Dr Krzysztof Madej: Apokaliptyczny siewca śmierci

Jeszcze do niedawna uważałem, że w sprawie walki z zakażeniami koronawirusem należy w naszej lekarskiej prasie zachować profesjonalną powściągliwość, poczekać na rozwój wypadków i wypowiadać się dopiero wówczas, kiedy w sposób obiektywny będzie można ocenić to nowe w dziejach ludzkości historyczne doświadczenie – pisze dr Krzysztof Madej.

Rys. Krzysztof Madej

Za dużo, jak dla mnie, jest w tej sprawie emocji – tych prawdziwych, społecznych, jak i „nakręcanych” medialnie oraz politycznie, za dużo politycznych gier i knowań. A ponieważ żadna z tych niedogodności i żadne z podejrzeń nie jest do końca możliwe do zweryfikowania, to znowu pojawiają się emocje i tak w kółko, zapętlamy się w kręgu lęków i strachu (lęk to ogólny nastrój, to koloryt duszy, strach to obawa przed czymś konkretnym).

Ponadto teraz świat mediów, ekspertów gospodarczych i polityki fascynuje się próbą odpowiedzi na pytanie, czy skutki tego, co się już stało, da się odwrócić i możliwy będzie powrót do życia sprzed epidemii (oczywiście jakieś kłopoty trzeba będzie odpokutować, fala pieniędzy, która zalała światowe rynki i gospodarki, nie może przepłynąć bez skutków dla państw), czy świat się zmieni nieodwracalnie i narodzi się nowe jutro z przetasowaniem na mapie liderów gospodarczych oraz zmierzchem dotychczasowej formuły kapitalizmu i liberalnych ideologii społecznych.

Siadłem jednak do klawiatury (kiedyś mówiło się pięknie: „sięgnąłem po pióro”) sprowokowany przez pewnego kaznodzieję, który swoje kazanie opublikował na YouTube. Jak przystało na osobę duchowną, zgrabnie powiązał skutek, czyli kłopoty, jakie za sprawą mutacji modyfikującej konfigurację białka S na powierzchni jednego z gatunków wirusa z podrodziny Coronavirinae, z rodzaju ß, przeżywa dziś cały świat, z przyczynami, które wynikają z kierunków rozwoju ludzkości i zmian w życiu jednostkowym i zbiorowym.

Nie nazwał tego boską karą za grzechy, lecz widać było wysiłek, aby przemknąć między dwoma nurtami objaśniania tego, co nas obecnie spotyka. Jeden mówi, że infekcja tym nowym patogenem może być prostym skutkiem zaniechań, zaniedbań i błędów, jakie ludzkość popełniła w swoim rozwoju, drugi, że przypadkowa epidemia jako zjawisko w pełni naturalne i niewynikające z naszych aberracji politycznych, militarnych czy naukowych obnażyła tę wadliwą stronę organizacji życia społeczeństw, państw i narodów. Skutek zresztą będzie ten sam. Bolesna kara za grzechy, a z czyjej ręki? Niech każdy wierzy, w co potrafi.

Mniejsza zresztą z tym. Poruszyło mnie pewne stwierdzenie końcowe, że postawą nieracjonalną i niemoralną byłoby chcieć wrócić w te stare koleiny życia zbiorowego. Nie po to dostajemy nauczkę od losu, aby nie wyciągać z niej wniosków. Napomnienie to wpisuje się w ten ogromny nurt bieżącej publicystyki, o której wspomniałem powyżej: czy da się odbudować nowe-stare i dobrze znane, czy skazani jesteśmy na nowe-nieznane i czy można zacząć wychodzić z rygorów stanu epidemicznego i włączać życie społeczne oraz gospodarcze, czy lepiej będzie trwać dalej w wyłączanym państwie.

Jak się ma rozstrzygnięcie tego dylematu, gdy rodzi się ryzyko popadnięcia w nieracjonalność i niemoralność? Odłóżmy jednak troski globalne. Pomyślałem wówczas o polskiej medycynie po zastosowaniu leku na epidemię, jakim było zamrożenie wszelkiej mobilności społecznej po to, aby zerwać jak najwięcej bezpośrednich kontaktów i relacji międzyludzkich, które są jedyną drogą szerzenia się patogenu. Trudno się dziwić i mieć do kogokolwiek pretensje, że takie lekarstwo zaaplikowano społeczeństwom. Innego nie było. Nasilenie zachorowań na tę nową chorobę zaskoczyło wszystkich, a na dokładkę rozgrywa się ono w skali globalnej, bo w świecie zorganizowanym wedle modelu globalistycznego.

Ponadto epidemia szerzy się nie tylko w społecznościach ludzkich, ale także w mediach tradycyjnych i społecznościowych, a to jest środowisko mutujące równie szybko jak wirusy, więc jego wpływ na przyszłe losy ludzkości nie jest jeszcze w pełni przewidywalny (koronawirus szerzy się drogą kropelkową, panika szerzy się drogą mediów społecznościowych). Teraz, po dwóch miesiącach lockdownu, polski system ochrony zdrowia jest w wielu obszarach kompletnie zdemolowany. Jak na złość kryzys przyszedł jeszcze w dobie kryzysu politycznego, co w znacznym stopniu osłabia możliwości państwa do skoordynowanego i skutecznego działania w dobie kryzysu jakiegokolwiek.

Czy jest możliwe naprawienie zniszczeń i odbudowanie ochrony zdrowia w dawnym kształcie? Czy będzie to racjonalne i moralne? – jak zapytuje ojciec duchowy. Epidemia ostatecznie obnażyła słabość tego systemu zarówno w jego kształcie strukturalnym, jak i w modelu zarządzania. Zerwanie bezpośrednich kontaktów międzyludzkich uderzyło w samą centralną, filozoficzną zasadę medycyny. Tym paradygmatem był szczególnie bliski, duchowo i fizycznie, kontakt lekarza i chorego, nauczyciela i ucznia w nauczaniu medycyny. Człowiek stał się dla człowieka wrogiem, ponieważ ustalono, że każdy na każdego może ściągnąć śmiertelne niebezpieczeństwo.

Tradycyjnym, społecznym sposobem myślenia w trosce o zdrowie było: jesteś chory, infekcyjnie odizoluj się lub zostaniesz odizolowany, żeby nie zarażać innych. Stwierdzenie, tak nielubiane przez pracodawców, masz grypę, nie przyłaź do roboty i nie zarażaj innych, od niedawna jest uważane za obiektywnie prawdziwe. Nie zliczyłbym, ileż to razy operowałem z wysoką gorączką i katarem spływającym spod maski za fartuch. Pewnie niemalże co roku w mojej granicznie długiej karierze klinicznej. W tym roku już też. Ustalono, że koronawirus jest zakaźny już w okresie wylęgania. Możesz być więc młody i całkowicie zdrowy (dodałbym jeszcze: piękny i bogaty), ale masz obywatelski status apokaliptycznego siewcy śmierci.

Nawet negatywny wynik badania u pacjenta i lekarza na obecność określonych genów w wirusowym RNA (RT-PCR) nie zmienia tego statusu, to badanie zawsze jest nieaktualne i niczego pewnie nie przesądza – możesz być w okresie wylęgania infekcji. Niektóre obszary podstawowej opieki zdrowotnej i ambulatoryjnej opieki zdrowotnej przybrały karykaturalne formy. Najbardziej spodobało mi się podawanie skierowań przez szparę pod drzwiami (pewnie starsi lekarze ze zwyrodnieniami kręgosłupa mają z tym kłopoty). Niektóre działy medycyny odłożono na później, bo jak tu leczyć chorego z jednej choroby, kiedy można go zarazić drugą i to jeszcze taką, która sprawia, że jedna choroba nasila drugą.

Wniosek z tego równania jest wyprowadzany w sposób najprostszy: na razie nie leczyć w ogóle. Najgorzej mają dentyści. Jak powiedział mi jeden z nich: gdy włączam turbinę, 30 tys. obrotów na minutę, to cały mój gabinet napełnia się aerozolem, w którym wirusy skaczą jak piłeczki w maszynie losującej totolotka. Teraz tylko piewcy telemedycyny mają swój czas i liczą już pieniądze na swoich kontach. Rozprawiają, jak tu uprawiać medycynę bez rozmawiania z chorym, bez dotykania go, a nawet bez oglądania. Jak zaproponował jeden z moich kolegów chirurgów: Polska powinna teraz zakupić kilkaset aparatów DaVinci. Można by operować chorych, siedząc w innym, odległym pomieszczeniu.

Tak po mistrzowsku ukrył, że żartuje, że mam prawo opowiadać, że mówił poważnie. A zresztą, nie wiem. Może mówił poważnie. Inny publicysta rozwinął tezę, że nareszcie medycyna zyska ten atrybut, którego w dotychczasowym swoim niedorozwoju nie posiadała, że będzie można uprawiać ją „wygodnie”. Wydaje się więc, że jak tylko uporamy się z epidemią, a wierzę, że tak się stanie, powinien nastąpić czas gruntownej refleksji systemowej. Utrzymywanie systemu, w którym każda jego część rządzi się innymi prawami ekonomicznymi, finansowana i rozliczna jest według zasad innych niż pozostałe, w którym mamy de facto dwa systemy: państwowy i prywatny niewspółpracujące, nieuzupełniające się, a często wrogo konkurujące, w którym mamy mozaikę jakichś quasi ubezpieczeń, nie ma przyszłościowego sensu i nie daje nadziei na uporanie się z tym kompleksem małowartościowości, jaki ma polska medycyna.

Kto miałby zająć się kreśleniem tych planów na przyszłość? To jest najtrudniejsze pytanie. Apelowanie w nieskończoność, aby politycy odpolitycznili swoją refleksję o zdrowiu, jest bezzasadne, bo oparte na wewnętrznej, nieprzekraczalnej sprzeczności. Jest źle zaadresowane. Politycy są po to na świecie, żeby wszystko upolityczniać. To tak, jakby żądać od filozofów, żeby przestali filozofować i wzięli się do jakiejś porządnej roboty, np. zaczęli kopać rowy melioracyjne. Politycy zawsze będą upolityczniać, najlepszy dowód, że nawet walkę z koronawirusem zdołali upolitycznić. Podobnie jest z postulatem, aby powstało gremium niezależnych ekspertów.

Za taką pracę trzeba zapłacić, a jak ktoś komuś płaci, to uzależnia go od siebie. Rychło też może zadziałać taki mechanizm, który znamy z dotychczasowej praktyki. Otóż luminarze polskiej medycyny, konstatując ograniczenia w swojej dyscyplinie klinicznej, mają nieustająco tylko jeden postulat: zwiększenia wyceny wykonywanych przez siebie procedur. Ci, którzy reprezentują duże populacje chorych na choroby powszechne, argumentują, że reprezentują duży problem społeczny, więc są ważni, ale też specjaliści od chorób rzadkich argumentują, że są nie mniej ważni, bo zajmują się chorobami rzadkimi. I tak wygląda wizja ogólna.

Kiedyś jeden ze związków zawodowych twierdził, że składkę zdrowotną trzeba podnosić tak długo, aż pieniędzy wystarczy na wszystkie zadania w medycynie. Nawoływanie więc do niezależności też napotyka na problem immanentny. Kiedyś to było łatwiej. Był niemający konkurencji postulat wprowadzenia kas chorych jako ostatecznego panaceum na wszystkie bolączki „socjalistycznej służby zdrowia”. Była też Komisja Krajowa NSZZ Solidarność, która przez swój Krajowy Sekretariat Ochrony Zdrowia tak mocno forsowała ten postulat, że aż ustawę o kasach chorych uchwaliła lewica. Co powinno się stać, aby dalej reformować ten system, na tę chwilę pominę, bo to zupełnie odmienny temat z zakresu metodologii wzniecania i przeprowadzania rewolucji.

Na razie mamy przed sobą kolejne etapy walki z pandemią koronawirusa i walki z nadciągającym kryzysem gospodarczym, a pewnie i za nim politycznym, bo to naczynia połączone. Razem z nimi już niebawem zacznie się czas bardzo trudny, dla społeczeństwa, dla pacjentów, dla lekarzy. Będziemy się pozywać i próbować sądzić we wszystkich możliwych kierunkach. Epidemia oraz jej skutki społeczne i gospodarcze sprawią, że wielu będzie poszkodowanych. Będziemy więc (i będą oni) szukać winnych swojej krzywdy oraz sądzić się o odszkodowania i zadośćuczynienia. Ten proces już się zaczął.

Krzysztof Madej, wiceprezes NRL

Powiązane aktualności

Jeden komentarz

Skomentuj
  1. Avatar
    Waldemar Gołębiowski
    Maj 17, 2020 - 05:05 PM

    Dzień dobry. Chciałbym pogratulować panu dr Krzysztofowi Madejowi bardzo wnikliwej i wielostronnej diagnozy naszej opieki zdrowotnej i jej braków.
    Brak zarządzania opieka zdrowotną w ostatnich 20 latach spowodowało „atomizację” a nawet skonfliktowanie składowych opieki zdrowotnej. Koszty opieki nad pacjentem są rozpatrywane z pkt widzenia kosztów podmiotów ( POZ, szpitala ). Tymczasem tylko ścisła współpraca lekarza rodzinnego i opieki specjalistycznej pozwoliłaby na obniżenie kosztów i poprawę efektywności tej opieki. Potrzeba jednak przygotowania ( ponad podziałami partyjnymi ) 15-20 letniego planu reorganizacji opieki medycznej w Polsce. Planu, w którym pkt za procedurę nie będą kluczowym wyznacznikiem jej użyteczności. Przed 30 laty miałem okazję odbyć staż zawodowy w Stuttgarcie. Uważam, że mamy gotowy skuteczny model takiej organizacji w Niemczech. Gdyby udało się stworzyć współpracę i podzielić zadania między NIL, MZiOS i NFZ, UM wsparty systemem bankowym moglibyśmy wypracować podobny model w Polsce. Nie jest to nierealne. Podstawowe punty tego planu to:
    1. Zamknięcie specjalizacji lekarza rodzinnego dla absolwentów UM. Lekarze rodzinni powinny być rekrutowani z grona lekarzy internistów lub pediatrów, a specjalizacja powinna mieć charakter podyplomowy. Stwarzałoby to możliwości skutecznego diagnozowania na poziomie podstawowym, a razie konieczności chory z przygotowaną koncepcją diagnostyczną lub leczniczą trafiałby do specjalisty. Bardziej doświadczony lekarz diagnozowałby w oparciu o doświadczenie, poparte czasem badania dodatkowe, a nie o wykonanie kosztochłonnych badań laboratoryjnych i obrazowych. Przypomnę artykuł z GL sprzed wielu lat, gdzie przytoczono retrospektywne badanie z oddziału pulmonologii w Niemczech. Na 83 chorych u 81 do postawienia diagnozy wystarczyło badanie podmiotowe, w jednym przypadku konieczne było dla potwierdzenia podejrzenia badanie przedmiotowe, a tylko w jednym przypadku konieczne wykonanie rtg kl.p.
    2. W związku z tym powinno się promować specjalizacje z pediatrii i interny
    3. Systemowe wsparcie finansowe dla tworzenia takich praktyk lekarza rodzinnego
    4. Szkolenie przed i podyplomowe ukierunkowane na umiejętności praktyczne skoncentrowane na umiejętności badania przedmiotowego i podmiotowego, leczenie bólu itd.
    5 Oparcie lecznictwa specjalistycznego na opiece ambulatoryjnej w szpitalach w formie tzw szpitala dziennego z ograniczeniem bazy łóżkowej. Warunkiem byłoby obsadzenie tych oddziałów przez specjalistów, a nie rezydentów jako ma to miejsce obecnie. Odciążyłoby to SOR
    6. Odejście od mentalnej praktyki oddziałów jednoimiennych i specjalistów od serca, nerki, wątroby itd Wtedy wykorzystanie łóżek szpitalnych byłoby bardziej efektywne. Warunkiem skuteczności byłaby współpraca specjalistów, a nie szyld nad wejściem do oddziału.
    Z poważaniem
    Waldemar Gołębiowski

    ODPOWIEDZ

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.