13 czerwca 2024

Szpitalnictwo. Porzucone i potrząsane

Co zrobić z dzieckiem, które spędziło w szpitalu rok i nikt go nie chce? Proste. Znaleźć mu dom. Z ratowaniem maltretowanego malucha nie jest tak łatwo – pisze Adam Czerwiński.

Foto: Agnieszka Bohdanowicz

Niedziela, 7 marca 2021 r. W Klinice Intensywnej Terapii i Wad Wrodzonych Noworodków i Niemowląt Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki (ICZMP) dzwoni telefon. Odbiera dr Katarzyna Fortecka-Piestrzeniewicz, która akurat ma dyżur.

– Dzwonili ze szpitala w Piotrkowie Trybunalskim – opowiada. – Powiedzieli, że chcą nam przekazać pacjenta – chłopczyka, który urodził się dzień wcześniej. Prawdopodobnie z niedrożnością przewodu pokarmowego. Wsiadłam w karetkę i pojechałam po niego. Tak poznałam Marcinka – jednego z najniezwyklejszych pacjentów w mojej karierze.

Oddziałowy synek

Podejrzenia neonatologów z Piotrkowa się potwierdziły. Okazało się, że Marcinek urodził się ze zrośniętym przewodem pokarmowym. Przeszedł kilka operacji. Największy kryzys przyszedł po trzeciej. Dziecko miało posocznicę i zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych. Stan był dramatyczny. Serce i płuca przestawały pracować.Na szczęście w ICZMP z sukcesami ratuje się takich pacjentów za pomocą ECMO. Chorych podłącza się do krążenia pozaustrojowego, dzięki czemu płuca mogą się regenerować.

U Marcinka zastosowano jeszcze cytosorb – aparat, który wypłukiwał wszystkie cytokiny prozapalne. Udało się. Po ośmiu dniach chłopczyka można było odłączyć od aparatury. Dziecko zaczęło samodzielnie oddychać, a na jego buzi pojawił się zniewalający uśmiech. W Marcinku zakochał się cały personel Kliniki Instensywnej Terapii i Wad Wrodzonych Noworodków i Niemowląt. Lekarki i pielęgniarki ogłosiły się ciociami chłopca, a on został oddziałowym synkiem.

Bez mamy

Do szczęścia brakowało mamy. – Widziałam ją tylko raz – wspomina dr Fortecka-Piestrzeniewicz – gdy pojechałam po Marcinka do Piotrkowa. Przez chwilę z nią rozmawiałam, by uzyskać zgodę na leczenie, bo zostałam uprzedzona, że mama pewnie do nas nie przyjedzie. Gdy zabraliśmy malca do Łodzi, już nigdy się z nami nie kontaktowała ani do nas nie przyjechała. Kiedy Marcinek skończył siedem miesięcy, był w tak dobrym stanie, że można było planować wypis ze szpitala. To oznaczało, że dziecko trafiłoby do domu dziecka. Dr Fortecka-Piestrzeniewicz: – A my, stojąc nad łóżeczkiem tego dzielnego malucha, myśleliśmy, że skoro tak dzielnie walczy, warto mu dać naprawdę dobre życie. Tylko jak to zrobić, skoro nikt go nie chce?

Wtedy pojawił się pomysł znalezienia rodziny zastępczej. Lekarze poprosili o pomoc Fundację Gajusz i Kampanię Rodzina jest dla dzieci. Szpital zorganizował z nimi konferencję prasową, na której przedstawił historię Marcinka i ogłosił, że szuka dla niego kochającej rodziny. Odzew był nieprawdopodobny. W Instytucie dzwoniły telefony i przychodziły maile z całej Polski. Dzień po konferencji do Instytutu przyszła rodzina, która już wcześniej przygotowywała się do adopcji. – Byli zdeterminowani, by zostać jego rodzicami – wspomina prof. Iwona Maroszyńska, dyrektor ICZMP. – Kiedy zaproponowaliśmy, by go zobaczyli, powiedzieli, że to nie sklep. Że już go kochają.

Los na loterii

Na ostateczny happy end trzeba było poczekać jeszcze kilka tygodni. Po załatwieniu wszystkich formalności przed Bożym Narodzeniem Marcinek został wypisany do domu. Rodzice Marcinka przysłali do szpitala list.

„Dzięki Marcinowi mamy najpiękniejsze święta. Takiego szczęścia nie da się opisać słowami. Marcin od razu doskonale odnalazł się w swoim nowym domu. Widzimy, jak bardzo potrzebował domowej atmosfery. Ciągle się uśmiecha, widać jego szczęście. Składamy wyrazy wielkiego uznania i szacunku dla całej kadry Instytutu. Dzięki pomocy wielu osób udało się, że Marcin jest z nami, o czym nigdy nie zapomnimy. Dziękujemy z całego serca, spełniliście państwo nasze największe marzenie”.

– Wciąż mamy kontakt – mówi dr Fortecka-Piestrzeniewicz. – Dostajemy zdjęcia z rodzinnych uroczystości, wakacyjnych wyjazdów. – Marcin pięknie się rozwija i mimo że jego biologiczni rodzice zawiedli, można powiedzieć, że wygrał los na loterii.

Nie zajmą się córką

Gorzej mają dzieci, które rodzą się w gorszym stanie niż Marcin. – Na przykład Zosia – mówi dr Fortecka-Piestrzeniewicz. Dziewczynka, podobnie jak Marcinek, trafiła do Instytutu w pierwszej dobie życia z innego łódzkiego szpitala z powodu ciężkiej niewydolności oddechowej i nadciśnienia płucnego. Była w bardzo ciężkim stanie. – Bardzo niskie saturacje, z wyśrubowaną wentylacją mechaniczną – wspomina dr Fortecka-Piestrzeniewicz. – Nastawialiśmy się „na ECMO”. Szczęśliwie po terapii z zastosowaniem tlenku azotu stan się poprawiał i nie trzeba było prowadzić bardziej zaawansowanego leczenia. Szybko okazało się, że dziewczynka miała bardzo ciężką, wrodzoną infekcję cytomegalowirusową. Jeśli dochodzi do niej tuż przed porodem, u dzieci występują bardzo ciężkie zapalenia płuc, nierzadko posocznica wirusowa. Tak było u Zosi. I choć jej stan poprawiał się, szybko stało się jasne, że wirus doprowadził do ciężkiej, przewlekłej niewydolności oddechowej. Trzeba było wykonać tracheostomię, ponieważ dziewczynka nie dawała rady oddychać samodzielnie. Potrzebowała wsparcia respiratora.

Lekarki z kliniki, w której wcześniej leżał Marcinek, szybko zorientowały się, że będą opiekować się kolejnym porzuconym dzieckiem. Po dwóch, góra trzech tygodniach hospitalizacji rodzice jasno zadeklarowali, że nie zajmą się córką. – Tym bardziej że nie byliśmy w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy dziecko będzie trwale uszkodzone – mówi dr Fortecka-Piestrzeniewicz. – Szybko dopełnili wszystkich formalności, by zrzec się praw do tego dziecka i więcej ich nie widzieliśmy, a Zosia przez rok pozostała w naszym oddziale. Po Marcinku zyskaliśmy doświadczenie w znajdowaniu domu sierotom i dzięki wsparciu instytucji, z którymi pracowałyśmy wcześniej, Zosia trafia do specjalistycznej rodziny zastępczej.

„Nie komponuje mi się”

Te dwie historie to zaledwie wycinek tego, z czym mają do czynienia lekarze w ICZMP. Tylko w Klinice Intensywnej Terapii i Wad Wrodzonych Noworodków i Niemowląt raz na kilka miesięcy rodzice zostawiają dziecko w szpitalu. Najczęściej porzucane są dzieci z wadami wrodzonymi – m.in. z zespołem Downa – Co mówią rodzice? Raz usłyszałam, że tak ciężko chore dziecko nie komponuje się w życiorys – mówi dr Fortecka-Piestrzeniewicz. – Są tacy, którzy bardzo przeżywają, ale decydują się na adopcję, bo mają już jedno chore dziecko. Są świadomi, że nie będą w stanie podołać tak ciężkiemu zadaniu, jakim jest zapewnienie godnego bytu kolejnemu niepełnosprawnemu dziecku. Ale nie raz zdarzało się, że kiedy ruszała procedura zrzeczenia, zmieniali zdanie i mówili nam, że jednak nie są w stanie porzucić dziecka.

– Czasem myślę, że może lepiej by było, gdyby niektórzy zostawiali dzieci w szpitalu – wzdycha Leszek Matusiak, który w ICZMP odpowiada m.in. za współpracę z policją i prokuraturą. I zaczyna opowiadać o Damianku. – Chłopczyk trafił do nas wiosną 2018 r. Miał sześć miesięcy. Kilka dni wcześniej matka przyniosła go do szpitala w Kutnie. Lekarze nie mieli wątpliwości, że dziecko było ofiarą przemocy. Było w tak ciężkim stanie, że zapadła decyzja o przetransportowaniu go do ICZMP. Niemowlę miało złamane trzy żebra, stłuczone płuca i krwiaki podpajęczynówkowe. W ich następstwie doszło do obrzęku mózgu. Damianek przeszedł ratującą życie operację i na wiele miesięcy został rezydentem Kliniki Neurochirurgii ICZMP.

Matusiak: – Lekarze uratowali życie dziecka, ale nie byli w stanie odwrócić szkód, do których doszło. Los malucha niesamowicie poruszył urzędniczki jednej z instytucji, która zajmowała się jego sprawą. Kilka pań zorganizowało dyżury i codzienne spędzały z Damiankiem kilka godzin. Tuliły go i głaskały. Zorganizowały zrzutkę na swojego podopiecznego i z szafek w sali chłopca dosłownie wysypywały się markowe ubranka, zabawki, kosmetyki. Tylko że nikt nie był w stanie przywrócić dziecku zdrowia. Chłopiec był w stanie wegetatywnym i po kilku miesiącach został przeniesiony do specjalistycznej placówki. Jego rodzice zostali skazani na wieloletnie więzienie.

Dzieci potrząsane

Damianek jest niestety jednym z wielu potrząsanych dzieci trafiających do ICZMP. Kilka lat wcześniej Małgorzata Machnicka, oddziałowa z Kliniki Neurochirurgii, przygotowała wystąpienie na specjalistyczną konferencję. – Dałam tytuł „Losy dzieci – gdy rodzice zawodzą” – wspomina. Opisała w niej m.in. historię ośmiomiesięcznej Mai. Dziewczynka początkowo mieszkała z rodzicami, później z babcią. Rodzina była pod opieką pracownika socjalnego, który zwrócił uwagę na niewydolność wychowawczą. Sprawa trafiła do sądu, który umieścił dziecko w pogotowiu rodzinnym.

– Z rozmowy z opiekunem zastępczym wynika, że początkowo dziewczynka nie płakała, nie przytulała się, mało jadła – wspomina pielęgniarka. – Czwartego dnia pobytu w pogotowiu opiekuńczym wystąpiły drgawki toniczne i utrata przytomności. Dziewczynka została przewieziona do Kliniki Neurologii. W chwili przyjęcia miała wykonaną tomografię komputerową głowy. W badaniu był widoczny krwiak podtwardówkowy, ale bez wskazań do interwencji neurochirurgicznej. Trzeciego dnia nastąpiło pogorszenie stanu dziecka, poproszono o ponowną konsultację neurochirurgiczną, po której dziewczynka została zakwalifikowana do zabiegu operacyjnego. Ze względu na nieobecność rodziców dziecka i brak z nimi kontaktu zawiadomiono o decyzji opiekunów tymczasowych dziecka, kuratora sądowego oraz Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie.

Podczas pobytu rodzice nie odwiedzali dziecka. Większość czasu dziewczynka spędzała w dyżurce pielęgniarskiej, bawiąc się. Szybko zdobywała nowe umiejętności zarówno w zakresie motoryki dużej, koordynacji wzrokowo-ruchowej, jak i gotowości do podejmowania zabaw naśladowczych z personelem. Była pogodna, uśmiechnięta, lubiła obecność innych osób. Ósmego dnia po zabiegu została wypisana ze szpitala, do pogotowia rodzinnego zabrał ją opiekun. W prezentacji przedstawiałam jeszcze losy trzech innych dziewczynek i statystykę. W 2016 r. do ICZMP przyjęto 13 dzieci z urazami głowy, kończyn bądź widocznymi siniakami będącymi następstwem zastosowanej wobec nich przemocy. Machnicka: – Kiedy skończyłam, na sali zapadła cisza.

Dziadek na ratunek

– W ubiegłym roku przyjęliśmy dziewięcioro dzieci bitych i dwoje potrząsanych – wylicza Małgorzata Marczak, specjalista pracy socjalnej w ICZMP. Jedno było uderzone puszką piwa, jedno zranione nożem. W tym roku do końca kwietnia odnotowała trzy przypadki przemocy domowej, wśród nich był siedmiolatek duszony przez matkę. Marczak mówi, że w każdym takim przypadku szpital powiadamia policję, prokuraturę lub sąd rodzinny. – A do nas wciąż trafiają kolejne pobite dzieci – mówi Leszek Matusiak.

– Ale po przeczytaniu tych strasznych historii zasługujecie Państwo na happy end. Oto on: kilka lat temu przyjęliśmy czteromiesięczną dziewczynkę z Bałut. Mama, podobnie jak Damianka, przyniosła ją do szpitala. Okazało się, że konkubent tak potrząsał dzieckiem, że konieczny był zabieg neurochirurgiczny. Para została aresztowana. Gdy o sprawie poinformowały wszystkie media, zadzwonił do nas starszy pan. Powiedział, że jest dziadkiem tej dziewczynki, i spytał, czy może do niej przyjechać. Zgodziliśmy się. Gdy przyjechał, opowiedział swoją historię. Ma dwoje dzieci, ale kilkanaście lat temu zdecydowali z żoną adoptować przypadkowo poznaną dziewczynkę. Przyznał, że nie udało się jak z własnym potomstwem. Po skończeniu 18 lat przybrana córka uciekła z domu i mimo starań kontakt się z nią urwał. Oglądając telewizję, skojarzył okruchy faktów i uznał, że trafiła do nas córka jego podopiecznej. Nie mylił się. Natychmiast złożył w sądzie dokumenty i został opiekunem prawnym małej. Mówił, że nie mógłby inaczej, bo przecież to jego wnuczka.

Adam Czerwiński