Medyczny źródłosłów. Etymologia słowa

Z prof. dr. prof. Krzysztofem Zielińskim, kierownikiem Zakładu Patomorfologii i Cytopatologii Klinicznej USK-WAM w Łodzi, sędzią Naczelnego Sądu Lekarskiego, autorem „Słownika pochodzenia nazw i określeń medycznych”, rozmawia Lidia Sulikowska.

Prof. Krzysztof Zieliński. Foto: archiwum prywatne

Etymologia słownictwa medycznego oparta jest głównie na grece i łacinie, ale nie tylko.

Języki grecki i łaciński to oczywiście korzenie, ale znaczenie w tworzeniu słownictwa medycznego miały także np. hebrajski i arabski, choć zdecydowanie mniejsze.

Wraz z upływem czasu, mam tu na myśli początek XIX w., dużą rolę w zakresie źródłosłowów medycznych zaczęły odgrywać języki nowożytne, w tym przede wszystkim francuski, włoski, niemiecki oraz angielski.

Jakkolwiek trzeba pamiętać, że proces powstawania wszelkiego rodzaju nazw i określeń, które są używane w medycynie, ma bogatą historię i można doszukać się w nim nawet języków majańskich i wielu innych. Językiem współczesnej, międzynarodowej medycyny stała się angielszczyzna, a w poszczególnych krajach – ich języki narodowe. Większość nazw powstałych z grupy języków romańskich bazuje jednak w dużym stopniu na grece i łacinie.

Czy oddanie pola angielskiemu to krok w dobrym kierunku?

Tak jak kiedyś na świecie królowały języki antyczne, tak obecnie najpowszechniejszy jest język angielski. To duch czasu. Na szczęście często przy definiowaniu nowych terminów, opisujących nieznane dotąd schorzenia i zjawiska, tworzone są piękne nazwy, które bazują na językach antycznych.

Przykładem jest choćby wyraz apoptosis (pol. apoptoza), określający jedno z podstawowych zjawisk biologicznych. Nazwę tę „podsunął” jednemu ze współodkrywców, Johnowi Kerrowi, filolog klasyczny James Cormack. W języku greckim słowem tym nazywano proces „jesiennego opadania liści”, co jest doskonałą analogią dla tzw. zaprogramowanej śmierci komórek w żywym organizmie.

Historia tworzenia terminów medycznych bywa na tyle złożona, że trudno jest dociec ich pierwotnego źródłosłowu.

To prawda. Co więcej, proces ten bywa spontaniczny, jest naznaczony kontekstami kulturowymi, historycznymi i geograficznymi, a także determinowany przez nazwy własne, głównie eponimy i toponimy oraz ich pochodne, np. parkinsonismus, salmonella, tumor Warthini czy nicotiana.

Narodziny poszczególnych nazw potrafią przebiegać w różnoraki, często zaskakujący sposób. Mogą być wynikiem luźnego skojarzenia, rozmowy czy przypadkowego zdarzenia. Na dodatek to proces stale żywy. Terminy ulegają nieprzewidywalnej ewolucji – te, które już wymarły, odradzają się, a te, które są obecnie używane, kiedyś zanikną.

Podlegają też modyfikacjom – tak, aby ich wymawianie było jak najmniej kłopotliwe czy też, aby były łatwiejsze w pisowni. Do tego stopnia, że na rzecz tych ułatwień wprowadzane są przeróbki, które są de facto błędami językowymi.  Zdecydowanie większy porządek mamy w przypadku nazywania substancji chemicznych, w tym substancji czynnych w lekach. Tu obowiązują przejrzyste, międzynarodowe reguły farmaceutyczne.

Niektóre określenia powstają też w wyniku pomyłek tłumaczeniowych?

Oczywiście. Tak jest np. z łacińskim słowem retina (pol. siatkówka). Wyraz ma pochodzenie greckie i oznaczał szatę, ale został przetłumaczony na jęz. łaciński już jako sieć.

Które nazwy najbardziej pana zaskakują?

Jest ich wiele, np. łac. przymiotnik acutus (pol. ostry), używany w kontekście gwałtownego przebiegu choroby. Prawdopodobnie pierwotnie wyraz ten oznaczał chorobę spowodowaną ostrym narzędziem. Co ciekawe, przeciwieństwem tego słowa jest wyraz „tępy”, ale w terminologii medycznej używa się terminu „przewlekły”.

Fascynują mnie też m.in. nazwy dźwiękonaśladowcze, np. łac. pus, czyli „ropa”. Według jednej z koncepcji etymologicznych słowo to opiera się na rdzeniu indoeuropejskim „pu”, oznaczającym okrzyk obrzydzenia, co można by porównać z polskim „fuj, pfuj”. Tego rodzaju przykładów jest mnóstwo.

Jak dokonywać analizy etymologicznej, aby prawidłowo określić, jak dana nazwa powstała?

Pomagają nam w tym różnego rodzaju słowniki. Ważna jest umiejętność odczytania liter greckich. Ja reprezentuję pokolenie, które potrafi posługiwać się rosyjską cyrylicą, a stąd już blisko do alfabetu greckiego. Klasyczny język grecki jest jednak w znacznym stopniu zapomniany.

To kwestia różnicy pokoleń. Przed wojną mój tata w liceum klasycznym uczył się greki, łaciny, jęz. hebrajskiego, niemieckiego i francuskiego. Obecnie nawet nauczanie łaciny jest coraz mniej popularne. Kiedyś w Polsce znajomość tego języka obowiązywała przy wypełnianiu dokumentacji medycznej. Studenci medycyny uczyli się chociaż jego podstaw, z czasem to się zmieniło. Obecnie nauczanie studentów jęz. łacińskiego uważa się w polskich uczelniach za niepotrzebny balast.

Szkoda, bo przecież terminologia medyczna jest przesiąknięta łaciną, a dzięki znajomości znaczenia słów źródłowych, choćby w podstawowym zakresie, można wiele zyskać. Wiedza ta jest przydatna choćby w komunikacji w międzynarodowym świecie medycznym i dlatego nauczanie podstaw łaciny nie wypadło z programów studiów wielu renomowanych uczelni albo stało się na nich częścią kursów nauczania terminologii medycznej. A ja powtarzam wszystkim: disce puer / puella latine.

Co jest ważniejsze – greka czy łacina?

Nie wolno tak wartościować, choć trzeba przyznać, że języki romańskie są bardziej rozpowszechnione. Patrząc z tego punktu widzenia, przy tworzeniu nowych terminów, warto chyba sięgnąć po łacinę.

Porozmawiajmy o polskim języku medycznym. Ma on głównie korzenie łacińskie, prawda?

Nie tylko. Weźmy np. słowo „ospa”. To wyraz pochodzenia polskiego, oznaczający „osypanie czegoś”. Pod koniec XIX w. powstało mnóstwo typowo polskich wyrazów. Była wówczas moda narodowego puryzmu językowego. Podobny trend pojawił się też w wielu innych krajach i czasem doprowadził do groteskowych sytuacji.

Nadmierną czystość językową, która brzmi dziwacznie, widzimy, analizując polskie nazwy nowotworów, ukute ze źródłosłowów słowiańskich. Z kolei dr Stanisław Kurkiewicz chciał wręcz stworzyć czysto polski język dotyczący sfery seksualnej, np. nerwy nazywał czulcami, a mięśnie – ruchniami. Na stałe pozostało z nami w zasadzie jedynie „szczytowanie”.

Dobrze, że to zjawisko przeminęło?

Biorąc pod uwagę czystość języka narodowego, to źle, że tak się stało. Oczywiście nie mówię tu o dążeniu do wymyślania zupełnie wszystkiego po polsku. Z drugiej jednak strony w przypadku terminologii medycznej popularność nazw obcojęzycznych, powstałych na bazie języków, które rozumie cały świat, ma szereg wymiernych korzyści.

Przede wszystkim chodzi o jednorodność międzynarodowego języka medycznego, w którym każdy lekarz, nieważne, z którego kraju pochodzi, może się ze swoim kolegą po fachu bez problemu porozumieć. Gdy mówimy o osteoporozie (łac. osteoporosis), każdy wie, o co chodzi, ale gdy powiemy „zrzeszotnienie kości”, to lekarz z Niemiec czy Francji zupełnie nie będzie wiedział, o czym rozmawiamy.

Czego wystrzegać się, tworząc nowe terminy?

Przestrzegałbym, by na siłę nie tworzyć czegoś wyjątkowo oryginalnego. Nazwa ma być zrozumiała i spełniać funkcję komunikacyjną między biologami, lekarzami, naukowcami, farmaceutami. Taki nowo ukuty termin powinien przynależeć do jakiejś rodziny wyrazów.

Bazując na języku greckim lub łacińskim?

Niekoniecznie. Kiedy jednak już odnosimy się do konkretnego źródłosłowu, pamiętajmy o jego prawidłowym dopasowaniu.

We współczesnym świecie medycznym mamy też nazwy pochodzące z jęz. angielskiego, bez żadnych związków z łaciną czy greką.

Tak. Przeważnie są to skrótowce, czyli wyrazy powstałe ze skrócenia wielowyrazowej nazwy. Przykładem jest „afipia”, czyli określenie rodzaju bakterii Gram-ujemnych, która została wprowadzona w 1991 r. na cześć znanego wojskowego ośrodka naukowego Armed Forces Institute of Pathology (AFIP).

Mamy też terminy, które wyparły wcześniejszą nazwę łacińską, np. łac. incitamentum zastąpiono angielskim „dopingiem”, a syndroma immunodeficientiae acquisitae zastąpiło ang. „acquired immunodeficiency syndrome”, czyli AIDS.

Które nazwy, patrząc na historię ich pochodzenia, lubi pan najbardziej?

Słowa potrafią nieść za sobą piękne historie, ciekawe skojarzenia. Uwielbiam terminy, które w swojej etymologii mają kontekst kulturowy. Bardzo podoba mi się np. historia wyrazu morphologia (pol. morfologia). To greckie słowo wprowadził do obiegu Johann Wolfgang von Goethe, skądinąd także wybitny naukowiec i przyrodnik, w swoim dziele na temat anatomii porównawczej.

Osobiście najbardziej lubię te terminy, które mają swoje odniesienia w mitologii greckiej i rzymskiej, a także ogólnie w historii antycznej, m.in. aether (pol. eter), agonia (pol. umieranie), alopecia (pol. łysienie plackowate), bulla (pol. pęcherz w skórze), diagnosis (pol. rozpoznanie), podagra (pol. dna stawów stopy). Jeśli nie znacie państwo ich etymologii, zachęcam do lektury mojego „Słownika pochodzenia nazw i określeń medycznych”.

Co można zyskać dzięki wiedzy dotyczącej etymologii?

Etymologia, czyli dosłownie „nauka (gr. logos) o prawdziwym (gr. étymos) znaczeniu wyrazów” pozwala rozumieć, co faktycznie oznaczają terminy, którymi się posługujemy w codziennej pracy oraz jaka była historia ich powstania. Dzięki niej można zrozumieć losy rozwoju myśli medycznej, prawidłowo tworzyć nowe nazwy i precyzyjnie określać diagnozy. Znajomość grecko-łacińskiej terminologii ułatwia też znalezienie informacji w przebogatych bazach naukowych.

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.