24 maja 2024

Pod presją komunizmu. 100 lat samorządności lekarskiej w Polsce

Spośród 13 tys. lekarzy praktykujących w przedwojennej Polsce, II wojnę światową przeżyło zaledwie 7 tys. z nich – pisze Lucyna Krysiak.

Podczas wykładu przed budynkiem Kliniki Pediatrycznej przy ul. Litewskiej 16 w Warszawie. Foto: arch. WUM

Lekarze, którzy przeszli przez piekło wojny, po odzyskaniu niepodległości mieli nadzieję, że ich życie stanie się lepsze. Jednak niemiecki terror zastąpił nowy, komunistyczny, który wolny zawód lekarza zrównał do poziomu rzemieślników.

Polityka wobec lekarzy była nieprzyjazna, nękano ich przesiedleniami, nakazami pracy oraz podatkami. Represjonowano też tych, którzy walczyli w strukturach Armii Krajowej. Nie zważając na te przeciwności, samorząd lekarski w marcu 1945 r. wznowił działalność i starał się wypełniać misję na rzecz zawodu lekarza.

Przesiedlenia

W 1945 r. opieka zdrowotna w Polsce opierała się na systemie z lat 30., którego trzon stanowiły ubezpieczalnie społeczne oraz lecznictwo państwowe, obejmujące urzędników oraz wojsko, policję, więziennictwo i kolejnictwo. System uzupełniała rozbudowana prywatna praktyka lekarska. Jednak nowej władzy to się nie podobało, tym bardziej, że spośród 13 tys. lekarzy praktykujących przed wojną ocalało zaledwie 7 tys. i byli oni głównie skupieni w dużych miastach.

Na prowincji nie miał kto leczyć, podjęto więc działania zmierzające do wysłania ich na wieś i do małych miasteczek. Powstał pomysł przesiedleń nazwany planowym rozmieszczeniem, który ograniczał wolność wykonywania zawodu lekarza i nie szły za nim żadne zachęty materialne. O „rozsiedlaniu” decydowała komisja, w której zasiadały osoby z nadania ministerialnego i partyjnego.

Propaganda, że to sposób na dostępność do lecznictwa zwykłych ludzi, dobrze się sprzedawała.  „Służba zdrowia” publikowała nazwiska lekarzy, którzy nie podporządkowali się decyzjom komisji i, by uzasadnić represyjny charakter tych działań, powoływała się na ustawę o planowej gospodarce w służbie zdrowia z 1948 r., która groziła sankcjami uchylającym się od przesiedleń włącznie z zawieszeniem prawa wykonywania praktyki lekarskiej.

Wprawdzie formalnie to izby lekarskie orzekały o prawie wykonywania zawodu lekarza, to jednak administracja w coraz większym stopniu decydowała o sprawach zatrudnienia lekarzy. Na posiedzeniu w 1947 r. Naczelna Izba Lekarska nie zajęła zdecydowanego stanowiska w tej sprawie. Uznała, że lekarze są nie tylko zarobkującymi, ale również pracownikami społecznymi i powinni się w swojej pracy kierować powołaniem. Ówczesny prezes NIL prof. Mieczysław Michałowicz podpisał protokół z tego posiedzenia. Nie przypuszczał, że to preludium do dalszych represji wobec lekarzy.

Prof. Stanisław Michałowicz przy łóżku pacjentki z lekarzem i pielęgniarką z czasów, kiedy był kierownikiem Kliniki Chorób Dziecięcych przy ul. Litewskiej w Warszawie (1945-1950). Foto: arch. WUM

Normy ilościowe

Prof. Michałowicz mimo ciągłego ocierania się o śmierć (Pawiak, Majdanek, Gross-Rosen) przeżył wojnę i wrócił na stanowisko prezesa NIL piastowane przed jej wybuchem. Przed wojną był znany z demokratycznych poglądów (członek SD), ciętych ripost i zdecydowanych działań na rzecz umacniania samorządu lekarskiego. Wierzył w siłę argumentów i rozwiązywanie problemów w cywilizowany sposób.

Ta wiara mocno została zachwiana, kiedy 14 czerwca 1949 r. Ministerstwo Zdrowia wydało rozporządzenie w sprawie ogólnych norm ilościowych lekarzy dopuszczonych do wykonywania praktyki lekarskiej. Krótko po tym ukazało się kolejne rozporządzenie, tym razem w sprawie ustanowienia listy lekarzy i lekarzy dentystów przekraczających normę ilościową. Ustawa z 1948 r. o zakładach społecznej służby zdrowia i planowej gospodarce w służbie zdrowia upaństwowiła lecznictwo, które dotąd było zróżnicowane, jeśli chodzi o własność, a lekarzy potraktowała przedmiotowo.

Minister zdrowia był dysponentem funduszy, a listy lekarzy zaliczonych do kategorii przekraczających normę ilościową stawały się narzędziem do pozbywania się niewygodnych osób. Dotyczyło to nie tylko szpitali, ale też instytutów, klinik, placówek badawczych. Władza powoływała się na dysproporcje w zatrudnieniu, np. w Warszawie i Krakowie na jednego lekarza przypadało 500 mieszkańców, a na wsiach 25 tys.

Dr Walenty Titkow, dyrektor Departamentu Kadr w Ministerstwie Zdrowia, przekonywał, że różnice te są skutkiem anarchistycznej gospodarki kapitalistycznej w służbie zdrowia, którą należy wyplenić. W Warszawie, Krakowie, Gdańsku, Łodzi czy Poznaniu, gdzie przekroczone były ustalone przez nową władzę normy zatrudnienia, stworzono listę 400 lekarzy, którzy musieli się przenieść na wieś.

Tym razem Naczelna Izba Lekarska zdecydowanie sprzeciwiła się tym praktykom. Niestety, samorząd lekarski w tej kwestii nie mówił jednym głosem. Znalazło się grono lekarzy, którzy wtórowali nowej władzy. Wielu z nich cieszyło się autorytetem moralnym w środowisku, dorobkiem naukowym, zasiadało we władzach NIL i okręgowych izb.

Nakazy pracy

Zasadę powszechnej dostępności do służby zdrowia popierał m.in. prof. Marcin Kasprzak, specjalista higieny społecznej, znany z przedwojennych działań na rzecz poprawy dramatycznej sytuacji zdrowotnej Polaków. Nie można mu było zarzucić partyjniactwa, jednak był zwolennikiem przesiedleń, co w środowisku medycznym było krytykowane.

Kiedy nie spełniły one oczekiwań władz, by zmusić lekarzy i lekarzy dentystów do pracy na prowincji, zastąpiono je nakazami pracy. Prof. Kasprzak popierał ten pomysł, choć przestrzegał przed biurokratycznym rozwiązaniem problemu. Twierdził, że przymusowa mobilizacja i rozesłanie lekarzy na posady wydaje się najgorszym rozwiązaniem, chyba, że w każdym powiecie czy mieście powstaną dla nich miejsca pracy z zapleczem pielęgniarskim i aptecznym.

Wprawdzie zdawał też sobie sprawę, że tego rodzaju rozwiązania będą godziły w wolność osobistą lekarza, ale wierzył, że dla wyższego dobra warto się poświęcić. Środowisko medyczne było bardziej świadome skutków tych działań. Obawiało się zbyt daleko posuniętej ingerencji władz w życie lekarzy i te obawy okazały się słuszne.

Mimo że Naczelna Izba Lekarska znów postawiła veto dla tych pomysłów, w 1947 r. projekt reformy służby zdrowia, określający m.in. mechanizm zatrudniania lekarzy zgodnie z nakazami pracy, został opublikowany. Prof. Kasprzak miał dobre intencje (chciał równego dostępu do lecznictwa), nie przewidział jednak, że władzom nie chodziło o dobro obywateli, ale o to, by nakazy pracy wykorzystywać w interesach politycznych i partyjnych.

W latach 1951-1960 w szpitalu przy ul. Litewskiej w Warszawie, kiedy prof. Michałowicz piastował stanowisko kierownika II Kliniki Pediatrycznej. Foto: arch. WUM

Centralizacja

Jeszcze bardziej radykalny pomysł reformowania służby zdrowia mieli: dr Jan Rutkiewicz, przedwojenny działacz komunistyczny, po wojnie funkcjonariusz Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia, z nominacji ministerialnej członek Naczelnej Izby Lekarskiej i Ludwik Rostkowski, lekarz z Warszawy działający przed wojną w Izbie Lekarskiej Warszawsko-Białostockiej.

O tym, jak władze napierały na samorząd lekarski, świadczy fakt, że Jan Rutkiewicz w 1947 r. został prezesem NIL, zastępując prof. Michałowicza, a Ludwik Rostkowski – prezesem izby Warszawsko-Białostockiej. W 1946 r. ogłosili oni centralistyczny model reformy lecznictwa. Na górze minister, na dole lekarz gminny. Zrębami organizacyjnymi systemu miały być ośrodki okręgowe (gminne), powiatowe, wojewódzkie i centrala – resort zdrowia.

Zaproponowali, aby ludność wiejską objąć ubezpieczeniem chorobowym, a lekarzy ustawowo zobowiązać do pracy na terenie Publicznej Służby Zdrowia. W projektach tych rozsiedlenie odegrało kluczową rolę, z tą różnicą, że zakładano stworzenie zaplecza medycznego, a wobec braków kadrowych umożliwienie lekarzom pracy na kilku etatach.

Te posunięcia pokazują, jak władza za rządów Bieruta krok po kroku wgryzała się w zawodowe życie lekarzy, decydując o ich losach i karierach. Samorząd lekarski, który dawał lekarzom prawo do decydowania o sobie, za sprawą administracyjnych decyzji rządzących coraz bardziej tracił na znaczeniu.

Karty rejestracyjne

Za rządów Bieruta wrogiem klasowym byli „kułacy” i „prywaciarze”. Wprawdzie lekarzy wprost nie zaliczano do żadnej z tych grup, to jednak władza traktowała ich gorzej niż resztę inteligencji. Zygmunt Wiśniewski w książce pt. „Lekarskie drogi 1944-1956. Czasy reżimu Bieruta” pisze, że w przeciwieństwie do urzędników czy prawników, lekarze niechętnie współpracowali z władzą ludową, podkreślali swoją niezależność i uprawiali zawód, który nie wymagał szyldu politycznego.

Od początku byli więc na cenzurowanym i szukano na nich bata. Takim batem były „karty rejestracyjne”, które, wzorem kupców i rzemieślników, obowiązkowo obciążały podatkami lekarzy prowadzących prywatną praktykę. Wielu dorabiało prywatnie po godzinach do marnych pensji otrzymywanych w przychodniach i szpitalach.

„Karta rejestracyjna” miała na celu wywarcie na nich presji ekonomicznej, była narzędziem do zlikwidowania prywatnej praktyki. – Obciążenie lekarzy obowiązkiem wykupienia karty rejestracyjnej nie miało żadnych podstaw prawnych. Powołujecie się na ustawę, której nie ogłoszono w Dzienniku Ustaw – tłumaczył prof. Michałowicz ówczesnemu ministrowi zdrowia, do którego jako prezes NIL odwołał się w tej sprawie.

Był nim wówczas prof. Franciszek Litwin, członek NIL, który jako samorządowiec wiedział, że prywatne praktyki lekarskie funkcjonują w oparciu o ustawę o izbach lekarskich z 1934 r., w której jest napisane, że lekarz tzw. wolno praktykujący nie posiada warsztatu, w którym zatrudniałby pracowników, więc obciążanie go podatkiem rzemieślniczym jest bezpodstawne.

Jednak nie podjął żadnych działań. Na tym się nie skończyło. 13 listopada 1946 r. władze nałożyły kolejną szykanę na lekarzy – podatek pomiarowy, będący narzędziem niszczenia gospodarki wolnorynkowej. Próby ingerowania samorządu lekarskiego w sprawy podatków, również dochodowego i obrotowego, które także były poważnym obciążeniem, spełzły na niczym.

Nie pomogła charyzma i siła przekonywania profesora Michałowicza, jeszcze wówczas prezesa NIL (1946 r.). To już były wyraźne sygnały, że władza chce rozprawić się z samorządem lekarskim, że zmierza do jego likwidacji.

Lucyna Krysiak

Źródła: Zygmunt Wiśniewski „Lekarskie drogi 1944-1956. Czasy reżimu Bieruta”; Zygmunt Wiśniewski, „Kronika Izb Lekarskich w Polsce w latach 1945-2005”