13 czerwca 2024

Dr Krzysztof Madej: Minister znalazł podstawę do kreacji

Pewnego popołudnia, w połowie stycznia, grupa działaczy Naczelnej Izby Lekarskiej przebywała w biurze (zapewne po to, aby nic nie robić, bo teraz „na mieście” i „w towarzystwie” w dobrym tonie jest rozprawiać o tym, że w samorządzie lekarskim nic nie robią dla poprawy sytuacji materialnej lekarzy) – pisze dr Krzysztof Madej w felietonie dla „Gazety Lekarskiej”.

Foto: pixabay.com

Dołączył do nich inny, prominentny działacz tejże izby, bardzo zdenerwowany. Wcześniej udzielał on wywiadu jakiejś stacji czy redakcji, zapewne nt. walki z covidem, i dziennikarz zadał mu pytanie: co samorząd lekarski sądzi na temat nowo powołanego Instytutu Ekspertyz Medycznych. „???” – tak wyglądała jego odpowiedź, co przecież nie miało prawa mieć miejsca w przypadku organizacji tak poważnej jak NIL. Ruszyliśmy gremialnie do naszych prawników – szybkie logowanie do „LEX-a” i w ogóle do internetu. W końcu udało się ustalić tzw. stan faktyczny.

13 października 2021 r. w drodze zarządzenia minister sprawiedliwości wydał decyzję w sprawie utworzenia Instytutu Ekspertyz Medycznych w Łodzi. Przyznam, że okres ponad dwóch i pół miesiąca od podpisania przepisu powołującego ten instytut do przedostania się tej informacji do środowisk zainteresowanych tym zagadnieniem jest doświadczeniem, przynajmniej w moim przypadku, całkiem nowym i powiedziałbym egzotycznym.

Z formalnego punktu widzenia pewnie wszystko jest z grubsza w porządku. Skoro minister sprawiedliwości znalazł podstawę prawną do takiej kreacji legislacyjnej, to trudno tutaj oponować, chociaż nie sposób nie zauważyć, że mamy do czynienia z niezłym „łamańcem” legislacyjnym. Instytut ten nie jest bowiem instytutem powołanym rozporządzeniem Rady Ministrów, jak stoi w art. 5 ust 1 ustawy z dnia 30 kwietnia 2010 r. o instytutach badawczych, podległych określonemu ministrowi, tylko w tym wypadku jednostką organizacyjną w formie jednostki budżetowej, nieposiadającą osobowości prawnej.

To, że jednostka ta ma w nazwie „instytut”, można przypisać temu, że w ustawie o instytutach badawczych jest taki tajemniczy artykuł 66., który mówi, że do jednostek organizacyjnych (budżetowych) tworzonych przez ministra sprawiedliwości, a przeznaczonych do prowadzenia działalności naukowej, stosuje się odpowiednio liczne artykuły tejże ustawy o instytutach.

Można tak przyjąć, chociaż można też objaśniać to sobie tym, że jest to związane z całkowitą swobodą prawną używania nazwy „instytut”. Nazwa „klinika” jest prawem chroniona (art. 89 ust. 6 ustawy o działalności leczniczej), „instytut” – nie. Można założyć sobie spółkę z o.o. o nazwie „Europejski Instytut Wiązania Butów” i nikomu nic do tego. Przy ulicy, przy której mieszkam, znalazłbym kilka instytutów, a także klika klinik, jako prywatnych geszeftów lekarskich i mir społeczny i prawny na tej ulicy pozostaje niezakłócony – proszę mi wierzyć, jeżdżę po niej codziennie.

Na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego działa Klinika Prawa. Mogłoby to oznaczać, że sami prawnicy uznają, że prawo jest chore. Jako lekarz zgadzam się z tym poglądem. Widziałem też kiedyś Klinikę Gaźników i Wydechu Samochodowego. Tu też pełna zgoda. Gaźniki przecież też chorują, a wydech bywa nieświeży. Pomysł jest zresztą nie nowy. W Krakowie od 1929 r. istnieje Instytut Ekspertyz Sądowych im. prof. dr Jana Sehna, który do roku 2009 działał jako jednostka badawczo-rozwojowa z mocy ustawy z 1985 r. o jednostkach badawczo-rozwojowych, następnie został zlikwidowany, po czym na nowo powołany przez ówczesnego ministra sprawiedliwości, pod tą samą nazwą, w formie jednostki organizacyjnej. Medycyny on w zasadzie nie dotyczy, bo w jego strukturze są tylko pracownie: analiz toksykologicznych i genetyki sądowej.

Jakieś 2-3 lata temu wpadł w nasze (tj. działaczy NIL) ręce projekt ustawy o biegłych. Zakładał on niezwykle rozbudowany system powoływania i certyfikowania biegłych. Lecz niech tytuł ustawy nie zmyli czytelników. Zakładał on także restytucję Instytutu Ekspertyz Sądowych jako instytutu badawczego. Cośmy się wtedy nadrapali w głowy, co nacmokali nad finezją zawiłości legislacyjnych, sądząc, że przepisy te mogą mieć odpowiednie zastosowanie do biegłych w tzw. sprawach lekarskich (proszę zwrócić uwagę: nie medycznych, tylko lekarskich). Ale kurz opadł i teraz mamy odrębny Instytut Ekspertyz Medycznych, a z biegłymi dalej jest kłopot. To, swoją drogą, ciekawe, że jedne instytuty żyją z mocy ustawy, a inne z zarządzenia ministra. Jest też w Polsce wiele prywatnych instytutów ekspertyz medycznych.

Jeden nawet nazywa się „Polski”, inny nawiązuje nazwą do pobliskiego pasma gór. Ot, wolność gospodarcza. Niektórzy lekarze w tego rodzaju działalności upatrują możliwości biznesowego spożytkowania swojej wiedzy medycznej. Ten brak wewnętrznej i merytorycznej wiedzy o Instytucie Ekspertyz Medycznych tłumaczyć można też tym, że zarządzenia, w przeciwieństwie do ustaw i rozporządzeń, nie podlegają opiniowaniu publicznemu przez podmioty „mające właściwość” w materii przyszłej regulacji. Z drugiej jednak strony, w statucie Instytutu, który jest załącznikiem do zarządzenia w §3 ust. 2 pkt. 3 jest przewidziana współpraca z, expressis verbis, wymienionymi w nim izbami lekarskimi. Na czym ta współpraca ma polegać, nikt nam jeszcze tego nie zdradził.

Powołaniu tej jednostki organizacyjnej ministerstwa sprawiedliwości, w październiku ubiegłego roku, nie towarzyszyła żadna argumentacja ani dyskusja. Nie było założeń, nie było modelu działania ani przewidywanych skutków w przyszłości. Nie było żadnej korespondencji eksperckiej. Omówienie zawartości tego zarządzenia i próba odtworzenia kalkulacji politycznej, towarzyszącej tej inicjatywie, wykraczają poza ramy tego felietonu. To robota dla specjalistów.

Jednak analiza celowościowa i merytoryczna litery tego zarządzenia byłaby bardzo wymowna dla zilustrowania obecnych metod rozwiązywania problemów społecznych. Powołanie takiego instytutu, przy wszystkich wątpliwościach co do jego formy prawnej, zasad przyszłego działania, umiejscowienia w systemie wymiaru sprawiedliwości, jego związków z medycyną akademicką, umiejscowienia w systemie ochrony zdrowia, i przy wszystkich podejrzeniach co do prawdziwych intencji prawodawcy – tutaj ministra sprawiedliwości – traktować można jako wyraz desperacji w rozwiązywaniu problemu, jakim jest orzecznictwo sądowo-lekarskie. Bo problem jest, i w izbach wiemy o nim najlepiej, ponieważ od lat zajmujemy się kryzysem w tej materii.

A jak ten kłopot definiuje minister sprawiedliwości? Jest o tym w § 3 zarządzenia, który traktuje o „przedmiocie działalności” Instytutu. Otóż ma podejmować współpracę z licznymi organami i prowadzić prace naukowe, ale chyba przede wszystkim wydawać opinie „mające na celu usprawnienie procesu opiniowania sądowo-lekarskiego i przeciwdziałanie przewlekłości postępowań w sprawach karnych i cywilnych wynikającej z niedostatecznej liczby podmiotów opiniujących i lekarzy biegłych z dziedziny medycyny oraz wydawania opinii nieprzydatnych dla prowadzonych postępowań”.

Pięknie zakreślony przedmiot działalności, bo w jednym zdaniu mamy opisanie problemu i natychmiastowe podanie przyczyn. Istna „strassen diagnose”: mało biegłych i opinie nie na temat. Czy to wszystkie przyczyny? Coś mało. Z pewnością badania naukowe tegoż instytutu ten obraz rozwiną i skomplikują, a może przeciwnie, uproszczą i uporządkują. Po wskazaniu przyczyn, kolejny ustęp zarządzenia rozwija sposoby realizacji założeń ogólnych.

Szczególną moją uwagę zwrócił jeden: „analiza przyczyn błędów medycznych w różnych dziedzinach medycyny oraz uwarunkowań organizacyjnych mających wpływ na zaistniałe nieprawidłowości z opracowaniem projektów zmian legislacyjnych, które można wprowadzić w ramach organizacji systemu opieki zdrowotnej i kształcenia podyplomowego lekarzy”. No! – i jesteśmy w domu. Do ogromnej kolekcji agencji i instytutów dochodzi kolejny. Ileż to już my mamy instytucji zajmujących się problemem reformy systemu ochrony zdrowia, ileż katedr i zakładów zarządzania w ochronie zdrowia, ileż uczelni, samorządów i stowarzyszeń?

Teraz reformą „służby zdrowia” zajmą się prokuratorzy. To jest tzw. etatystyczny pomysł na rozwiązywanie problemów społecznych. Zamiast prawidłowo zdiagnozować problem w ramach istniejących i dobrze umocowanych instytucji władzy publicznej i zaproponować zmiany, powołuje się kolejne instytucje, które mają za zadanie zdiagnozować problem i zaproponować zmiany. I tak w koło Macieju.

Cóż możemy na to poradzić? Pewnie niewiele. Choć w samej idei takiego instytutu nie ma nic złego, to wszystko zależy od tego, czy instytut ten wyda społecznie wartościowy dorobek i czy ten dorobek będzie zdolna spożytkować szeroko rozumiana władza, czy tylko uzupełni sieć Samodzielnych Działów ds. Błędów Medycznych, utworzonych na mocy rozporządzenia z 7 kwietnia 2016 r. ministra sprawiedliwości, w prokuraturach regionalnych.

Tymczasem jestem z lekka pesymistycznie nastawiony do rozstrzygnięcia dylematu postawionego w pytaniu. Pamiętam bowiem jakość dyskusji przy nowelizacji przepisów kodeksu karnego, dotyczących nieumyślnego doprowadzenia do rozstroju zdrowia lub śmierci. Zrównywanie odpowiedzialności w prawie za czyny pospolitych przestępców i fachowych pracowników ochrony zdrowia, tym samym często zrównanie czynów popełnionych w złej i dobrej wierze, dokonywało się przy braku woli dialogu. To bardzo oddala nas od możliwości dyskusji o systemie no-fault, stosowanym z powodzeniem w wielu cywilizowanych krajach – ale to temat na inne rozważania.

Dr Krzysztof Madej

Słowa kluczowe: