18 lipca 2024

Prezes NRL: Kiedy zdejmie się maski…

I stało się! Zapowiadane przed kilkunastu laty nadejście globalnej pandemii, które lokowano w sferze science fiction, dziś jest rzeczywistością. W brutalny sposób obnażona została mizeria ochrony zdrowia w Polsce.

Foto: pixabay.com

Będzie ona jeszcze większa, bo po walce z koronawiusem wyjdziemy poturbowani, ze zdemolowanym systemem publicznych usług zdrowotnych.

Dziś o tym jeszcze nikt nie myśli, bo zgodnie z zawołaniem „wszystkie ręce na pokład” jest pełna mobilizacja. Lekarze i cały personel medyczny stają na wysokości zadania i dzielnie, często nie bacząc na zagrożenie zdrowia i życia, pełnią swoją misję. Należą im się za to słowa najwyższego uznania.

Jak to w sytuacjach kryzysowych, wiele dowiadujemy się o sobie. Ujawniają się postawy godne i szlachetne, ale i ludzka małość – spekulacje, chęć zarobienia na nieszczęściu, wyszarpnięcia, gdzie się da i ile się da… Jest też wiele budujących przykładów. Spontanicznie organizowane społeczne akcje chociażby lokalnych restauratorów czy firm gastronomicznych dostarczających za darmo posiłki dla lekarzy, pielęgniarek, laborantów czy sanitariuszy.

To piękne gesty, które świadczą o sympatii, szacunku i uznaniu dla medyków. Jest więcej niż pewne, że ofiarność i zaangażowanie lekarzy w walce z epidemią przełożą się na poprawę wizerunku naszego środowiska w opinii społecznej. W opublikowanych w końcu ub.r. badaniach CBOS na temat najbardziej poważanych zawodów, lekarz znalazł się dopiero na szóstej pozycji – za strażakiem – miejsce pierwsze, i kolejno: pielęgniarką, robotnikiem wykwalifikowanym, górnikiem i profesorem uniwersytetu.

Pokrzepiające są informacje o pozytywnym odzewie studentów medycyny, którzy licznie odpowiadają na apele i jako wolontariusze włączają się do pomocy na zapleczu „frontu walki”. Skuteczna okazała się akcja #zostanwdomu. Ruszyła pomoc sąsiedzka. Samoorganizacja społeczna, która w naszym kraju ma piękne tradycje, i tym razem ożyła. Pospolitym ruszeniem epidemii nie zwalczymy, choć na pewno wyjdziemy z tego doświadczenia jako społeczeństwo mądrzejsi. Nasi współobywatele przechodzą szybki kurs (czasem jest to powtórka, czasem pierwsza lekcja) podstawowych zasad higieny, odpowiedzialności za bezpieczeństwo zdrowotne swoje i swoich bliskich, zaczynają rozumieć, czym jest zdrowie publiczne.

Chyba się uodporniają na antyszczepionkowe hasła. Wszyscy przechodzimy też ekspresowe praktyczne szkolenie, czym jest telemedycyna i jakie są jej zalety. Jednocześnie przekonujemy się, że nasza infrastruktura teleinformatyczna nie wytrzymuje gwałtownego wzrostu obciążenia sieci, kiedy nagle na dużą skalę ruszyła telepraca, szkoły i uczelnie przechodzą na kursy online, a do tego jeszcze medycyna (po stronie i lekarzy, i pacjentów nie do końca oswojonych z wirtualną formą) też, gdzie się da, ma zagościć w sieci. Państwo przechodzi test sprawności i gotowości do funkcjonowania w sytuacji kryzysowej. Czas na pełną ocenę nadejdzie.

Teraz opieramy się na wycinkowych obserwacjach i doświadczeniach, a także opiniach „od ściany do ściany”. Trudno nie docenić starań i zaangażowania osób odpowiedzialnych za zarządzanie tą sytuacją na każdym szczeblu. Z ludzkiego punktu widzenia nietrudno sobie wyobrazić, pod jak silną presją psychiczną i fizyczną działają. Można też sobie zadać pytanie, na jak długo tych sił wystarczy. To samo pytanie zadajemy sobie codziennie w naszych szpitalach, przychodniach, laboratoriach. Jak długo wytrzymamy? Pytanie to brzmi tym bardziej dramatycznie, że nie odnosi się ono tylko do fizycznego zmęczenia, ale do obaw o bezpieczeństwo własne, współpracowników i najbliższych.

Lekarze, jak i inne zawody medyczne, biją na alarm, że brakuje środków zabezpieczenia osobistego, jest za mało testów, brakuje spójnych procedur i koordynacji. Mają więc prawo zapytać: „Czy dobrze zarządza się tym kryzysem, czy byliśmy do niego przygotowani?”. Co do tego można mieć wątpliwości. Na pewno nie można było przygotować się na ten konkretny atak, ale widzimy, że teraz z całą mocą ujawniają się słabości organizacyjne i wszelkie zaniedbania, jakie od lat trapią system ochrony zdrowia w Polsce. Wcześniej czy później z epidemią sobie poradzimy.

Dziś jednak ci, którzy są blisko pacjentów – tak jak my, widzą, że system wyjdzie z tej walki mocno pokiereszowany. Obecnie wszystko jest podporządkowane uporaniu się z epidemią. A z pola widzenia traci się innych pacjentów, którzy też potrzebują pomocy, ponieważ mają choroby przewlekłe, zdarzają się stany nagłe wymagające szybkiej i pilnej interwencji, czasem są to dolegliwości kwalifikujące się do opieki ambulatoryjnej, stomatologicznej itp. Nie wszystko da się załatwić dzięki telemedycynie, a bez odpowiednich zabezpieczeń udzielanie pomocy pacjentom jest groźne i dla nich, i dla personelu medycznego, w tym lekarzy.

Co się stanie, kiedy nas zdziesiątkuje choroba czy kwarantanna? Co się stanie, gdy w opiece specjalistycznej, diagnostyce, szpitalnictwie, rehabilitacji trzeba będzie nadrobić zaległości? Jak długie kolejki społeczeństwo zniesie? Jaki poziom nierówności w dostępie do leczenia jeszcze jest w stanie zaakceptować? Teraz my też koncentrujemy się na tym, co pilne i ważne, czyli zwalczaniu wirusa i jego skutków. Sygnalizujemy, apelujemy, alarmujemy („Gazeta Lekarska” opisuje to szeroko w raporcie specjalnym). Zadziwia nas i bulwersuje brak odzewu i reakcji ze strony władz państwowych. Czy to wynik psychicznej blokady na zewnętrzne sygnały, wynikający z kryzysowej presji, czy też efekt zamknięcia w bańce informacyjnej?

Nie potrafię odpowiedzieć. Nie potrafię też zrozumieć braku odzewu na ofertę pomocy polegającej na wejściu do zespołów zarządzania kryzysowego na poziomie rządowym i wojewódzkim przedstawicieli Naczelnej Izby Lekarskiej i okręgowych izb lekarskich. Byłby to idealny sposób na przyspieszenie wymiany informacji, udrożnienie kanałów komunikacji, dotarcie najkrótszą drogą do lekarzy, czyli poprzez samorząd. Nasza wyciągnięta pomocna dłoń zawisła w powietrzu. Mam nadzieję, że premier, do którego skierowałem naszą inicjatywę, jednak się zreflektuje i odpowie pozytywnie. Stoimy przecież po tej samej stronie barykady, a przeciwnika mamy wspólnego – epidemię.

My, lekarze, robimy swoje. Jesteśmy przy pacjentach. Bierzemy sprawy w swoje ręce i organizujemy środowiskową pomoc. Stworzyliśmy specjalny fundusz, z którego środki mają trafić do lekarzy (szczegóły znajdują się w opublikowanym na kolejnej stronie liście). Ale samoorganizacja nie wystarczy. Przyjdzie czas, kiedy trzeba będzie zdjąć maski i na poepidemicznym pobojowisku nie tyle odbudować, ile zbudować sprawny system ochrony zdrowia. Jestem przekonany, że po obecnym doświadczeniu społeczne oczekiwanie zmian i przyzwolenie na nie będzie jeszcze większe niż dotychczas. Pytanie tylko, czy w szufladach są gotowe projekty?

Czy znów zaczniemy od debat? Czy znajdą się odważni politycy, by zmierzyć się z tym cywilizacyjnym wyzwaniem? Czy będą woleli pójść po linii najmniejszego oporu, dając do ręki kolejne „setki plus”, zamiast podjąć się dużo trudniejszego zadania – zorganizowania sprawnego systemu usług publicznych. Będzie to karkołomne przedsięwzięcie, ponieważ czasy koniunktury gospodarczej są za nami i straciliśmy poduszkę finansową, by zacząć budować nowoczesny, wydolny i sprawiedliwy system zaspokajający jedną z podstawowych potrzeb człowieka – poczucie bezpieczeństwa zdrowotnego.

Andrzej Matyja, prezes NRL