2 marca 2024

Reagować – znaczy chcieć. O zaufaniu do lekarzy

Wysoki poziom zaufania społecznego związany jest z prawidłowym, a przede wszystkim sprawnym funkcjonowaniem społeczeństwa – pisze prof. Jacek Gawrychowski w liście do redakcji „Gazety Lekarskiej”.

Foto: shuterstock.com

W przeszłości zaufanie to oparte było przeważnie na jasno sprecyzowanych regułach dotyczących określonych zachowań i zasad ich przestrzegania, obowiązujących zarówno społeczność jako całość, jak i poszczególne jednostki ją tworzące. To z kolei dawało poczucie bezpieczeństwa i pewności w zakresie zarówno indywidualnym, jak i zbiorowym.

Utrwalanie tych zasad i zachowań powodowało, że w ramach przyjętych reguł i dla ich przestrzegania tworzono trwałe struktury wzmacniające praworządność. I to nie tylko w zakresie instytucjonalnym, ale także obyczajowym.

W czerwcowym numerze „Gazety Lekarskiej” w wywiadzie „Musimy reagować” dr n. med. Łukasz Szmygel na podstawie danych Ipsos Global Monitor z 2022 roku informuje, że w Polsce lekarzom ufa około 39 proc. Polaków. Sprawdziłem – w rankingu zaufania do lekarzy Polska plasuje się na jednym z ostatnich miejsc spośród grupy 29 krajów, w których taką analizę przeprowadzono.

Oczywiście tutaj rodzi się natychmiast pytanie – dlaczego? Dlaczego w krajach takich jak Finlandia, Holandia, Szwajcaria i Belgia, wreszcie Słowenia odsetek społeczeństwa z zaufaniem do lekarza sięga 84-89 proc., w Polsce zaś jest tak niski? Może ma to związek z ogólnym kryzysem zaufania do ludzi bez względu na zawód, który wykonują?

Okazuje się (według tegoż Ipsos Global Trends 2022), że spośród ankietowanych społeczeństw 30 krajów świata najwyższy poziom zaufania do innych ludzi panuje w Chinach i Indiach (56 proc.), najniższy zaś w Brazylii (11 proc.), Malezji (13 proc.), Turcji (14 proc.) i właśnie w Polsce (16 proc.). Czy wobec tego tutaj nie należy poszukiwać też korelacji z niskim zaufaniem do naszego zawodu?

A może przyczyn tak niskiego poczucia zaufania do lekarzy i całego białego personelu należy poszukiwać w zmianach organizacyjnych i strukturalnych, do jakich doszło w trakcie i po transformacji w Polsce, w następstwie wielu reform służby zdrowia, które miały przynieść poprawę, przyniosły zaś chaos skutkujący do dnia dzisiejszego odpływem nie tylko nowo wykształconych, ale także wysoko wyspecjalizowanych kadr medycznych.

A tak przy okazji – jestem po kolejnym spotkaniu absolwentów mojego rocznika, tym razem już po 45 latach od uzyskania dyplomu. W spotkaniu uczestniczyło 86 lekarzy – w tej liczbie czynnych zawodowo jest 80 (93 proc.) osób, zaś sześciu pozostałych – niepracujących – to Koledzy żyjący w większości za granicą.

Co by się wobec tego stało w opiece medycznej, gdyby tych 80 osób (a to przecież pokolenie 70-latków) zrezygnowało nagle z pracy? Pomnóżmy to jeszcze przez liczbę uczelni medycznych. Podobno wcześniej miało być uczciwie i sprawiedliwie, potem zresztą też, tylko że w ostatnich siedmiu dekadach szczucie pewnych elit przeciwko lekarzom nie zmieniło się w praktyce wcale.

Czymże było – słynne w 2008 roku – stwierdzenie „pokaż lekarzu, co masz w garażu” wobec znanego nam wszystkim z lat 60. ubiegłego wieku, że „lekarz się sam wyżywi”, jak nie próbą takiego samego odwrócenia uwagi społeczeństwa od prawdziwych bolączek służby zdrowia, wręcz wykluczenia kadry medycznej z grupy ludzi cieszących się powszechnie zaufaniem i autorytetem (uczciwych?).

A chęć wzięcia lekarzy „w kamasze”? Komu to miało służyć? Z pewnością nie chorym ludziom. A emanacja prawdziwych i rzekomych błędów medycznych w mediach i na forach społecznościowych, nawet bez wyroku sądowego?

Jak w takim razie przeciętny obywatel, kiedyś dyskryminowany z powodów politycznych, obecnie zaś nierzadko z powodów finansowych (inflacja, a więc droższe leki, droższe wizyty w gabinetach prywatnych, droższa rehabilitacja, sanatoria), słuchając ciągłych ataków na złych, pozbawionych skrupułów lekarzy, ma odnosić się do nich z pełną ufnością i atencją i wykazywać optymistyczny stosunek do możliwości skutecznego wyleczenia przez nich z choroby. A do tego jeszcze wszechobecny dr Google. Przecież on wie najlepiej.

A przecież każda choroba i jej leczenie niesie w sobie pewne – większe lub mniejsze – zagrożenie niepowodzeniem. To niepowodzenie musi być zawsze wkalkulowane w ryzyko leczenia i wyraźnie musi być przekazane. Jak więc jednak przekazać choremu te wiadomości, skoro nie ma on zaufania do lekarza? Ale jeżeli to zaufanie nie zostanie przywrócone, zabawa (przepraszam) – polowanie z nagonką na nas, lekarzy – wciąż będzie trwało. Zaś kancelarie adwokackie wciąż będą szukały nowych trofeów.

Prof. dr hab. n. med. Jacek Gawrychowski, kierownik Katedry i Oddziału Klinicznego Chirurgii Ogólnej i Endokrynologicznej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach