27 maja 2024

Muraho! Witajcie!

„Umuganga Marguerite” – tak nazywano mnie w ostatnim czasie. W polskim tłumaczeniu „lekarz Małgorzata”. Przywrócona Polsce po powrocie z serca Afryki – Rwandy, gdzie spędziłam na misji medycznej cztery miesiące. Najpiękniejszy i najtrudniejszy czas w moim życiu.

Małgorzata Osmola

Foto: archiwum prywatne

Jak wygląda ten świat w oczach Europejki, która nigdy wcześniej nie była na czarnym lądzie? Jak żyje się na rwandyjskiej wsi? Jakich pacjentów spotykałam w szpitalu? Dajcie się porwać w krótką podróż do Rwandy…

„Rwanda” – w miejscowym języku „kinyarwanda” – oznacza kraj tysiąca wzgórz. Krajobraz tego malutkiego państwa nie przypomina obrazu Afryki znanego z filmów. Nie ma rozłożystych drzew akacjowych ani spalonych słońcem traw. Po horyzont widać zielone wzgórza, usiane poletkami uprawnymi i bananowcami. Na ulicach gwar, kobiety w barwnych sukniach, z dziećmi na plecach, koszami owoców na głowie…

W tym barwnym świecie spędziłam cztery miesiące swojego życia. Pracując jako wolontariuszka w szpitalu w Nemba, na północy kraju, obserwowałam z bliska prawdziwe życie Rwandyjczyków. Afrykańska codzienność nie jest tak bajeczna jak otaczający krajobraz. Nie można zapomnieć, że Rwanda to jeden z najbiedniejszych krajów na świecie, w którym niedawno zakończył się krwawy konflikt na tle plemiennym.

Bieda jest wszechogarniająca, warunki życia miejscowych dla nas nie do pojęcia, niedożywione dzieci… Czy to odpowiednie miejsce na pierwszy wolontariat dla młodej lekarki? Przede wszystkim jest tam bezpiecznie, a w całej nędzy dostrzegłam światełko w tunelu! W szpitalu byliśmy w stanie zapewnić chorym podstawową opiekę, w całym kraju sprawnie funkcjonuje system ubezpieczeń zdrowotnych.

Mój szpital znajdował się w małej wsi Nemba, w północnej Rwandzie. Służy populacji blisko ćwierć miliona osób. Powstał dzięki pomocy organizacji Medicus Mundi International. Przez 40 lat jego istnienia utworzono 170 łóżek dla najbardziej potrzebujących pacjentów oraz przyszpitalną przychodnię, do której codziennie zgłaszała się około setka chorych.

Jest oddział internistyczny, pediatryczny, chirurgiczny, ginekologiczny, neonatologiczny oraz intensywna terapia. Pracuje tam garstka lekarzy ogólnych, nie ma ani jednego specjalisty. Oznacza to, że ten sam lekarz przyjmuje w przychodni, robi cięcia cesarskie, operuje, samodzielnie analizuje wszystkie badania diagnostyczne.

Lądowanie na internie

W udziale przypadło mi zajęcie się oddziałem chorób wewnętrznych. Codziennie widziałam od 40 do 80 chorych. I tak właśnie ja – 25-letni medyk z niespełna półtorarocznym stażem pracy, stałam się lekarzem prowadzącym dla całej interny. Czy dawałam sobie radę? Musiałam! Zlecałam badania, leczenie. Jak znaleźć czas na taką liczbę chorych? 10 godzin, które spędzałam codziennie w szpitalu, w stu procentach poświęcałam pacjentom. Nie ograniczała mnie biurokracja, tak jak się to często zdarza w Polsce.

gazeta lekarska

Tak jak u nas

Z czym przychodzili pacjenci? Połowa trafiała na oddział z powodu chorób zakaźnych – głównie z tyfusem, amebiazą, czasem zdarzała się malaria. Druga połowa z tym, co nazywamy chorobami przewlekłymi: niewydolnością serca, nadciśnieniem, astmą, cukrzycą. Czyli w zasadzie to, z czym spotkamy się w szpitalach w Polsce. Wiedza o tych chorobach była w Rwandzie niewielka, więc na tym temacie skupiała się moja praca edukacyjna.

Koszmarny tyfus

Z chorób zakaźnych dominuje tyfus. Ta choroba spędzała sen z powiek zarówno mnie, jak i moim pacjentom. Ma bardzo ciężki przebieg, chorego trawi taka gorączka, że brakuje skali na termometrze i utrzymuje się ponad tydzień, pomimo antybiotykoterapii. Pacjent zwija się od silnych bólów brzucha. Infekcja niestety często wikła się perforacją przewodu pokarmowego i wymaga interwencji chirurgicznej. Malaria to przy tyfusie „pikuś”. Miejscowi lekarze i pielęgniarki mieli z nią dużo styczności, dzięki czemu diagnozowali ją i leczyli bardzo sprawnie.

Usg z Youtuba

A co tyczy się możliwości diagnostycznych – oprócz rąk i stetoskopu, miałam do dyspozycji RTG, EKG i całkiem niezły aparat USG. Cała moja wiedza, dotycząca tego ostatniego, to dwugodzinny kurs na studiach. Głupio by było nie wykorzystać możliwości, pomyślałam, patrzeć, jak aparat stoi w kącie i się kurzy. Otworzyłam Youtuba, odszukałam w internecie pdfy książek i sama nauczyłam się robić USG. Kilka wykonanych badań dziennie i powiem wam, że zaczynałam „coś widzieć”! Praca na misji medycznej to bycie zdanym tylko na siebie i na własne umiejętności. Te warunki sprawiają, że uczymy się bardzo szybko. Trzeba działać i samodzielnie podejmować decyzje!

Komunikacja, a raczej jej brak

Pacjenci trochę się mnie wstydzili. Przez barierę językową nie jest łatwo nawiązać kontakt. Zawsze musiałam mieć przy sobie kogoś, kto tłumaczył z kinyarwanda na francuski lub angielski. Uczyłam się miejscowego języka, ale z marnym efektem… Choć nawet tych kilka słów, które znam, pozwalało mi zbliżyć się do pacjenta i zdobyć jego zaufanie. Podśmiewali się z moich nieudolnych prób pytania, jak się mają: „Amakuru? Umezeute?”. Ale najważniejsze, że pierwsze lody przełamane.

Z dzieciakami jest inaczej. Najczęściej na mój widok płakały, bo to pierwszy raz, kiedy widzą białego człowieka – „umuzungu”. Gdy na wizycie zastawałam małych pacjentów śpiących, starałam się badać ich przez sen. Modliłam się tylko, żeby się nie przebudzili. Bo gdy zobaczyły nad sobą białą zjawę, to wrzask i płacz rozdzierał mi bębenki. Tym większym dzieciom przedstawiałam się i dawałam kolorowe naklejki „Dzielny pacjent”, czym udawało mi się zaskarbić ich sympatię.

Szaman najlepszy na wszystko

Największym problemem medycznym jest stosowanie „medycyny tradycyjnej”. Dzieci po podaniu przez szamana ziół niewiadomego pochodzenia trafiają do szpitala zatrute, z uszkodzoną wątrobą. Wielu nie udało się uratować… Drugą praktyką jest coś, co nazywa się „ręczną ekstrakcją”. Wierzy się, że gdy dziecko jest chore, to całe zło zlokalizowane jest w migdałkach. Więc najprostszym rozwiązaniem jest ich usunięcie.

gazeta_lekarska

Szaman wyrywa je palcami, na żywca, bez znieczulenia. Albo dziecko przeżyje, albo umrze z wykrwawienia lub ciężkiego zakażenia. Jeśli nastąpi zgon, to przecież nie wina szamana, tylko matki, bo zgłosiła się za późno, a zło opanowało już całe ciało… Te praktyki są przez rwandyjski rząd zakazane, jednak na terenach wiejskich w dalszym ciągu praktykowane.

Dziękuję inne niż zwykle

Najpiękniejszym momentem jest wyzdrowienie pacjenta i wyjście ze szpitala. Satysfakcja, że zrobiło się dobrą robotę. Usłyszeć na do widzenia szczere „murakoze”, czyli dziękuję, to coś cudownego, co daje siłę do dalszej pracy. Istnieje tu zwyczaj, że w podzięce za opiekę, pacjent zaprasza lekarza do domu rodzinnego na wspólny posiłek. To wzruszające i piękne, że relacja nie jest ograniczona do suchego kontaktu w szpitalu, lecz lekarz staje się niejako częścią rodziny.

Mój team

Świetnie układała mi się praca z tamtejszym personelem. Początkowo musiałam dużo pracować nad zdobyciem ich zaufania, lecz już po pierwszych tygodniach razem z pielęgniarzami i stażystami stworzyliśmy bardzo zgrany zespół, wspólnie pracowaliśmy nad poprawą jakości opieki nad pacjentem. Porównując funkcjonowanie oddziału, który zastałam po przyjeździe, a który zostawiałam, wyjeżdżając, to niebo a ziemia! To był bardzo intensywny czas, który spędziliśmy z korzyścią dla obu stron.

Co dalej?

Decyzja o wyjeździe do Rwandy była jedną z lepszych w moim życiu. To niesamowite doświadczenie dla mnie, nie tylko jako lekarza, ale przede wszystkim – człowieka. Tym artykułem chcę zachęcić wszystkich, którym gdzieś po głowie krąży myśl o wyjeździe na misję, do podjęcia wyzwania i wyjazdu w celu pomocy tym najbardziej potrzebującym. My się uczymy, jednocześnie ucząc innych. Czy to nie wspaniałe? Nie można się bać, że sobie nie poradzimy.

W krajach rozwijających się każde ręce do pomocy są potrzebne. Zapewniam, że wiedza zdobyta podczas pracy w Polsce doskonale znajdzie swoje zastosowanie. Planuję już kolejny wyjazd na moją małą misję medyczną do Rwandy, kraju, który stał się moim drugim domem. W tym celu zbieram środki. Jeśli wierzycie, że mój cel jest szczytny, wesprzyjcie mnie, wpłacając na:

Fundacja Promyk Nadziei
KRS: 0000208927
Konto bankowe: Bank PKO SA O/Częstochowa 44 12401213 1111 0010 0246 8847
W tytule przelewu wpisując: Rwanda

Małgorzata Osmola
Misja Gocha