17 czerwca 2024

Recepty i social media a sprawa polska

O problemach z odczytywaniem pisma lekarskiego na receptach słyszał chyba każdy. Na ten temat są nawet anegdoty. Z chwilą pojawienia się e-recept dawne kłopoty zniknęły. Za to pojawiły się nowe, wcześniej nieznane.

Fot. pixabay.com

Głośnym echem odbiła się niedawno sprawa pewnego preparatu stosowanego u dzieci z nietolerancją białka mleka krowiego. Od wielu lekarzy Narodowy Fundusz Zdrowia zażądał zwrotu sporych kwot odpowiadających refundacji (wraz z odsetkami) za wymieniony preparat. Chodziło o recepty dla dzieci, których wiek nieznacznie przekraczał limit określony w przepisach.

Nietolerancja na białko mleka krowiego nie jest podatna na polskie przepisy. Nie znika w magiczny sposób w dniu, w którym dziecko ukończy określony wiek. Zarazem dobre serce lekarza nie jest argumentem, który rozwiąże jeden z wielu problemów dotyczących refundacji leków.

Równolegle pojawiły się sugestie, jakoby farmaceuci powinni reagować, gdy trafi do nich pacjent z receptą np. na wyżej wymieniony preparat. Czy w takim razie farmaceuta miałaby pełnić rolę, której nie mógł lub nie chciał spełnić lekarz?

To dość odważne podejście, zwłaszcza na tle odmawiania farmaceutom praw do jakiejkolwiek diagnozy, a zarazem decyzji. Pomyślmy. Farmaceuta nie ma żadnych praw do jakiejkolwiek formy kwestionowania ordynacji lekarskiej, co równa się temu, że nie ma żadnych praw do weryfikacji zasadności ordynacji leku, szczególnie w powiązaniu z PESEL-em pacjenta.

Dobrze myślę? Założenie, że farmaceuta powinien zareagować, by – w istocie – uchronić lekarza przez zapłaceniem kary za nienależną refundację, jest mało realistyczne. To, że ktoś tak zakłada, nie oznacza, że tak jest. Pomijając przepisy, dlaczego (i na jakiej podstawie) farmaceuta miałby weryfikować/kwestionować ustalenia lekarskie, których skutkiem jest poprawnie wystawiona recepta?

Dlaczego farmaceuta miałby uznać, że lekarz nie zna się na kalendarzu i nie potrafi obliczyć wieku pacjenta? Poza tym dlaczego miałby tę dodatkową (!) i niepotrzebną pracę wykonywać bezpłatnie? NFZ nie płaci za wiedzę i myślenie, tylko przelewa pieniądze za refundację leków.

Świat się zmienia, a my razem z nim. Kiedyś tego typu dyskusje toczyły się przy kawiarnianych stolikach lub biesiadnych stołach. Dziś się toczą w social mediach. Szczególnie na portalu X, kiedyś noszącym nazwę Twitter. Przyciąga wszystkich, ale da się zauważyć, że w pewnym momencie dyskusje zaczynają się toczyć pomiędzy zawodowcami. Amatorzy odpadają wcześniej.

Profesjonalni dyskutanci szybko zmierzają do meritum. Co prawda, pojawiają się głosy o salus aegroti, którego nikt nie traci z oczu, jednakże zacytowanie odpowiednich przepisów otrzeźwi każdego. Gdy w tle pojawi się kara finansowa, stygną najbardziej rozpalone głowy. Cóż z tego, że dla zet-leku medycznie prawidłowym jest dawkowanie „doraźnie 1 tabletka”, skoro przepisy o wystawianiu i realizacji recept mówią o policzalnej liczbie tabletek i takim też dawkowaniu. Liczba plus częstotliwość.

Nie ma znaczenia, że pacjent, który stosowałby się do cowieczornego dawkowania 1 x 1, mógłby się uzależnić. Ustawodawca nie przewidział takiej sytuacji. Cóż z tego, że lekarz, farmaceuta i pielęgniarka rozumieją, co oznacza, gdy na recepcie przepisano 10 ampułek, a dawkowanie określono jako „im. 1 x/dz.”? Dla twórców przepisów oraz płatnika powyższy zapis jest błędny, bo „1 x/dz.” Oznacza tylko (!) częstotliwość. Prawidłowo powinno być: „1 x dz. 1 ampułka”. A idealnie by było, gdyby dodać, że przez 10 dni. Absurd? Owszem, ale obowiązujący.

Prędzej czy później w social mediach pojawia się apel, aby farmaceuci (bo to oni się „czepiają”) postarali się o zmianę przepisów. Powstaje jednak pytanie, dlaczego akurat farmaceuci, skoro najbardziej przeszkadzają one lekarzom – w prawidłowym dawkowaniu, czyli „doraźnie”, ewentualnie „wiadomo”? Od razu dodam, że tych dwóch słów nie ma w przepisach o receptach.

W parlamencie jest tylko jeden farmaceuta (w całym kraju około 35 tys., w tym 26 tys. wykonujących zawód), ale kilkudziesięciu lekarzy (w całym kraju około 159 tys., w tym około 133 tys. wykonujących zawód). Czyż nie jest zastanawiające, dlaczego nadal mamy przepisy, które utrudniają naszą pracę, psują wzajemne relacje, o utrudnianiu życia pacjentom nie wspominając?

Moja grupa zawodowa chciałaby uproszczenia przepisów. Mamy pomysły, jak to zrobić. Chęci nie wystarczą. Propozycje musiałyby być wysłuchane, a potem zaimplementowane. Tylko tyle i aż tyle.

Mariusz Politowicz, członek Naczelnej Rady Aptekarskiej