24 lipca 2024

Śmietnik polskiej medycyny

Przepięknie wyglądają w telewizji uroczystości przekazania nowego sprzętu medycznego. Reforma ratownictwa medycznego – bo o nim dziś piszę – oznacza zwykle zakup nowego ambulansu, a najlepiej pięciu bądź piętnastu – pisze Jakub Sieczko, anestezjolog.

Fot. pixabay.com

Na ich uroczyste przekazanie przychodzi lokalna wierchuszka, są przemowy z okazji i najszczersze życzenia. Ktoś przecina wstęgę, czasem ksiądz pokropi kropidłem, karetki stoją w rzędzie lśniące bielą lub jaskrawą żółcią. System się zmienia. Reformuje. Prawda? Otóż nieprawda.

Dziś przeciętny polski ambulans wyposażony jest podobnie jak ten niemiecki, norweski czy czeski. Kim są jednak ludzie, którzy tymi ambulansami jeżdżą? Jak się miewają? Czego powinniśmy od nich oczekiwać i jak te oczekiwania mają się do rzeczywistości?

Chciałbym o tym opowiedzieć nowej szefowej Ministerstwa Zdrowia pani Izabeli Leszczynie. Niestety, nie dotarła ona na umówione na 19 stycznia spotkanie z przedstawicielami jedenastu organizacji zrzeszających ratowników medycznych, więc nie mogła usłyszeć tego osobiście. Zapraszała Pani Minister, przyszli wiceministrowie. Oględnie mówiąc – nie był to w środowisku najlepiej odebrany sygnał ze strony nowych władz resortu.

Pracuję w systemie Państwowego Ratownictwa Medycznego od ponad dziesięciu lat i niestety nie mam dobrych wiadomości o kondycji jego pracowników. Otóż, Szanowna Pani Minister, to w dużej części ludzie przede wszystkim zmęczeni. Okropnie, nieludzko, głęboko zmęczeni. Przemieleni przez zawodową rzeczywistość, wypaleni, zrezygnowani. Najbardziej sfrustrowani pracownicy polskiej ochrony zdrowia, często pozostawieni sami sobie.

To nieważne, czy mają pięćdziesiąt pięć czy dwadzieścia dziewięć lat. Nieważne, czy pracują w Gdańsku, Krakowie, Giżycku, Łukowie czy pod Zieloną Górą. Jak kraj długi i szeroki – od Bałtyku do Tatr, od Bugu do Odry – wszyscy są zmęczeni rolą zapchajdziury, czyli obsługiwaniem wezwań, które nie mają nic wspólnego ze stanami zagrożenia zdrowia bądź życia.

Z Państwowego Ratownictwa Medycznego zrobiono bowiem śmietnik dla niewydolnego systemu polskiej ochrony zdrowia.

Co robi starsza pani, która nie może doczekać się operacji biodra, a biodro z dnia na dzień dolega coraz bardziej? Dzwoni na 999. Co robi chorujący na POChP mężczyzna, którego nie stać na wykupienie leków i zaczyna się dusić? Dzwoni na 999. Co robi przerażona córka umierającego na nowotwór mężczyzny, który wciąż czeka na opiekę hospicjum domowego, więc wyje z bólu? Ta córka też dzwoni na 999.

Nie ma lepszego miejsca do poznania niedomagań kulejącego systemu ochrony zdrowia niż dyspozytornia medyczna. Jest jak biuro skarg i zażaleń, narzekań i gróźb, pokój zwierzeń i konfesjonał zarazem. Państwowe Ratownictwo Medyczne obsługuje tych, którzy swojego miejsca w systemie nie odnaleźli. Dostaje rykoszetem za przeciążenie lekarzy rodzinnych, kolejki do specjalistów, kulejącą profilaktykę, zapomnianą medycynę paliatywną czy prawie upadłą psychiatrię dziecięcą.

Myślałby kto, że praca w pogotowiu to resuscytacje, wypadki samochodowe i krwotoki. Dobre sobie. To znikomy procent wezwań zespołów ratownictwa medycznego. Większość tej roboty to marazm, nuda i załatwianie problemów, które dawno temu załatwić powinien kto inny i gdzie indziej. Do tego dodajmy zbieranie z ulic, parków i melin pokonanych przez alkoholowy nałóg (dopiero w pogotowiu widać, jak w Polsce się pije). To bardzo frustruje.

Lekarz uczył się na studiach, jak leczyć, i po tych studiach leczy. Bada, zleca tabletki, operuje, konsultuje. Pielęgniarz uczył się pielęgnować i pielęgnuje. Zakłada kaniule dożylne, przygotowuje iniekcje, przeprowadza ocenę pielęgniarską. Fizjoterapeucie mówili na studiach, jak rehabilitować, i rehabilituje. Podobnie dzieje się z farmaceutami, położnymi, diagnostami laboratoryjnymi, dietetyczkami.

Z ratownikami medycznymi jest jednak w Polsce inaczej. Mieli ratować ludzi, a głównie łatają dziury systemu, który ma tych dziur stanowczo zbyt dużo. To jedyny wśród zawodów medycznych tak jaskrawy przykład rozbieżności pomiędzy przygotowaniem zawodowym a rzeczywistością.

Nie dziwię się, że ci ludzie, często na początku przepełnieni zapałem, mają dość. Wytrzymują pięć, czasem dziesięć lat i odchodzą. Na ich miejsce zatrudnia się nowych, którzy chcą resuscytować, intubować, rozpoznawać zawały, zaciskać krwawiące tętnice. Jeszcze nie wiedzą, co ich czeka. Jeszcze nie wiedzą, co system zrobi z ich motywacją zawodową, kompetencjami, często etyką.

Państwowe Ratownictwo Medyczne jest mielonką dla jego pracowników. Jest systemem, z którego ludzie często odchodzą, mając trzydzieści kilka lat – jeszcze sprawni fizycznie, a już doświadczeni. Tracimy ich, gdy mogliby być najlepsi.

A teraz będę cytował Adama Mickiewicza. Dziady, cz. III, scena VII:

„Nasz naród jak lawa,

Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa,

Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi;

Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.”

Wieszcz mówi nam tu, że Polacy wydają się obojętni, przegrani i wypaleni. Lecz tak naprawdę w środku tli się w nich wielki żar i pragnienie zmian. Otóż system Państwowego Ratownictwa Medycznego nie jest jak Mickiewiczowscy Polacy. Jest w nim dokładnie odwrotnie.

Na powierzchni widać pasjonatów, płomienne internetowe dyskusje, zawody ratownicze, na które jeździ po sto karetek z całej Polski i większość zespołów radzi sobie tam wspaniale. Lecz ten obraz to kłamstwo, Pani Minister, i Pani zadaniem będzie to, żeby nie dać się na nie nabrać. Gdy zajrzy się pod tę pełną pasjonatów powierzchnię, gdy zacznie się obserwować codzienną pracę zespołów ratownictwa medycznego – no, powiem

Pani, często nie jest dobrze. Zdarzają się nawet tacy, którzy na tych zawodach (na które oczywiście nigdy nie pojadą) dostaliby punkty ujemne. Duża część (większość?) pracowników systemu PRM to ludzie, którym ze zmęczenia nie chce się już absolutnie nic.

Po co rozwijać się zawodowo – myśli wielu pracowników ratownictwa medycznego – skoro dziewięćdziesiąt pięć procent wezwań mógłby zrealizować, no, może nie taksówkarz, ale względnie ogarnięty absolwent kursu pierwszej pomocy, którego nauczono by kilku prostych schematów?

Nadciśnienie – podaj kaptopril. Pijany – zadzwoń po straż miejską. Kłótnia z lekarzem SOR, który zawsze zaczyna rozmowę od „Dlaczego do nas?” – przeczekaj, i tak przyjmie pacjenta. Do tego chyba nie trzeba trzech lat studiów, prawda? Jest jednak pozostałe pięć procent zdarzeń – prawdziwe ratownictwo medyczne. To może być zatrzymanie krążenia u dziecka. Trzeba wtedy wiedzieć, ile miligramów amiodaronu podaje się na kilogram, po której defibrylacji i jaki jest wzór na masę ciała czterolatka.

To może być potrącenie przez tramwaj i amputacja na poziomie uda. Jak zakłada się opaskę zaciskową? Jak dawkuje się fentanyl? Od jakiej wartości ciśnienia tętniczego płyny infuzyjne szkodzą, zamiast pomagać? To może być zawał prawej komory serca – na przykład w hotelu sejmowym albo na wyjazdowym posiedzeniu któregoś z klubów parlamentarnych. Warto wtedy wykonać zapis ekg również z odprowadzeń prawokomorowych.

Trzeba jednak wiedzieć, w jakich sytuacjach ma to sens, jak to zrobić i jak taki zapis ocenić. Ratownik medyczny dostaje z chwilą ukończenia studiów dyplom, uścisk dłoni rektora i życzenia powodzenia. Na tym często jego proces kształcenia praktycznie się kończy.

Audyt i nadzór nad jakością w większości wojewódzkich stacji pogotowia ratunkowego (choć są chlubne wyjątki) to fikcja. Karetkami jeżdżą więc w dużej części wypaleni, przeciętnie opłacani ludzie, których jakością pracy nikt się nie interesuje. Nie ma dziur w grafiku, to jest dobrze.

Wzór na masę ciała u dziecka, dawkowanie fentanylu czy wiedza o niuansach ekg to coś, co chcielibyśmy, aby znał każdy ratownik medyczny w Polsce. Pewnie znał, gdy kończył studia. Potem jednak u wielu ta wiedza utonęła w bezmiarze marazmu, frustracji i zmęczenia.

Nikt za bardzo takiej wiedzy po studiach już nie sprawdzał. I tak niektórzy w tym systemie trwają całe miesiące, lata, często dekady. Dziewięćdziesiąt pięć procent wezwań da się przecież, stosując taką strategię, ogarnąć.

Kiedy będzie Pani Minister uświetniać swoją obecnością przekazanie ambulansów w którejś z wojewódzkich stacji pogotowia ratunkowego, proszę choć jeden raz nie patrzeć na lśniące nowością karetki. Proszę popatrzeć na jeżdżących tymi karetkami ludzi. Proszę pomyśleć o tym, jak o najbardziej sfrustrowanych i zapomnianych pracowników polskiej ochrony zdrowia się zatroszczyć.

Proszę pomyśleć o wspomnianych pięciu procentach, o potrzebie szkoleń, o godnych pieniądzach, o audycie – można i należy od pracowników ratownictwa medycznego wymagać jakości, ale dopiero wtedy, gdy dobrze im się zapłaci. Na razie jednak ci ludzie dostają z każdej strony. Zadbajmy o nich.

Mówi się bowiem w Państwowym Ratownictwie Medycznym, że każdy będzie prędzej czy później paskiem na ekranie dyspozytora. I ja, i Pani, i nasi najbliżsi.

Jakub Sieczko

Napisz do autora: sieczko.gazetalekarska@gmail.com