22 maja 2024

Koronacja

Ile ty masz lat?! Zacznij wreszcie myśleć! Ja w twoim wieku miałem już specjalizację i dwójkę dzieci. I ja wiedziałem, czego chcę w życiu… – wykrzykuje ojciec w dyplomowym spektaklu studentów Akademii Teatralnej w Warszawie.

Fot. pixabay.com

Napisany dwie dekady temu scenariusz Marka Modzelewskiego, radiologa i dramaotpisarza, dzięki reżyserii Izabeli Kuny przedstawia laboratoryjny obraz nieustannej bitwy o własne ja.

Ćwierć wieku temu, po długim remoncie osiemnastowiecznego internatu przy Miodowej, niemal naprzeciw Ministerstwa Zdrowia i obok Zakładu Stomatologii Zachowawczej WUM, reaktywowano teatr szkolny.

Scena będąca integralną częścią pałacu Collegium Nobilium, zaprojektowana przez Jakuba Fontanę, jest reklamowym oknem adeptów aktorstwa, przez które widać grę młodości strojącej się w stare kostiumy lub podejmującej próbę zerwania z przeszłością.

Przynajmniej raz w roku od czasu studenckiej przygody z łódzkim Przeglądem Szkól Teatralnych patrzę przez ową witrynę na kolejne pokolenia Łomnickich, Łapickich, Englertów, Strzeleckich i Malajkatów. Nocny powrót do domu staje się wtedy dobrym powodem do oczyszczających polemik i pełniejszym rozpoznaniem demonów, z którymi walczą nieustannie lekarze i ich pacjenci.

Długo czekałem na dobrą chwilę, by o Marku Modzelewskim napisać. Moje spotkanie z jego twórczością było naprawdę późne i w dodatku pandemiczne. Korzystając z dostępów streamingowych obejrzałem w 2020 r. „Wstyd” retransmitowany z warszawskiego Teatru Współczesnego.

A i wtedy zanotowałem jedynie, że Małgorzata jest okulistką. Fiszki z lekarzami w rolach głównych przydają się do następnych tekstów. Nie znam więc wszystkiego, co wstecz. Ani radomskiego Kabaretu Imienia Romana, ani debiutanckiego „Techno” („Starsza pani prycha”).

Nie kibicowałem Laboratorium Dramatu Teatru Narodowego, nawet wówczas gdy bywałem na każdej premierze. Nie należę także do grona fanów kinowego dwutaktu „Teściowie” czy serialowej „Klary”. Mimo to, nadrabiając zaległości, pobiegłem odświeżyć „Wstyd” i zapytać „Kto chce być Żydem?”. Przede wszystkim jednak wypatrywałem wolnych miejsc na „Koronację”. I co tu kryć, warto było o ten marcowy wieczór powalczyć.

W programach Teatru Współczesnego cytowana jest właściwie tylko jedna wypowiedź autora scenariuszy reżyserowanych przez Wojciecha Malajkata: „Pisanie pomaga mi się oderwać od tego, z czym stykam się w pracy zawodowej, pomaga nabrać dystansu. Może dlatego dla przeciwwagi piszę komedie”. Panie doktorze, czy jest pan przekonany, że pisze pan komedie?

Czy zgodnie ze starą definicją pańskie sztuki kończą się happy endem? Czy zadawane w nich ciosy starych pytań w nowych odsłonach są wyłącznie dystansowaniem się od rzeczywistości? A może jednak są krokiem naprzód, terapią codzienności, oczyszczeniem głowy z natręctw, które w głowach naszych pacjentów i nas samych kotłują się wciąż i wciąż, niezależnie od fortuny i wymiany roczników?

„Koronacja” jest historią młodego lekarza pracującego w pogotowiu bez specjalizacji, który podejmuje próbę opisania samego siebie, okiełznania strachów dzieciństwa i studiów medycznych, wyrwania się z dziedzictwa hipokryzji dobrego samarytanina, w którym ojciec alkoholik i nadopiekuńcza matka konserwują złudzenie rodziny, która rozwiązuje wszystkie problemy tego świata.

W samotnej grze bohaterowi przeszkadza, a może pomaga, podświadomość, alter ego, diabeł szepczący bunt królewicza, który zwycięża (tylko czy na pewno?) dopiero wówczas, gdy umiera przeszłość.

Lubię teatr studencki. Wszyscy młodzi, ale grają każdy PESEL. W „Koronacji” z Teatru Collegium Nobilium bank rozbija Maria Kłusek. Matka. Ostatni raz tak poprowadzoną rolę matki widziałem w „Balladzie o Januszku” w wykonaniu Ryszardy Hanin. Mistrzostwo.

Jakbym słyszał swoją mamę, która z troskliwym pobłażaniem mówi: „Gdyby oni wszyscy wiedzieli, jaki ty jesteś naprawdę”. I w tym splocie słów widzę rezydenta Maćka, napisanego przez młodego lekarza Marka Modzelewskiego ponad dwadzieścia lat temu.

I w tym splocie skojarzeń świat stoi w miejscu. Nie ruszył się nawet o krok. Król Lear krzyczy na dziecko i umiera. Koronę zakłada nowy Lear – nie mniej despotyczny i zachlany, jeszcze bardziej               wyrafinowany w mobbingu i specjalizujący się w absurdalnych roszadach. Egoistyczny szantażysta. Żądny krwi, władzy, odwetu. Po trupach. Na grobach. W nieustannej bitwie o własne ja.

Jarosław Wanecki, pediatra, felietonista