15 czerwca 2024

Jak rozwiązać problem kolejek

W wygłoszonym rok temu exposé obejmująca urząd premiera dr Ewa Kopacz bardzo mało miejsca poświęciła problematyce ochrony zdrowia. Z oczywistych względów przyjęto to z zaskoczeniem. Mimo potraktowania najbliższej (?) sobie tematyki po macoszemu, pani premier wspomniała o kolejkach. Rzecz jasna, zapewniła, że będą krótsze.

Ewa Kopacz. CC BY-SA 2.5

Proponowaną kurację poprzedziła diagnoza: powodem kolejek jest zbyt mała liczba specjalistów. Stąd ówczesna wiara szefowej rządu w uzdrawiającą moc sfinansowania rezydentur „dla wszystkich absolwentów uczelni medycznych z lat 2012-2015”.

Po niespełna roku Ewa Kopacz zmieniła zdanie. W sierpniu, w jednej ze stacji telewizyjnych, wysunęła tezę, że „kolejki wydłużają się w tych przychodniach i w tych szpitalach, które mają swoją renomę, które mają dobrą kadrę, do której większość naszych pacjentów chce trafić”.

Nie mam zamiaru dołączać do chóru żurnalistów, niemających zielonego pojęcia o ochronie zdrowia, którym wspomniana wypowiedź dała asumpt do drwin z autorki. Jest w moim regionie szpital, który utracił renomę.

Osobnej dyskusji wymagałoby stwierdzenie, czy stało się tak słusznie, czy nie, bo i w tym przypadku media wystąpiły w roli jeśli nie ojca, to bez wątpienia akuszera. Fakt jest taki, że renoma gdzieś prysła. W rezultacie najbardziej niezadowoleni pacjenci ustawiają się w kolejkach do innych placówek.

Sytuacja nieprędko się zmieni, bo dobrą opinię, szacunek, uznanie i prestiż odbudowuje się trudno. To w medycynie znane zależności. I pani premier też je zna. Rzecz w proporcjach.

Gdyby rzeczywiście główną przyczyną kolejek była sława specjalistów, moglibyśmy nasz system opieki zdrowotnej uznać za co najmniej bardzo dobry, a kształcenie zawodowe w medycynie wręcz za wzorcowe.

Niestety, nie jest tak różowo i, pomijając nielicznych właścicieli „rąk, które leczą”, kolejki, nawet do lekarzy zasługujących na miano wybitnych, tworzą się u nas dlatego, że państwo w sztuczny sposób ogranicza możliwość skorzystania z ich porad i jednocześnie sprzyja mechanizmom zachęcającym, by w ogonku stanąć.

Narzucone przez NFZ limity to nic innego jak zmniejszenie szerokości drzwi do gabinetu specjalisty. Ów specjalista przyjąłby więcej pacjentów, gdyby dostał taką możliwość. Nikt nie musiałby przy tym pilnować, czy przynajmniej raz w tygodniu poradnia jest czynna do 18.00.

Znam lekarzy, którzy zamykają swoje praktyki o północy, a zdarza się, że później. W publicznej ochronie zdrowia „ostatni numerek” nie musiałby wchodzić ciemną nocą, ale obecna sytuacja, gdzie w większości poradni życie zamiera po południu, nie jest normalna.

Podobna uwaga dotyczy szpitalnej diagnostyki i operatywy, czyli kolejnych źródeł długich kolejek. Z drugiej strony (dez)organizatorzy systemu zadbali, by szeroko pojętą specjalistykę nie tylko otoczyć wianuszkiem wąskich gardeł, ale i stłoczyć u ich wrót jak największą liczbę pacjentów.

Mamy dobrze wykształconych lekarzy rodzinnych. Tylko co z tego, skoro dla systemu wystarczą umiejętności felczera, który wypisze receptę na podstawowe leki, bez problemu wystawi skierowanie do specjalisty lub szpitala, ale na badania dodatkowe już mniej chętnie, bo w praktyce dostanie po kieszeni.

Mamy specjalistów wykształconych w rekordowej liczbie wąskich dziedzin medycyny. Tylko co z tego, skoro ich chlebem powszednim nie jest rozwiązywanie wymagającej specjalistycznej wiedzy problemów, a powtórka leków i wypisywanie zaświadczeń przeważnie tym samym chorym, przekonanym o potrzebie systematycznych kontroli do końca życia.

Tak ten system działa, a nieliczne wyjątki tylko potwierdzają regułę. Po dwudziestu latach od rzucenia w eter obietnicy o pieniądzu idącym za pacjentem, mamy publiczną służbę zdrowia przypominającą sklep, którego półki wypełnia się od czasu do czasu darmowymi towarami.

Z organizacyjnego punktu widzenia sytuacja jest jeszcze bardziej komiczna niż za czasów PRL-u, kiedy to stało się tam, gdzie coś „rzucali”, choć przecież nigdy nie darmo. Nie muszę przypominać, jaki był finał.

Z drugiej strony, pamiętamy też doskonale, jak szybko, za sprawą prostej ustawy Mieczysława Wilczka, udało się puste półki wypełnić i ucywilizować zakupy. W ochronie zdrowia proces ten byłby jeszcze łatwiejszy, bo dzięki inwestycjom ostatniego dziesięciolecia baza lecznicza wyszła z okopów siermiężnego socjalizmu.

W celu lepszego wykorzystania tkwiącego w ludziach i sprzęcie potencjału, należałoby nie tylko znacząco poprawić finansowanie, ale i urealnić popyt, wprowadzając koszyk świadczeń gwarantowanych, ubezpieczenia dodatkowe i współpłacenie.

Do zapowiedzi polityków należy podchodzić z dystansem, ale symptomatyczne, że żaden z premierów nie ośmielił się nawet wspomnieć w exposé o tych prostych, efektywnie stosowanych w wielu krajach mechanizmach antykolejkowych.

I pewnie tej jesieni nie doczekamy się zmiany, bo zgodnie z jednym z praw Murphy’ego, „ludzie postępują rozsądnie dopiero wtedy, gdy wszelkie inne możliwości zawiodą”. Dzięki naszej ofiarności, do tego stanu jeszcze daleko.

Sławomir Badurek
Diabetolog, publicysta medyczny

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 10/2015