w ochronie zdrowia w Polsce. Za nami zresztą prawie pięćdziesiąt lat doświadczenia gospodarki PRL-owskiej. Skoro takie zarządzanie nie przyniosło pozytywnych efektów przez tyle czasu, dlaczego teraz miałoby być inaczej? Moim zdaniem szpitale w Polsce Ludowej działały o niebo gorzej niż obecnie, choć społeczeństwo było znacznie młodsze, więc nie wymagało tylu świadczeń zdrowotnych co teraz.

Jaki jest największy problem systemowy w ochronie zdrowia?

Trudno wskazać jeden, ale najbardziej dobitnie widać głęboki deficyt pieniędzy w systemie w stosunku do formalnie gwarantowanych świadczeń medycznych. To rodzi wiele innych problemów jak limitowanie świadczeń w większości dziedzin, wzrost zadłużenia szpitali, odejścia pracowników z powodu niskich pensji.

Ale nawet przy obecnych nakładach na ochronę zdrowia można by wszystko trochę lepiej urządzić, gdyby istniały mechanizmy wymuszające racjonalne korzystanie ze świadczeń.

Od 30 lat wśród najważniejszych postulatów OZZL jest wzrost minimalnej płacy lekarza za etat do trzykrotności przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce. Czy nowy rok przybliży osiągnięcie tego celu?

W tym roku w związku z wejściem w życie ustawy o wynagrodzeniach minimalnych poprawiła się sytuacja pracowników ochrony zdrowia, ale zwłaszcza tych, którzy nie są lekarzami. Z podwyżek pensji zadowolone są niemal wszystkie grupy zawodowe poza nami.

W 2018 r. minister Łukasz Szumowski podpisał porozumienie z Porozumieniem Rezydentów, na mocy którego lekarze zobowiązujący się do niedyżurowania w innym szpitalu, dostali pensję minimalną w wysokości 6750 zł brutto, co stanowiło 1,58 średniej krajowej. Z podwyżek skorzystało ok. 18 tys. lekarzy i prawdopodobnie to byli właśnie ci, którzy otrzymywali minimalne wynagrodzenia.

W 2020 r. ustawa o płacach minimalnych wprowadziła wskaźnik 1,31, czyli dla lekarzy, którzy wcześniej dostawali najniższą pensję, wynagrodzenie w relacji do średniej krajowej faktycznie obniżyło się. Od lipca 2022 r. minister proponuje wskaźnik 1,45, więc w dalszym ciągu będzie to mniej niż było w 2018 r., choć więcej niż obecnie. Ta propozycja w listopadzie została zaakceptowana przez Trójstronny Zespół ds. Ochrony Zdrowia, w którym jednak – przypominam – nie ma lekarzy.

Jedyną wspólną płaszczyzną, na której możemy się jakoś odnaleźć w rozmowach z decydentami – co nie znaczy, że dogadać – są pensje. Rząd rozumie, że lekarze są niezadowoleni ze swoich wynagrodzeń, dlatego całą energię wkładamy w to, by wzrosły. To stanowi gwarancję, że nakłady na ochronę zdrowia też będą wyższe, więc wszystko może zacznie jakoś lepiej funkcjonować.

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.