2 marca 2024

Dość oklasków. Co dalej z protestem medyków?

Pracujący 300 godzin w miesiącu ratownik medyczny przywozi pacjenta na SOR, w którym przyjmuje – przemęczony tak samo jak on – lekarz. Stamtąd trafia na oddział, gdzie jak w ukropie uwija się nie mniej wyczerpana pielęgniarka. Medycy powiedzieli „dość!” – pisze Mariusz Tomczak.

Foto: Marta Jakubiak/Gazeta Lekarska

Od dłuższego czasu pogłębia się rozdźwięk między władzą i tymi, co diagnozują, leczą i na tysiąc innych sposobów pomagają pacjentom w publicznej ochronie zdrowia. Wielu medyków zarzuca rządowi, że się ich nie szanuje i lekceważy. Są źli, słysząc o kolejnym festiwalu obietnic, który szerokim łukiem omija osoby z wykształceniem medycznym.

Rozgoryczenie rośnie, gdy dowiadują się o kolejnych milionach, nierzadko miliardach złotych, które rząd lekką ręką przeznacza na błahe w ich przekonaniu cele, nie dostrzegając, że są przepracowani, sytuacja kadrowa jest zła, potrzeby zdrowotne starzejącego się społeczeństwa rosną, a dalekie od oczekiwań wynagrodzenia podgryza największa od 20 lat inflacja. Nie chcą walczyć o ludzkie życie kosztem własnego i nie chcą pracować wyłącznie za oklaski. Trudno się temu dziwić.

Pudrowanie trupa

– Pierwszym i arcyważnym zadaniem będzie służba zdrowia – taką obietnicę złożył premier Mateusz Morawiecki w czasie wygłaszania sejmowego exposé w 2017 r., gdy przejmował ster władzy. – Nie rozwiążemy problemów zdrowotnych Polaków bez lekarzy – dopowiadał dwa lata później, także w czasie exposé. Znacznej części środowiska lekarskiego od dawna nie przekonują obietnice premiera jakoby ochrona zdrowia stanowiła priorytet rządu.

Od dawna lekarze czują się zepchnięci na boczny tor w zakresie współdecydowania o polityce zdrowotnej. – Pudrujemy trupa – słychać z wielu stron, gdy opisują sytuację panującą w publicznych placówkach, z których kolejne osoby uciekają do sektora prywatnego. Te opinie zaczęły narastać kilka miesięcy po tym, gdy w lutym 2018 r. ówczesny minister zdrowia Łukasz Szumowski zawarł porozumienie z rezydentami. Wiele osób miało nadzieję na przełom, co okazało się iluzją.

19 zł brutto zamiast dodatku

Niezadowolenie wzmogło się w trakcie pandemii, która dla wielu medyków stanowiła najtrudniejszy okres w karierze zawodowej – trzeba było pracować jeszcze dłużej i pod znacznie większą presją dyrektorów, wojewodów i resortu zdrowia. Dodatki covidowe, zamiast okazać się bonusem za pracę w ciężkich warunkach, stały się kością niezgody – wszyscy o nich mówią, ale nie każdy lekarz je otrzymał. A jeśli już ktoś te pieniądze dostał, to nierzadko po przepychankach z przełożonymi i niekoniecznie w wysokości, której oczekiwał.

Czara goryczy przelała się w czerwcu, po odrzuceniu przez większość sejmową poprawki Senatu do ustawy o płacach minimalnych w podmiotach leczniczych. Do rangi symbolu urosła podwyżka wynagrodzenia zasadniczego dla lekarzy specjalistów w wysokości 19 zł brutto (z 6750 zł do 6769 zł brutto) i to pod warunkiem podpisania „lojalki” zobowiązującej do nieudzielania tożsamych świadczeń w innej placówce finansowanej ze środków publicznych. – Odebraliśmy to jako policzek – mówi prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

Foto: Marta Jakubiak/Gazeta Lekarska

Iskra, która zapaliła płomień

Nowe współczynniki pracy, w oparciu o które określa się najniższe wynagrodzenie zasadnicze, zirytowały nie tylko lekarzy, skłaniając część związków zawodowych i samorządów zawodów medycznych do ściślejszej współpracy. Na początku sierpnia w siedzibie Naczelnej Izby Lekarskiej w Warszawie ogłoszono powstanie Ogólnopolskiego Komitetu Protestacyjno-Strajkowego Pracowników Ochrony Zdrowia.

Jego postulaty mocno wykraczają poza kwestie płacowe, a jeden z najważniejszych mówi o znacznie szybszym wzroście nakładów na system opieki zdrowotnej niż planuje rząd do 8 proc. PKB. Kilka dni przed powstaniem komitetu Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy podnoszący te nakłady do 7 proc. PKB w 2027 r., ale komitet uważa, że to zdecydowanie za mało i zbyt wolno. – Chcemy rozwiązań systemowych. Działania Ministerstwa Zdrowia są doraźne i nie zmieniają w zasadniczy sposób sytuacji w ochronie zdrowia – wskazuje Artur Drobniak, wiceprezes NRL.

Uzbrojeni w wuwuzele

30 tysięcy osób, część uzbrojona w transparenty i wuwuzele. Lśniąca biel fartuchów lekarskich i pielęgniarskich, jaskrawo pomarańczowe ubrania ratowników medycznych. Stetoskop na szyi lub czepek pielęgniarski na głowie. Gdzieniegdzie wpinki z logo okręgowych izb lekarskich czy organizacji związkowych. To wszystko można było zobaczyć 11 września wśród uczestników manifestacji pracowników ochrony zdrowia w Warszawie, którą jeszcze tego samego dnia ochrzczono mianem największego protestu medyków w III RP.

Był on zupełnie inny od tych, do których przywykli mieszkańcy stolicy i miliony Polaków czerpiących wiedzę o najważniejszych wydarzeniach w kraju z serwisów informacyjnych czy mediów społecznościowych. Niewykluczane, że w życiu prywatnym wielu medykom uśmiech nie schodzi z ust, ale na ulicach stolicy nie demonstrowali tryskający radością optymiści. Dominowało głębokie rozczarowanie rzeczywistością panującą w publicznej ochronie zdrowia i tym, co niekoniecznie widzą pacjenci, choć to oni padają ofiarą systemu. Do medyków dołączyli też pacjenci.

Trzy dekady indolencji

Wśród tłumu unosił się żal, a czasami złość, wymieszana z poczuciem beznadziejności i bezsilności, czemu dawano upust, odpowiadając na pytania dziennikarzy licznie towarzyszącym demonstrantom. Mocno oberwało się politykom, zresztą nie tylko tym z obecnego obozu władzy. Wszystkim rządom po 1989 r. zarzucano nieudolność, zamiatanie pod dywan problemów ochrony zdrowia i brak strategicznego podejścia do autentycznej, a nie pozorowanej reformy. – Oni nie słuchają nas od 30 lat. Nie obchodzi ich nasze zdrowie – mówi Anna Bazydło, wiceprzewodnicząca Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy.

To, co myślą i czują medycy, można było wyczytać z haseł, które wiele osób miało na własnoręcznie zrobionych transparentach. Dobitnie unaoczniły one ogrom niedomagań i patologii, z jakimi na co dzień mierzą się lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni, fizjoterapeuci czy diagności laboratoryjni. Skupiły jak w soczewce najważniejsze bolączki osób wykonujących zawody medyczne i w prosty sposób ujęły to, co znalazło się w postulatach komitetu protestacyjno-strajkowego, a co często w zawiły sposób tłumaczą tęgie głowy.

Protest medyków w liczbach. Infografika: Gazeta Lekarska

Powołaniem się nie najesz

Wydaje się, że wśród transparentów najwięcej haseł odnosiło się do warunków pracy i płacy, a mianowicie niesatysfakcjonujących pensji, przepracowania, tak mocno wpisanej w polską ochronę zdrowia wieloetatowości, obaw o przedwczesny zgon i coraz dramatyczniej dających się we znaki braków kadrowych („Żądamy godnych zarobków”, „1 lekarz 1 etat”, „Harujemy za trzech, zarabiamy grosze”, „Powołaniem się nie najesz”, „Jakość w miejsce bylejakości”, „Lekarz = zawód. Nie wolontariat”, „Krótko żyjemy, bo ciężko pracujemy”, „Spieszmy się kochać lekarzy, tak szybko odchodzą”, „1 pielęgniarka na 30 pacjentów! Komu pomóc jako pierwszemu?”, „Umieramy o 20 lat wcześniej niż inne Polki”). – Żeby pacjent był bezpieczny, medycy też muszą być bezpieczni – podkreśla Michał Bulsa, członek Prezydium NRL.

Publiczna ochrona zdrowia kona

Niektóre z haseł wskazywały na katastrofalny, przedzawałowy lub wręcz agonalny stan publicznej ochrony zdrowia („System umarł”, „Publiczna ochrona zdrowia kona!”, „Zapraszamy na oddziały, bo niedługo zamykamy”, „Narodowy fundusz zagłady”), a także na głębokie wzburzenie sposobem, w jaki sposób medycy – jak mówi wielu z nich – są traktowani przez władze („Mamy dość lekceważenia”, „Byliśmy bohaterami, jesteśmy frajerami”). Były bezpośrednie odniesienia do decydentów („Politycy! Nie róbcie z medyków niewolników!”, „Minister do dymisji!”, „Zabrać politykom, dać medykom”), a niektóre z haseł ocierały się o czarny humor („Grabarze murem za ministrem i rządem”).

Kreatywnością wykazali się stomatolodzy, choć to, na co wskazywali, nie miało pozytywnego przesłania. Jedna z protestujących maszerowała z przymocowaną na plecach kartką z napisem: „Ostatni dentysta z NFZ na terenie trzech gmin”, inna trzymała w ręce kij z wypisaną na kartonie wymowną informacją: „1900 zł. Moja emerytura. Lekarz dentysta”, a kolejne dwie osoby niosły duży transparent z hasłem: „Dentysta bez waloryzacji od 13 lat”.

Bez nas system nie istnieje

Pojawiły się hasła przypominające o kluczowej roli zawodów medycznych w funkcjonowaniu opieki zdrowotnej, bo to nie łóżka czy szpitalne mury leczą, lecz osoby z wykształceniem medycznym („Bez nas system nie istnieje”, „Szpital bez personelu to tylko budynek!”, „Nie ma medycyny bez diagnostyki”), jak i wskazujące na to, że należy trzymać się ponad podziałami („Lekarki solidarne z pielęgniarkami i ratowniczkami”). Nie zabrakło haseł o propacjenckim przesłaniu („Nasze problemy problemami pacjentów”, „Razem dla dobra pacjenta”).

Demonstrowały też osoby z prostymi, ale jakże jasnymi deklaracjami: „Chcemy leczyć w Polsce”. Zwieńczeniem manifestacji było powstanie białego miasteczka niedaleko kancelarii premiera. – Będziemy siedzieć tutaj dotąd, aż zostaną spełnione wszystkie nasze postulaty – zapowiedział Wojciech Szaraniec, przewodniczący Porozumienia Rezydentów. Całodobowa obecność medyków w namiotach stała się wizerunkowym kłopotem dla rządu.

Foto: Marta Jakubiak/Gazeta Lekarska

Przeciąganie liny i gra na czas

Stanowczość, upór, determinacja – te słowa doskonale opisują zachowanie medyków w pierwszej fazie protestu, przypominającej trochę grę w ping-ponga z rządem, choć być może nie jest to najlepsze porównanie na określenie sporu o przyszłość publicznej ochrony zdrowia. Kiedy zapowiedzieli, że jednym z żelaznych postulatów są bezpośrednie rozmowy z premierem, błyskawicznie powołano nowego wiceministra zdrowia do prowadzenia dialogu z protestującymi. Gdy pojawiły się pytania, dlaczego ma zarabiać dwa razy więcej od lekarza specjalisty z wieloletnim stażem pracy, resort odpowiadał, by rozróżniać wynagrodzenie lekarza „faktyczne od minimalnego”.

Gdy medycy nie przychodzili na spotkania, bo nie było na nich szefa rządu, a – jak podkreślali – z dotychczasowych rozmów z ministrem Adamem Niedzielskim niewiele wynikało, ten ostatni zarzucał „bojaźliwość” i „skrajny populizm”, dodając, że traktuje protest jako „formę negocjacji”, po czym w sukurs szefowi resortu zdrowia przychodzili inni – jego rzecznik apelował o przestrzeganie „zasad czystej kultury”, a prezydencka minister pouczała, że „nieobecni nie mają racji”. Kiedy strona rządowa dostała postulaty protestujących, to żądała ich „urealnienia”, a jak medycy prosili o przekazanie dokładnej metodologii, w oparciu o którą uznano ich oczekiwania za „kosmiczne”, nie dostali tego, na co czekali.

Pokaż lekarzu, co masz w garażu

W debacie publicznej niczym bumerang powróciła kwestia wynagrodzeń, choć pełna uogólnień, półprawd i niedopowiedzeń. Do pewnego stopnia to zasługa Polskiego Instytutu Ekonomicznego, rządowego think-tanku nadzorowanego, o czym zapewne nie każdy wie, przez premiera. Niemal przed samym protestem PIE opublikował wyniki analizy przeprowadzonej na podstawie baz danych Ministerstwa Finansów o podatkach za 2019 r. – mediana miesięcznego przychodu brutto lekarzy wyniosła 16,7 tys. zł (co oznacza, że połowa zarabiała mniej, a połowa więcej), a średnia – ponad 25 tys. zł.

Lotem błyskawicy obiegło to prawie wszystkie media, wpływając na publiczny dyskurs. Wprawdzie autorzy opracowania podali, że te przychody obejmują wszystkie zarobki, tzn. niekoniecznie związane z opieką zdrowotną, i że medycy często pracują znacznie więcej niż 40 godzin tygodniowo, ale sporo osób skupiło się na kwotach, zupełnie pomijając fakt, że to konsekwencja wielogodzinnej pracy w kilku miejscach, w dodatku kosztem życia prywatnego i nierzadko własnego zdrowia.

Niedoceniana rola białego miasteczka

Czas pokaże, czy rozpoczęty 11 września z dużym przytupem protest pracowników ochrony zdrowia stanie się katalizatorem zmian w publicznej ochronie zdrowia albo przynajmniej jedną z przyczyn, która do nich doprowadzi. Od dawna obowiązuje metoda doraźnego gaszenia pożarów i dokładania pieniędzy na wybrane cele, a nie o to chodzi komitetowi protestacyjno-strajkowemu. Jedno nie ulega wątpliwości – dzięki protestowi problemy, z jakimi na co dzień zmagają się medycy, silniej przenikają do debaty publicznej, w czym duża zasługa wielu mediów, a w konsekwencji trafiają do świadomości społeczeństwa.

To ważne, bo wiele osób, w tym także liderzy opinii, nie ma pojęcia, jak wygląda praca w publicznym szpitalu oraz iloma wyrzeczeniami okupiona jest praca lekarza, pielęgniarki czy ratownika medycznego. Niektórzy mają wykrzywiony obraz, bo korzystają wyłącznie z prywatnych placówek. Im więcej dowiedzą się niemedycy, tym bardziej zaczną utożsamiać się z postulatami protestujących, a im lepiej bolączki pracowników ochrony zdrowia zrozumieją wyborcy, tym większa szansa, że wpłynie to na decydentów – tych, którzy są obecnie u władzy lub tych, którzy ich zastąpią.

Co przyniesie protest?

Kiedy te okoliczności weźmie się pod uwagę, a do tego doda fakt, że w coraz większym stopniu stajemy się społeczeństwem informacyjnym dryfującym w stronę mediokracji i „demokracji sondażowej”, znacznie lepiej można zrozumieć, dlaczego w białym miasteczku pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów każdego dnia poruszano inne zagadnienia w trakcie codziennych konferencji prasowych, warsztatów i prelekcji edukacyjnych. Sytuacja zmieniła się w sobotni poranek 8. dnia działania białego miasteczka. Starszy mężczyzna, który w poprzednich dniach odwiedzał protestujących, na ich oczach dokonał samookaleczenia i mimo pomocy udzielonej przez medyków z białego miasteczka zmarł po przewiezieniu do szpitala.

Ta śmierć wszystkich zszokowała. Zdecydowano się na zmianę formuły protestu. Medycy dalej spali w namiotach, ale prowadzili „cichy dyżur”. 21 września odbyły się pierwsze rozmowy komitetu protestacyjno-strajkowego z resortem zdrowia, dwa dni później kolejne, a zaraz potem częściowo wznowiono aktywność znaną z pierwszych dni protestu – medycy powrócili do wykonywania badań profilaktycznych i udzielania konsultacji. Dotychczasowe rozmowy z wiceministrem zdrowia Piotrem Bromberem, jak sami mówią, nie dotykały najważniejszych spraw. Czy w październiku dojdzie do zawarcia porozumienia, czy do zaostrzenia protestu?

Mariusz Tomczak

„Gazeta Lekarska” od samego początku śledzi protest pracowników ochrony zdrowia, który rozpoczął się 11 września. Więcej o jego przebiegu i postulatach medyków oraz kilkaset zdjęć z manifestacji i białego miasteczka przy kancelarii premiera, można znaleźć TUTAJ.