24 kwietnia 2024

Lekarka na wojnie: pokonałam śmierć

Odgłos eksplozji obudził mnie o 4.30. Pół godziny później operowaliśmy pierwszego rannego – opowiada Nina Kołosińska, ukraińska lekarka, w rozmowie z Mariuszem Tomczakiem. Tłumaczenie: Sofia Bedzis.

Foto: arch. prywatne

Dlaczego została Pani lekarką wojskową?

Po ukończeniu z wyróżnieniem studiów na Państwowym Uniwersytecie Medycznym w Tarnopolu musiałam wybrać, czy będę realizować specjalizację cywilną, czy wojskową. Do wyboru tej ostatniej zachęcali mnie znajomi z Wojskowej Ukraińskiej Akademii Medycznej. Na mój wybór wpłynęła również trwająca wojna – w 2014 r. Rosjanie zaatakowali Donbas i anektowali Krym.

Można więc powiedzieć, że podjęłam przemyślaną decyzję o byciu lekarzem wojskowym. We wrześniu 2021 r., po ukończeniu specjalizacji z anestezjologii i intensywnej terapii, rozpoczęłam pracę w szpitalu wojskowym w Mariupolu. Pojechaliśmy tam wraz z mężem, który również jest lekarzem wojskowym.

Rosyjska inwazja rozpoczęła się 24 lutego 2022 r. Jak zapamiętała Pani ten dzień?

Od 16 lutego 2022 r. pracowałam rotacyjnie w zespole lekarsko-pielęgniarskim w szpitalu wojskowym w mieście Wołnowacha w obwodzie donieckim, położonym kilkadziesiąt kilometrów zarówno od Mariupola, jak i od granicy z Federacją Rosyjską. Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta, docierały różne niepokojące informacje, ale nikt nie spodziewał się tego, co rozpoczęło się 24 lutego.

Obudziłam się ok. godz. 4.30 z powodu głośnej eksplozji. Błysk rozświetlił cały pokój. Już pół godziny później w naszym szpitalu operowaliśmy pierwszego rannego. Trwały naloty, a liczba żołnierzy i ludności cywilnej potrzebujących pomocy medycznej rosła. Biorąc pod uwagę bardzo trudną sytuację w Wołnowasze, 26 lutego otrzymaliśmy rozkaz powrotu do szpitala w Mariupolu.

O tym mieście cały świat usłyszał w ubiegłym roku, kiedy spadła bomba na teatr, w którym schronili się cywile. Zginęło wtedy około trzystu osób. Co się działo w Mariupolu w pierwszych dniach rosyjskiej agresji?

Przez całą dobę staraliśmy się zapewnić opiekę medyczną. Brakowało czasu na odpoczynek. Nasz szpital był jedną z nielicznych działających placówek medycznych. Przyjmowaliśmy wojskowych i cywilów.

Dzieci też?

Oczywiście. Nie brakowało dzieci, kobiet w ciąży i osób starszych. Chociaż już wcześniej w Wołnowasze mieliśmy do czynienia z dużą liczbą rannych, nie spodziewałam się, że będzie ich jeszcze więcej. Stanęliśmy przed koniecznością segregacji wielkiej liczby rannych, którzy odnieśli obrażenia w wyniku eksplozji i rany postrzałowe.

Mieliśmy wielu pacjentów z silnym krwotokiem i niestabilnych hemodynamicznie, którzy wymagali transfuzji krwi. Zwiększyliśmy liczbę łóżek i stanowisk operacyjnych. Ponad trzy czwarte personelu szpitala – niezależnie od tego, gdzie te osoby wcześniej pracowały – zostało zaangażowane w pomoc rannym. Staraliśmy się pomóc jak największej liczbie ludzi. W szpitalu wojskowym pracowałam do 16 marca – aż do zniszczenia go przez Rosjan.

Przez ponad 80 dni ostatnim punktem ukraińskiego oporu w Mariupolu był kombinat metalurgiczny Azowstal, pod którym znajduje się gigantyczny system podziemnych schronów jeszcze z czasów ZSRR. Tam został przeniesiony szpital?

Tak. W Azowstalu znalazło się około 20 medyków, w tym czterech chirurgów, trzech anestezjologów, a ponadto terapeuta, lekarz dentysta i farmaceuta. Mieliśmy od 200 do nawet 400 pacjentów dziennie. W związku z brakiem osób z wykształceniem medycznym dzieliliśmy się między sobą obowiązkami pielęgniarek i sanitariuszy. W jednym z bunkrów powstała zaimprowizowana sala operacyjna.

Wykonaliśmy setki zabiegów, w tym skomplikowane operacje, takie jak nefrektomia, splenektomia, hemikolektomia czy wytworzenie stomii. Zrobiliśmy dziesiątki laparotomii, musieliśmy amputować kończyny górne i dolne.  Mimo ograniczonych środków medycznych i trudnej sytuacji z dostarczaniem jedzenia udało się uratować wielu ludzi. My operowaliśmy, a nasi żołnierze cały czas odpierali ataki Rosjan.

Czego brakowało najbardziej?

Brakowało absolutnie wszystkiego, a zwłaszcza leków. Na początku korzystaliśmy z materiałów opatrunkowych pochodzących z apteczek w ocalałych pomieszczeniach Azowstalu, ale szybko się skończyły. Każdego dnia mieliśmy pacjentów, którzy potrzebowali m.in. antybiotyków i zmiany opatrunków.

Z powodu trwających walk i bombardowania kombinatu mieliśmy wiele pilnych operacji, wymagających zaopatrzenia m.in. w środki znieczulające, płyny infuzyjne i materiały opatrunkowe. Szybko kończyły się leki przeciwbólowe, zarówno narkotyczne, jak i nienarkotyczne.

Czy docierała jakaś pomoc z zewnątrz?

Pod koniec marca lub na początku kwietnia, nie pamiętam dokładnie, ukraińscy żołnierze zdołali dostarczyć nam leki i materiały medyczne. Zapasów wystarczyło na kilka tygodni. Później byliśmy zmuszeni do rzadszej zmiany opatrunków, a antybiotykoterapię stosowaliśmy tylko u pacjentów, którzy jej najbardziej potrzebowali. Podobnie było z lekami przeciwbólowymi.

W jaki sposób zdobywaliście wodę? I co jedliście?

Żywność i wodę gromadzili wojskowi z różnych jednostek. Zapasy rozdzielano między bunkrami. Po tym, jak zostało zniszczone miejsce przechowywania racji żywnościowych, musieliśmy jeszcze bardziej je oszczędzać. Kiedy skończyła się woda pitna, piliśmy wodę techniczną.

Staraliśmy się korzystać z niej z umiarem, bo nikt nie wiedział, jak długo zostaniemy w Azowstalu. Wprawdzie wodę można było znaleźć w różnych miejscach na terenie kombinatu, ale ze względu na ciągły ostrzał poszukiwanie i dostarczanie jej do bunkrów wiązało się z wielkim niebezpieczeństwem.

Jak w tak dramatycznych warunkach lekarz dba o sterylność narzędzi?

Ze szpitala wojskowego udało się nam wywieźć do Azowstalu środki dezynfekcyjne. Niektóre materiały, takie jak strzykawki, musiały być wykorzystywane wielokrotnie. Nie było mowy o całkowitej sterylności, ponieważ większość powierzchni sali operacyjnej ukrytej w bunkrze nie była przystosowana do mycia.

Z kolei to, co dało się umyć, nie było czyszczone tak często, jak powinno, ponieważ najważniejsze było wykorzystywanie wody do sterylizowania narzędzi chirurgicznych.

Co było najgorsze?

Przystosowałam się do ograniczonych zapasów wody i żywności, bo nie było innej możliwości. Przyzwyczaiłam się do ciągłego ostrzału. Dzięki łączności satelitarnej czasami mogliśmy dać sygnał swoim najbliższym, że nadal żyjemy. Najbardziej doskwierała bezradność wynikająca z braku wielu leków, narzędzi i sprzętu oraz możliwości ewakuacji ciężko rannych pacjentów. Zdarzało się, że przez to przegrywaliśmy walkę o czyjeś życie.

Czułam się też bezsilna, kiedy mieliśmy masowe przyjęcia, gdy pojawiało się kilkudziesięciu rannych, ale nie byliśmy w stanie pomóc wszystkim jednocześnie. Niemoc – to było najgorsze. Jako lekarz wiem, że niektórzy mogliby przeżyć w innych okolicznościach.

W Azowstalu osób czekających na pomoc nie brakowało.

Pracowaliśmy prawie bez przerwy. Zdarzało się, że nie spaliśmy kilka dni z rzędu. Byliśmy potwornie zmęczeni, ale w związku z dramatycznymi okolicznościami wiedzieliśmy, że musimy dać z siebie wszystko i nie mamy prawa popełniać błędów. Z punktu widzenia pracy lekarza w warunkach przedwojennych to było coś z pogranicza fikcji i rzeczywistości.

Walczyliśmy o życie każdego pacjenta. Uratowaliśmy setki ludzkich istnień. Mieliśmy ogromną chęć udzielania pomocy. W bunkrach Azowstalu dokonaliśmy niesamowitych rzeczy. Wszystko po to, by od kogoś, kto był o krok od śmierci, dzień później usłyszeć pytanie: „Dzień dobry, kiedy można coś zjeść?”.

Czy w kombinacie byli Polacy?

W Mariupolu walczyli ochotnicy z różnych krajów, w tym z Polski, choć nie poznałam ich osobiście. Słyszałam, że jeden z obrońców Azowstalu był Polakiem i tak jak ja dostał się do rosyjskiej niewoli, ale został wymieniony na rosyjskich żołnierzy.

W jakich okolicznościach trafiła Pani do niewoli?

16 maja, po otrzymaniu rozkazu, kombinat zaczęli opuszczać najciężej ranni. Następnego dnia osoby w stanie w średnio ciężkim, a 18 maja – najlżej ranni i personel medyczny. Trafiłam do więzienia w Ołeniwce w obwodzie donieckim. W sześcioosobowej celi przebywały 24 kobiety.

Cały czas byłyśmy głodne. Dostawałyśmy jedzenie o objętości jednej szklanki dziennie. Woda była tak fatalnej jakości, że większość więźniów miała poważne problemy z przewodem pokarmowym.

Jak odnosili się do Was Rosjanie?

Bardzo źle. Nie miało znaczenia, czy jesteś kobietą, mężczyzną, żołnierzem albo oficerem. Jako lekarz nie miałam żadnej taryfy ulgowej. Do Ołeniwki trafiło około 20 medyków z Azowstalu, ale w tym więzieniu zostali osadzeni także lekarze z innych jednostek. Tam była kompletna próżnia informacyjna.

Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Codziennie mówiono nam, że przegraliśmy wojnę, że Ukraina już nie istnieje, że na nikogo z nas nikt nie czeka w domu. Że nie dojdzie do wymiany więźniów, bo nie ma rosyjskich jeńców, więc jesteśmy niepotrzebni. Najgorsza jednak była noc, w trakcie której doszło do masakry.

Co się wtedy wydarzyło?

W nocy z 28 na 29 lipca obudziła nas bardzo głośna eksplozja. Zaraz potem rozległy się straszliwe krzyki naszych chłopców. Krzyczeli nieludzkim głosem, błagając o pomoc. Pomocy medycznej udzielałam z kilkoma innymi ukraińskimi lekarzami, którzy wcześniej pracowali w szpitalu wojskowym. Nie było leków, brakowało materiałów opatrunkowych. I znów poczułam bezradność, że nie jestem w stanie pomóc swoim rodakom.

Tamtej nocy kilkudziesięciu ukraińskich jeńców wojennych przetrzymywanych w nieludzkich warunkach zginęło z powodu cynicznego ataku Rosjan. To, co się wydarzyło w Ołeniwce, to jeden z najtragiczniejszych dni we współczesnej historii Ukrainy. Nie licząc ofiar śmiertelnych, kilkadziesiąt osób zostało rannych. Mój barak był ok. 500 metrów od miejsca wybuchu.

Jak doszło do uwolnienia?

Od początku października Rosjanie przewozili nas z jednego miejsca do drugiego. W połowie miesiąca znowu gdzieś nas wywieziono. Z Krymu – jak się później okazało – do Zaporoża, na miejsce wymiany jeńców.

Jechaliśmy ciężarówkami z zawiązanymi rękami i zasłoniętymi oczami. Zostałam zwolniona wraz ze 107 zakładnikami. Niestety, większość naszych chłopców i dziewcząt z Azowstalu została w rękach Rosjan. W niewoli przebywałam od 18 maja do 17 października.

Czy spodziewaliście się, że Rosjanie będą wypuszczać jeńców?

Z jednej strony wierzyłam, że nasze państwo będzie walczyć o nas do końca. Z drugiej – nie bardzo sądziłam, że do tego dojdzie. Pamiętam, gdy podszedł do nas przedstawiciel strony ukraińskiej i powiedział: „Dziewczyny, głowa do góry”, a zaraz potem zobaczyłam ukraińskie flagi. Wtedy do mnie dotarło, że jesteśmy u siebie. To niezapomniana chwila. Nie potrafię tego opisać słowami…

Wiele już słyszałem o pomaganiu innym, ale niewiele powiedziała Pani o sobie. Czy odniosła Pani jakieś rany?

W wyniku ostrzału szpitala w Mariupolu doznałam wstrząsu mózgu. Odniosłam też obrażenia po wybuchu miny. Po zwolnieniu z niewoli trafiłam na krótko do szpitala.

Wojna trwa. Miejmy nadzieję, że szybko się skończy. Czym się Pani teraz zajmuje?

Po wyjściu ze szpitala spędziłam trochę czasu z rodziną. Kilka miesięcy temu wróciłam do pracy. Nadal robię to, co kocham – pomagam i leczę. Czekam również na powrót każdego, kto z Azowstalu trafił do rosyjskiej niewoli. Kiedy wracam myślami do tego, co się wydarzyło w ubiegłym roku, wiem, że Mariupol jest miastem niezwyciężonych i niezłomnych bohaterów, a mi udało się pokonać śmierć.


Nina Kołosińska (z domu Lopuga) ma 28 lat. Urodziła się w mieście Warasz w obwodzie rówieńskim na zachodzie Ukrainy. Jej matka jest nauczycielką, a ojciec strażakiem. Studia medyczne ukończyła z wyróżnieniem. W trakcie odbywania specjalizacji z anestezjologii i intensywnej terapii otrzymywała stypendium naukowe prezydenta Ukrainy i stypendium Rady Najwyższej Ukrainy.


Nikt nie jest bezpieczny

Zdjęcie kobiety w zaawansowanej ciąży, wynoszonej na noszach ze zbombardowanego na początku marca 2022 r. przez siły Federacji Rosyjskiej szpitala w Mariupolu, obiegło cały świat. W kolejnych tygodniach niemal doszczętnie zrównano z ziemią 430-tysięczne miasto.

Odkąd rozpoczęła się inwazja Rosji na Ukrainę, placówki medyczne przestały być bezpiecznymi miejscami. Ataki na infrastrukturę ochrony zdrowia są stałym elementem wojny trwającej za naszą południowo-wschodnią granicą. Jak poinformował minister zdrowia Ukrainy Wiktor Liaszko, w ciągu niecałego roku zostało uszkodzonych ok. 1,2 tys. placówek ochrony zdrowia (w tym częściowemu zniszczeniu uległo 540 szpitali, a całkowitemu – ponad 170). Zdarzały się ataki na szpitale z wykorzystaniem amunicji kasetowej.

Na terenach wcześniej okupowanych przez Rosjan odnotowywano przypadki plądrowania ośrodków zdrowia – budynki dewastowano, karetki niszczono, a w środku Ukraińcy odnajdywali materiały wybuchowe, a nawet miny przeciwpiechotne. – Miny przeciwpiechotne są często wykorzystywane na terenach przyfrontowych, ale zobaczenie ich w szpitalu było szokujące. To jasny przekaz dla tych, którzy przychodzą po leki lub pomoc: nie jesteście bezpieczni nawet tutaj – mówi Vincenzo Porpiglia z organizacji Lekarze bez Granic.

Trudna sytuacja panuje również z dala od linii frontu. Jak informuje Polska Misja Medyczna (PMM), szpitale zgłaszają wzrost liczby przedwczesnych porodów i patologii ciążowych. W Instytucie Pediatrii, Położnictwa i Ginekologii w Kijowie 82 proc. noworodków miało niską i skrajnie niską masę urodzeniową. Z uwagi na ukrywanie się kobiet w ciąży w domowych piwnicach rośnie liczba infekcji przedporodowych. – Wszystkie szpitale zgłaszają, że w trakcie ostatniego roku przyjmowały porody w schronach, a częściowo dochodziło w nich również do operacji chirurgicznych – mówi Milena Chodoła z PMM.