22 lutego 2024

Sprawozdanie poświąteczne. Komentuje dr Krzysztof Madej

Od czasu, kiedy epidemia z hukiem zwaliła się nam na głowy Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej obraduje niemal codziennie. Odbywamy telekonferencje. Zawsze jest kworum. Najczęściej frekwencja przed komputerami jest stuprocentowa.

Foto: pixabay.com

Możemy więc bez kłopotu realizować swoje regulaminowe uprawnienia i obowiązki. Gdy spotykamy się w szerszym gronie, wraz z zaproszonymi gośćmi, ekspertami lub działaczami samorządowymi z innych organów, nazywamy to posiedzeniami sztabu kryzysowego.

To oczywiste, bo zajmujemy się kryzysem, oceną sytuacji w systemie ochrony zdrowia i apelujemy w nieskończoność do władz naszego państwa o podjęcie takich działań, które wedle naszej wiedzy i doświadczenia powinny zostać przeprowadzone.

W imię skutecznej walki z zagrożeniem epidemicznym, to po pierwsze, a po drugie, co w obecnym stanie rzeczy może ważniejsze, o przyszłości systemu. O szansach na utrzymanie przynajmniej jego przedepidemicznej, cóż że słabej i niewydolnej integralności. Nasze wysiłki przynoszą ograniczone efekty.

Na razie więc pełnimy przedmiotową, instrumentalną rolę żołnierzy na linii frontu, podporządkowani woli strategów z najwyższego dowództwa. Cóż tam drobne straty, kiedy państwo walczy o wielkie zwycięstwo.

Zobaczymy jakie ono okaże się wielkie. Ale rola Kasandry też jest ważna i satysfakcjonująca, bo widać, że wiele naszych przewidywań i napomnień sprawdza się. Nasze władze chyba same przestraszyły się własnego radykalizmu, postawiły na szybką i bezwzględną opresję administracyjną w egzekwowaniu swoich epidemiologicznych koncepcji.

Jakakolwiek forma komunikacji, uzgadniania stanowisk, pozyskiwania partnerów do współpracy i szukania wsparcia w środowiskach profesjonalnych, wydaje się, że z definicji i od początku została odrzucona. Można to zrozumieć, jak wojna to wojna. Wojna to nie czas na dyskusje. Pierwszym ruchem w batalii jest zaprowadzenie cenzury – zaliczyliśmy i to. Całą jednak odpowiedzialność bierze na siebie państwo.

Jak nam napisał pewien urzędnik z rządowego sztabu kryzysowego – streszczę to po swojemu: rząd nie ma teraz głowy, czasu ani potrzeby prowadzenia dialogu i uzgadniania czegokolwiek ze stroną społeczną. Korporacja zawodowa lekarzy jest dla tego urzędasa stroną społeczną. Ustroje się zmieniają, formacje polityczne zmieniają się jedna po drugiej, a podstawowy schemat rządzenia państwem pozostaje ten sam.

Skoro mam władzę, to tylko moja wyobraźnia polityczna, administracyjna czy legislacyjna zakreśla ramy i horyzont mojego działania. Żadni tam eksperci, praktycy i profesjonaliści nie są mi do realizacji mojej sprawy koniecznie potrzebni. Przyjdzie czas na podsumowania i rozliczenia, gdy kryzys już minie i przekonamy się co, po tym pożarze, z medycyny polskiej jeszcze pozostało.

Prezydium dało sobie 3 dni wolnego: sobota, Niedziela i Poniedziałek Wielkanocne. Na odpoczynek i refleksję o tym co już za nami i o przyszłości, bo ona będzie zdaje się równie trudna jak sama walka z wirusem. W trakcie ostatniego, Wielkopiątkowego Prezydium jedna ze spraw wywołała bardzo emocjonalną dyskusję. Chcę ją teraz zrelacjonować.

To sprawa zaskakująco dużego odsetka zakażonych pracowników ochrony zdrowia i towarzyszące temu podejrzenie, że to ci pracownicy są rozsadnikami epidemii. Dotarł do nas komunikat z Głównego Inspektoratu Sanitarnego, w którym na wykresie o strukturze zakażeń SARS-CoV-2 przypadki zakażeń nazwane jako „z kontaktu w szpitalu” obejmują 30,1% wszystkich zachorowań. Niby logiczne, prawda?

Szpitale to miejsca wyjątkowe, w których legalnie nie przestrzega się zakazów imprez masowych, 2 m odległości pomiędzy ludźmi i nie odgradza się od nich ludzi z zakażeniem, tylko specjalnie się ich tam pakuje. Wniosku, aby zamknąć szpitale i inne placówki medyczne, tak jak zamknięto sklepy, restauracje, kina itd. nie da się logicznie wyciągnąć, chociaż praktycznie w znacznej mierze do tego doszło.

Jeśli jednak dobrze rozumuję, to zakażenia „z kontaktu w szpitalu” mogą mieć cztery postaci:

  1. lekarz zakaża się od chorego na COVID pacjenta, bo źle jest chroniony i źle sam siebie chroni,
  2. chory lekarz zaraża dotychczas zdrowego pacjenta leczonego z innych, poza COVID-owych przyczyn, bo nie wie, że jest zakażony oraz nie przestrzega mimo wszystko reguł ostrożności,
  3. lekarz niezakażony przenosi zakażenie z chorego pacjenta na niezakażonego, bo nie ma wiedzy, nie zna procedur, nie stosuje się do nich, nie ma wyobraźni i jest „nonszalancki” (to jest „wariant Kraski”),
  4. dotychczas niezakażony pacjent zakaża się od zakażonego, bo ich status nie został na czas rozpoznany i nie zostali na czas oddzieleni od siebie, aby nie dopuścić do przeniesienia zakażenia.

To oburzający i bałamutny dokument. Niemądry i trudny do zrozumienia, bo nie znamy metodologii jego powstania, a nie mamy też możliwości poznania statystyki zdarzeń, która posłużyła do jego opracowania, bo płaszczyzna komunikacji została zlikwidowana. Nie znamy danych z tzw. wywiadu epidemiologicznego wyjaśniającego, skąd się wzięły konkretne przypadki zakażenia.

Wrzuca on do jednego worka zupełnie różne sytuacje kliniczne i epidemiologiczne, gdzie paleta środków zapobiegawczych i odpowiedzialności za przeniesienie zakażenia przedstawia się zupełnie odmiennie. Za to przedstawia się publicznie taką oto interpretację: pacjent był „zdrowy na wirusa”, poszedł do szpitala, tam go zarazili i teraz ma dwie choroby, a nie jedną. Kto go zakaził? – oczywiście lekarze. Czyli medialnie eksploatowany jest głównie punkt 3-ci.

Decydenci, organizatorzy ochrony zdrowia, administracja i różni mądrale zawiną się, i gdy przyjdzie do ocen i rozliczeń znikną w pobliskich krzakach. Trzeba się było chronić i chronić pacjentów (nie było środków ochrony), trzeba było przestrzegać procedur (nie było procedur), trzeba było działać na podstawie wyników testów (nie było testów) ale trzeba było.

Pomijając te dylematy z nieznanej przyszłości, uważamy, że przyjęta została wadliwa zasada strategii walki z wirusem. Jesteśmy zdania, że podstawową zasadą tej strategii powinien być nasilony, obowiązkowy, szybki i często powtarzany (w rytmie okresów wylęgania się choroby) screening wirusologiczny pracowników ochrony zdrowia.

Apelujemy o to dalej, ponieważ w dalszym ciągu do Naczelnej i okręgowych izb lekarskich napływają skargi lekarzy, że nie mogą doprosić się sprawdzenia swojego stanu przy pomocy genetycznego badania wirusologicznego. Takie sytuacje zdarzają się w dalszym ciągu, pomimo coraz łatwiejszego dostępu do tych badań.

Nasze apele o standardy, które w równym stopniu obligowałyby organizatorów kryzysowej służby zdrowia i fachowy personel medyczny, o środki ochrony osobistej o testy, testy, testy, o to aby szybciej oddzielać chorych od zdrowych, pozostały nie tylko bez merytorycznej troski i namysłu, ale bez jakiejkolwiek reakcji.

Życie uczy, że gdy opadać będzie stres bojowy związany z walką z wirusem zacznie się czas rozliczeń. Dowiadujemy się także, że w prokuraturze jest już 5 spraw o odszkodowania z tytułu zakażenia wirusem. Wiemy o tym z mediów, czyli prokuratorzy udzielili wywiadów. Skończy się szybko czas oklasków dla bohaterów, zacznie się polowanie na czarownice. Bądźmy czujni siostry i bracia. Te sprawy będą bardzo trudne.

Krzysztof Madej, wiceprezes NRL