19 lipca 2024

Walka z SARS-CoV-2 jest coraz trudniejsza

Mamy przed sobą kilkanaście tygodni walki. Jeszcze sobie radzimy, ale za chwilę zabraknie i sił, i środków… – kiedy na początku marca usłyszałam te słowa, wydawały się nieco abstrakcyjne.

Walka z SARS-CoV-2 jest coraz trudniejsza. Foto: pixabay.com

Codziennie dowiadujemy się o kolejnych osobach w Polsce zakażonych wirusem SARS-CoV-2, co kilka dni o ofiarach śmiertelnych. Liczby powoli rosną, ale nie galopują. Patrząc na statystyki, sytuacja w naszym kraju wydaje się być opanowana i stabilna. Jak jest naprawdę?

Niektórzy twierdzą, że część informacji jest przed opinią publiczną zatajanych, że wykonujemy zbyt mało testów, i z niepokojem patrzą w przyszłość, obawiając się, że w końcu epidemia wybuchnie. Inni wierzą, że Polska radzi sobie świetnie, lepiej niż inne kraje. Oby nie okazało się, że król jest jednak nagi.

Brakuje wszystkiego

Polscy medycy od wielu dni alarmują: brakuje środków ochrony osobistej, zbyt długo musimy czekać na wyniki testów, brakuje sprzętu. Samorząd lekarski już od dawna bije na alarm: nie ma wystarczającego zabezpieczenia do walki z wirusem SARSCoV-2, a przecież chory lekarz nie będzie w stanie pomóc. Każdego dnia dowiadujemy się o kolejnych zakażonych medykach i kolejnych poddanych kwarantannie.

– Jako środowisko mamy poczucie, że nasz głos trafia w próżnię. Nasz punkt widzenia i rekomendacje powinny być brane pod uwagę. Lekarz chory czy z poczuciem osamotnienia w walce o zdrowie pacjentów, mimo najlepszych chęci, by pozostać na posterunku, może być z niego zepchnięty… – apelował już 12 marca prezes NRL Andrzej Matyja do wiceministra zdrowia Waldemara Kraski oraz Głównego Inspektora Sanitarnego Jarosława Pinkasa, gdy spotkali się oni z Prezydium NRL i Konwentem Prezesów Okręgowych Rad Lekarskich.

Dopiero 23 marca, kiedy sytuacja zaczynała być już naprawdę poważna, GIS poinformował, że na potrzeby nadzoru epidemiologicznego związanego z koronawirusem SARS-CoV-2 i wywoływaną przez niego chorobą COVID-19, rozszerzono definicję przypadku, który wskazuje na celowość wykonania testu. Dzięki temu personel medyczny został uznany za grupę kluczową z punktu widzenia funkcjonowania państwa i wdrożono szybką ścieżkę diagnostyczną.

Dzięki rozszerzeniu kryteriów, badania są wskazane w przypadku m.in. lekarzy, pielęgniarek, ratowników, gdy mają rozwinięte objawy COVID-19 (gorączkę, kaszel, duszność), a niekoniecznie potwierdzony kontakt z zakażonym. Czy to efekt nieustannego dopominania się prezesa Matyi o udostępnienie testów dla personelu medycznego?

Czy może na podjęcie takiej decyzji wpłynęły wypowiedziane tego dnia na briefingu prasowym słowa przestrogi dyrektora generalnego WHO dr. Tedrosa Adhanoma Ghebreyesusa: – Pandemia przyspiesza. Aby wygrać, musimy zaatakować wirusa agresywną i ukierunkowaną taktyką – testując każdy podejrzany przypadek, izolując już potwierdzonych chorych i troszcząc się o nich oraz śledząc i poddając kwarantannie wszystkich, którzy mieli z nimi bliski kontakt.

A może kolejne przypadki pokazujące, jak szybko medycy wypadają z systemu: zakażeni w szpitalu w Nowym Mieście nad Pilicą, w Radomiu, jeden z zespołów LPR. To już nie są incydenty. We Włoszech, gdzie w momencie publikacji tego tekstu sytuacja jest najtrudniejsza, niemal co dziesiąty zakażony to lekarz.

Wszystkie ręce na pokład

16 marca prezes NRL pisał do premiera Mateusza Morawieckiego: „Wobec licznych sygnałów środowiska lekarskiego o braku m.in. masek, rękawiczek, fartuchów ochronnych, apelowaliśmy do Ministra Zdrowia o zapewnienie lekarzom i lekarzom dentystom dostępu do odpowiednich środków ochrony osobistej w związku z wystąpieniem zakażeń koronawirusem, wskazując, że w sytuacji braku odpowiedniego wyposażenia lekarz nie będzie w stanie w pełni wykorzystać swojej wiedzy i umiejętności, walcząc o zdrowie pacjentów”.

Służby medyczne otrzymały ogromne wsparcie, ale od Polaków. Ludzie, słysząc, że brakuje podstawowych rzeczy do zapewnienia bezpieczeństwa personelu i pacjentów, dowozili deficytowe towary jak kontrabandę. Oddawali to, co mieli. Tak połatano dziury, ale chorych jest coraz więcej. Skąd wziąć kolejne maski, gogle, rękawice, kombinezony ochronne? I to takie, które mogą dać rzeczywistą, a nie iluzoryczną ochronę? Nie jest to prosta sprawa, nawet jeśli są pieniądze.

Na rynku brakuje tych środków. Spotkania sztabu kryzysowego NIL odbywają się codziennie. Uczestnicy on-line mają do omówienia mnóstwo takich problemów. Część rzeczy, jak maski czy rękawiczki, można sprowadzić z Chin wyczarterowanym samolotem, ale trzeba mieć kogoś tam, na miejscu, kto pomoże je zdobyć. Kombinezony ochronne są do kupienia za granicą, ale nie można ich przywieźć transportem kołowym, dlatego że taki ładunek po drodze zaaresztują Czesi, Słowacy, Niemcy.

Trzeba wszystko przetransportować samolotem. Ten kanał też nie jest łatwy do przejścia. Kiedy samolot z taką przesyłką wyląduje w Polsce, celnik na cargo ma obowiązek powiadomić Agencję Rezerw Materiałowych, która ładunek przejmie, jeśli kupujący nie znajduje się w specustawie na liście uprawnionych do zakupów z pominięciem ARM. Pat? Na pewno da się jakoś to zrobić, potrzeba tylko czasu. I kolejne problemy. Jak zwiększyć dostępność do testów PCR? Jak zapewnić odpowiednią liczbę respiratorów? Czy wystarczy łózek szpitalnych dla wszystkich potrzebujących?

Nie ma naszej zgody

12 marca zmarła pierwsza w Polsce ofiara koronawirusa. Była nią 57-letnia mieszkanka Poznania. Na jednym z lokalnych portali pojawił się wówczas wpis, w którym zarzucano nieprawidłowości związane z przyjęciem pacjentki do szpitala. Prokuratura Rejonowa Poznań Nowe Miasto zażądała wydania dokumentacji medycznej zmarłej. – Informacja ta zbulwersowała nasze środowisko, ponieważ – nauczeni doświadczeniem – wydarzenie to mogliśmy interpretować jako szykanę wobec lekarzy – komentował prezes NRL.

Ostatecznie poznańska prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania. Ataku nienawiści nie wytrzymał prof. Wojciech Rokita, który 18 marca odebrał sobie życie. W środowisku medycznym to pierwsza śmiertelna ofiara pandemii, ale to nie wirus SARS-CoV-2 go zabił, lecz hejt, który spłynął na lekarza. Reakcja samorządu była błyskawiczna.

Na stronie internetowej NIL pojawił się komunikat: „Jeśli jesteście świadkami lub macie informacje o wszelkich przejawach agresji, insynuacjach, fake newsach, opiniach uderzających w lekarzy i ich dobre imię, a także utrudnieniach, na jakie trafiają lekarze w obecnej sytuacji epidemicznej, prosimy abyście przesyłali je na adres e-mail: rpl_skargi@hipokrates.org. Walczmy z agresją, nienawiścią, hejtem i fejkami. Powstrzymajmy tę falę zła. Solidaryzujmy i wspierajmy się nawzajem!”.

Na drugiej linii frontu

– Oczywiście z mojego punktu widzenia, to wcale nie jest druga linia – mówi Joanna Sokołowska, pediatra. W Płocku jest Oddział Chorób Zakaźnych przy Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym. To oddział tylko dla dorosłych. Stoi trochę na uboczu. Jeszcze kilka tygodni temu nie budził specjalnych emocji ani specjalnego zainteresowania. Wraz z pobudowaniem przed jego izbą przyjęć namiotu dla potrzebujących porady, trafił na pierwsze strony lokalnych gazet.

– Codziennie śledzimy – my mieszkańcy, i my lekarze – komunikaty lokalnych stacji sanepidu. Początkowo uspokajający brak zanotowanych pozytywnych wyników testów na wirusa SARS-CoV-2, paradoksalnie z dnia na dzień, budzi coraz większy niepokój. Bo może tu – na drugiej linii – po prostu wykonujemy ich za mało?

Niepokój tym większy, że pediatrzy już wiedzą, iż wykonanie testu u dziecka z naszego rejonu jest bardzo trudne. Jeśli widzimy taką potrzebę, w praktyce musimy pacjenta skierować do odległego, warszawskiego oddziału. To prawie dwie godziny jazdy samochodem z wysoko gorączkującym dzieckiem. Który rodzic się na to zdecyduje? Przy stosunkowo łagodnym przebiegu choroby (jakiej, nie jesteśmy pewni bez diagnostyki wirusologicznej) dzieci chorują kilka dni w domu, a ich opiekunowie… No właśnie, co z nimi? – zastanawia się.

Opustoszały szpitalne korytarze – nie ma odwiedzin, które w małych podmiejskich środowiskach były rodzajem towarzyskiego rytuału. W przychodniach – teleporady i e-recepty – spełnia się, jak sen jaki złoty – nowoczesność. Wokół wiosenna przyroda odpoczywa od ludzi – puste skwery i ulice. Nawet nikt nie zauważył, że przekwitły krokusy.  Czytamy zalecenia, tworzymy procedury, starając się przewidzieć każdy wariant rozwoju epidemii. Liczymy środki ochrony osobistej. Ktoś rozwinął kombinezon – ze względu na rozmiar i materiał, z którego jest wykonany, nie nadaje się do pracy przy pacjencie… – podsumowuje dr Sokołowska.

Od początku marca szpitale wprowadzały częściowe ograniczenia odwiedzin lub całkowity ich zakaz. Teraz obowiązują one na terenie wszystkich szpitali w kraju. Narodowy Instytut Onkologii w Warszawie już 13 marca wprowadził wzmożony system ochrony pacjentów. – Wszystkie wejścia do szpitala, poza trzema, zostały zamknięte. Pracownicy wchodzą tylko wejściem E, za okazaniem identyfikatora. Przy wejściu zawsze jest pracownik ochrony i dwie pielęgniarki, które każdemu mierzą temperaturę, dezynfekują dłonie i torebki – opowiada jedna z pracujących tam kobiet.

Codziennie rano przed NIO ustawia się długa kolejka tych, którzy muszą czekać na taką odprawę. Jak mówi moja rozmówczyni, nie czeka się jednak długo, wystarczy 10-15 minut, by dostać się do środka. Pacjenci wpuszczani są od godziny 11.00 przez wejścia A i D, ale tylko ci umówieni na wizytę, z maksymalnie jedną osobą towarzyszącą. Każda osoba ma mierzoną temperaturę, odkażane dłonie i musi wypełnić ankietę. Od tej godziny zamykane są wejścia na oddziały. Pacjenci mogą opuszczać swoje oddziały tylko na zaplanowane zabiegi i w towarzystwie personelu.

Jak jest za oceanem?

18 marca. „U nas niesamowity bałagan, szpitale nieprzygotowane, a w stanie Nowy Jork jest już ponad 2300 przypadków zachorowań i codziennie przybywa parę setek. Za parę dni będziemy kolejnymi Włochami” – napisała do mnie mieszkająca na stałe Nowym Jorku Ewa Kern-Jędrychowska, dziennikarka. I pisała także w kolejnych dniach:

19 marca. „Stany Zjednoczone obudziły się zdecydowanie za późno. Jeszcze na początku marca prezydent Trump twierdził, że koronawirus to wymierzona przeciwko niemu polityczna mistyfikacja. Produkcja testów zaczęła się z kilkutygodniowym opóźnieniem. Pierwszy przypadek zakażenia koronawirusem odnotowano w Nowym Jorku

1 marca. Do niedawna nie prowadzono też kontroli przylatujących pasażerów, a lądują tu codziennie tysiące ludzi z całego świata. Teraz, kiedy wreszcie miasto jest w stanie przeprowadzać więcej testów, każdego dnia liczba potwierdzonych przypadków praktycznie się podwaja (w czwartek rano miasto odnotowało 3615 przypadków; 22 osoby zmarły).

Wirus szerzy się w zatrważającym tempie. Zbyt późno zamknięto szkoły, biblioteki, siłownie, bary i inne miejsca, w których gromadzą się duże grupy ludzi. Wiele sklepów świeci pustkami, w zwykle zatłoczonym metrze też jest pusto. Mieszkańców, z których wielu straciło pracę wraz z zamknięciem teatrów, kin, restauracji i niektórych sklepów, ogarnia panika. Szpitale, mimo wysiłków władz, by zwiększyć liczbę łóżek i respiratorów, wkrótce mogą nie być w stanie pomoc wszystkim chorym. Prawdopodobnie czeka nas los Włoch”.

21 marca. „Liczby rosną w niewyobrażalny sposób, z godziny na godzinę… Teraz mówią o 7530 chorych i 45 ofiarach śmiertelnych. Myślę, że do jutra będzie w samym Nowym Jorku ponad 10 tys. zakażonych. Ogólna liczba zakażonych w całym kraju przekroczyła 21 tys., przebadano łącznie ponad 195 tys. osób. Zmarło co najmniej 267 osób. Najgorsza sytuacja jest jednak w stanie Nowy Jork”.

22 marca. „Tak jak przewidywałam, 10 764 zachorowań, 99 zgonów. 54 proc. zakażonych to osoby w wieku 18-49 lat”. 23 marca. „Dziś jest już 13 119 zarażonych – co 700 mieszkaniec. 125 zgonów. Myślę, że nas to cholerstwo też dopadnie. Mam tylko nadzieje, że mimo choroby będę w stanie zaopiekować się córką…”

W regionach z największą koncentracją przypadków, jak w stanie Nowy Jork, w szpitalach brakuje lekarzy, łóżek, odzieży ochronnej, respiratorów, masek i sprzętu do testowania. Wydawać by się mogło, że taka potęga jak Stany Zjednoczone, doskonale poradzi sobie z problemem. Życie pokazuje jednak, że wobec wirusa SARSCoV-2, nawet mocarze nie są tacy mocni.

Epidemia SARS-CoV-2 to czas wielkiej próby. Dla wszystkich – dla każdego człowieka jako jednostki, dla społeczeństw i wspólnot, poszczególnych krajów i ich rządów. To wyzwanie XXI w. dla świata. Skala problemu przerosła wyobraźnię. To wyzwanie szczególne dla lekarzy i innych przedstawicieli zawodów medycznych, bo mierzą się z przeciwnikiem nieprzewidywalnym i bardzo agresywnym, który zagraża ich życiu. To czas trudnej walki. Potrzeba dużo siły i wzajemnego wsparcia, by jak najszybciej się zakończyła.

Marta Jakubiak