16 czerwca 2024

Zmiana systemowa. Prawo wykonywania zawodu dla medyków spoza UE

Liberalizacja dostępu do wykonywania zawodów medycznych w Polsce dla cudzoziemców spoza UE to wspólny mianownik zmian wprowadzonych na mocy ustawy covidowej i ustawy o kadrach medycznych – pisze Mariusz Tomczak.

Foto: pixabay.com

Nowe przepisy dotyczą nie tylko lekarzy i stomatologów z dyplomami uzyskanymi za naszą wschodnią granicą, ale również w dziesiątkach innych państw, co często umyka w debacie publicznej.

– Uprościliśmy dotychczasową procedurę uzyskania PWZ. Traktuję to jako ogromną zmianę systemową – mówi minister zdrowia Adam Niedzielski. W resorcie zdrowia od kilku lat na poważnie rozważano dokonanie takiego kroku. Najbliższy tego był minister Łukasz Szumowski. Choć jemu to się nie udało, zmiany przeforsował kolejny szef resortu.

Uzasadniano to m.in. brakami kadrowymi oraz wyjściem naprzeciw potrzebom podmiotów leczniczych, które w ocenie części lekarzy są zlokalizowane w mało atrakcyjnych rejonach Polski lub daleko od ich miejsca zamieszkania. Dodatkowym pretekstem okazała się pandemia.

Trend

To, co niedawno dotknęło zawody medyczne, wpisuje się w obserwowany od dłuższego czasu trend. Rząd Mateusza Morawieckiego coraz szerzej otwiera drzwi polskiego rynku pracy, choć nie on to zainicjował. W ostatnich latach imigracja rosła w takim tempie, że nasza pozycja w różnych zestawieniach może stanowić zaskoczenie:

  • Eurostat: zanim wybuchła pandemia, Polska była liderem w liczbie przyjętych imigrantów zarobkowych spoza UE – w 2019 r. władze wydały ponad połowę pozwoleń na pracę we wszystkich krajach członkowskich oraz jedną czwartą pozwoleń na pobyt w całej Unii, co w przeliczeniu na 1 tys. mieszkańców dało nam trzecie miejsce;
  • OECD: w 2017 r. do naszego kraju przybyło najwięcej tymczasowych imigrantów zarobkowych na świecie – 1,1 mln przyjeżdżających na okres krótszy niż 12 miesięcy;
  • Urząd do Spraw Cudzoziemców: w 2020 r. sytuacja epidemiczna i związane z nią ograniczenia zachęcały obcokrajowców do przedłużania pobytu w naszym kraju, co dotyczyło zwłaszcza obywateli Ukrainy i Białorusi, którzy wcześniej w większym stopniu korzystali z możliwości migracji tymczasowych.

Uzależnienie

Istnieją systemy ochrony zdrowia w dużym stopniu opierające się na lekarzach cudzoziemcach. W Niemczech w 2019 r. liczba zarejestrowanych w izbach praktykujących lekarzy wzrosła o prawie 10 tys. (do 402 tys.) z czego ponad 3,8 tys. przybyło z zagranicy. Tym samym za naszą zachodnią granicą liczba cudzoziemców wykonujących ten zawód wzrosła do ponad 58,1 tys.

Gdyby oprzeć się o definicję Federalnego Urzędu Statystycznego, który za osoby z obcym pochodzeniem uznaje zarówno obcokrajowców, jak i tych, którzy przyszli na świat w Niemczech, ale tylko jedno z ich rodziców posiadało obywatelstwo od urodzenia, ta liczba byłaby większa, skoro już kilka lat temu co czwarty mieszkaniec RFN miał obce korzenie.

W niemieckich placówkach medycznych pracuje sporo Polaków, a według danych sprzed dwóch lat wielu lekarzy cudzoziemców pochodziło z Syrii i Rumunii (po ponad 4,4 tys.), Grecji (ponad 2,8 tys.), Austrii i Rosji (po ponad 2,3 tys.).

Polityczne wygodnictwo

Wydaje się, że dla polityków na najwyższym szczeblu władzy i osób decydujących o kształcie polityki zdrowotnej w krajach ściągających do siebie wielu lekarzy z zagranicy, ich napływ jest wygodny. Na stałą lub czasową emigrację decydują się osoby wykształcone (notabene na koszt podatników z innych krajów), nierzadko z niemałym dorobkiem zawodowym czy naukowym.

To zdejmuje z władz konieczność zabiegania o tworzenie coraz lepszych warunków dla swoich obywateli oraz przynajmniej częściowo zwalnia ich z odpowiedzialności za przygotowanie i wdrożenie wieloletniej, starannie przemyślanej strategii rozwoju kadr medycznych.  Po co się dwoić i troić, skoro lekarzy i tak nie zabraknie, bo niedobór autochtonów wypełnią ekspaci?

„Wygodnictwo” nie jest jedyną przyczyną, z powodu której część decydentów sprzyja tym zmianom. Jak każdy proces społeczny, niesie on za sobą zarówno pozytywne, jak i negatywne skutki, co daje pewne szanse, ale i zagrożenia. Niestety nie zawsze traktuje się je z podobną uwagą. Kilka lat temu w Szwajcarii, gdzie co trzeci lekarz pochodzi z zagranicy (głównie z sąsiednich Niemiec), toczyła się dyskusja o zaletach i wadach tego modelu, a część ekspertów zwracała uwagę na konieczność uniezależnienia systemu ochrony zdrowia od zagranicznego personelu medycznego.

Na kim oprzeć bezpieczeństwo?

W naszej debacie publicznej rzadko pojawia się fundamentalne pytanie, czy bezpieczeństwo zdrowotne polskich obywateli należy oprzeć na lekarzach z zagranicy. Na to, że takie może być założenie rządzących, wskazał niedawno Zarząd Krajowy OZZL, opiniując projekt ustawy o kadrach medycznych. „Obawiamy się, że spowoduje to jeszcze mniejsze niż dotychczas zainteresowanie (kolejnych) rządów RP, aby problem deficytu lekarzy faktycznie i na trwale rozwiązać” – czytamy w stanowisku OZZL. Takich głosów nie brakuje.

Trzeba być niezwykle ostrożnym w porównywaniu sytuacji, z jaką stykali się lekarze emigrujący m.in. z Polski do zachodniej Europy, Skandynawii czy USA, do okoliczności, które kilka miesięcy temu zaistniały w naszym kraju. Tam co do zasady łagodzono bariery administracyjne związane z przyjazdem i podejmowaniem pracy bez drastycznego różnicowania wymagań w zakresie kwalifikacji zawodowych dla „miejscowych” i „napływowych”.

U nas zdecydowano się na inny model, co wzbudza kontrowersje z punktu widzenia bezpieczeństwa pacjentów i zwiększonego ryzyka wystąpienia zdarzeń niepożądanych. Oczywiście nie wszyscy je podzielają. Z wielu stron dochodzą też głosy o braku możliwości wiarygodnego zweryfikowania kwalifikacji medyków spoza UE w niesłychanie krótkim czasie, a w dodatku przepisy są skonstruowane w taki sposób, że pracę mogą podjąć osoby de facto nieznające języka polskiego.

Co robi rząd?

Prezes NRL prof. Andrzej Matyja dziwi się, że wprowadzono znaczne ułatwienia w dostępie do zawodu dla cudzoziemców, mimo że w trakcie pandemii rząd nie zrobił w zasadzie nic, co realnie wsparłoby polskich lekarzy i uwolniłoby rezerwy drzemiące w systemie opieki zdrowotnej.

Obowiązki biurokratyczne pozostały, lekarzy nie odciążono od pilnowania spraw niezwiązanych bezpośrednio z leczeniem, a sposób, w jaki wydawane są nakazy pracy, wywołuje złość. Nie dość, że dodatki covidowe objęły część lekarzy walczących z epidemią i wciąż trwa spór o interpretację, komu one przysługują, a komu nie, to zainicjowana przez ministra zdrowia dyskusja o uregulowaniu wzrostu minimalnych płac spotkała się z rozczarowaniem zwłaszcza wśród lekarzy specjalistów.

– W rezultacie wielu dobrze wykształconych polskich lekarzy deklaruje chęć wyjazdu do pracy w krajach unijnych. Czy nie należy podjąć starań, aby zachęcić ich do pozostania, zamiast tworzyć ustawy, które spowodują napływ z zagranicy osób, których kwalifikacje nie zostaną w Polsce należycie zweryfikowane, chociażby pod kątem minimalnych standardów kształcenia w UE? – pyta prezes NRL.

Kto puka do naszych drzwi?

Nowe przepisy dotyczą obywateli prawie całego świata, w tym państw, w których – najłagodniej mówiąc – poziom kształcenia (nie tylko w zakresie medycyny) pozostawia wiele do życzenia, a już na pewno stanowi wielką zagadkę.

Konia z rzędem temu, kto ma choćby pobieżną orientację, jak przebiega szlifowanie wiedzy i umiejętności obecnego i przyszłego personelu medycznego w Chinach, Indiach, Indonezji, Kolumbii, Korei Południowej, Kosowie, Malezji, Mołdawii, Mongolii, Pakistanie, Peru, Tajlandii, Turcji czy na Filipinach – to wybrane kraje, których obywatele otrzymali zezwolenie na pracę w zawodach szeroko związanych ze zdrowiem w I kwartale br. (dane Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii).

Infografika: Gazeta Lekarska

Różnice w kształceniu między Polską a innymi państwami są faktem. Dość powiedzieć, że na sąsiedniej Ukrainie certyfikat specjalisty lekarz uzyskuje po odbyciu tzw. internatury, która w przypadku anestezjologii trwa dwa lata (dla porównania: u nas okres szkolenia specjalistów w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii wynosi 6 lat).

Zdaniem OZZL radykalne zmniejszenie wymagań wobec cudzoziemców, jako sposób na ich „ściągnięcie” do Polski, „skusi” tych, którzy „zdają sobie sprawę, że w normalnych warunkach nie daliby rady uzyskać zatrudnienia jako lekarze”.

„Tak szerokie i niekontrolowane otwarcie systemu ochrony zdrowia na osoby, które wykształcenie oraz kwalifikacje zawodowe zdobyły w krajach, w których systemy kształcenia w zawodach medycznych są istotnie różne od standardów przyjętych na obszarze UE, nie znajduje uzasadnienia nawet w trwającym obecnie stanie epidemii” – w ten sposób prezesi samorządów: lekarskiego, pielęgniarek i położnych, fizjoterapeutów oraz diagnostów laboratoryjnych apelowali do prezydenta Andrzeja Dudy o zawetowanie jednej z kontrowersyjnych ustaw. Bezskutecznie.

ORL ma 7 dni

W drugiej połowie stycznia pierwsi medycy spoza UE otrzymali zgodę na wykonywanie zawodu w Polsce w ramach systemu uproszczonego. Trzem białoruskim i dwóm ukraińskim lekarzom decyzje w tej sprawie osobiście wręczył minister zdrowia w świetle kamer telewizyjnych. – Do tej pory lekarze spoza Unii, którzy chcieli pracować na rzecz polskiego systemu opieki zdrowotnej, mieli przed sobą różne bariery administracyjne – podkreślił Adam Niedzielski.

Po otrzymaniu pozytywnej decyzji od ministra zdrowia lekarz musi wystąpić do ORL o przyznanie PWZ i wydanie stosownego dokumentu. Rada ma na to 7 dni od dnia otrzymania decyzji ministra. Przepisy są skonstruowane w taki sposób, że w sytuacji, gdy ORL nie przyzna PWZ w tym terminie lub gdy tego odmówi, do dnia prawomocnego zakończenia postępowania taka osoba może wykonywać zawód na podstawie i w zakresie określonym w decyzji ministra zdrowia i jest uznawana za lekarza albo lekarza dentystę z odpowiednim PWZ.

To kolejny powód zaostrzenia sporu między rządem, którego celem jest szybki wzrost liczby lekarzy „pozyskanych” w ramach systemu uproszczonego, a samorządem lekarskim, który nie zamierza „z automatu” przyklepywać urzędowych decyzji bez ustalenia, czy faktycznie są spełnione wszystkie wymogi, w dodatku mając na to zaledwie tydzień.

Skarga ministra zdrowia

Zdaniem szefa KPRM Michała Dworczyka przy rozpatrywaniu wniosków dochodzi do obstrukcji. Pod koniec marca Konwent Prezesów ORL publicznie odniósł się do tego typu oskarżeń, informując, że do izb lekarskich wpłynęło 29 wniosków – 10 rozpatrzono pozytywnie, trzy negatywnie, a pozostałe były w trakcie procedowania głównie z powodu „ewidentnych braków formalnych i merytorycznych”.

Kilka tygodni temu resort zdrowia zapowiedział zaskarżenie do Sądu Najwyższego uchwały NRL dotyczącej szczegółowego trybu postępowania w sprawach przyznawania PWZ. Na moje pytanie, czy to faktycznie nastąpi, rzecznik resortu zdrowia przytaknął. – Zostanie to dokonane najpewniej w najbliższym czasie – poinformował Wojciech Andrusiewicz, dodając, że na złożenie skargi minister ma 6 miesięcy od dnia doręczenia uchwały.

Dwie odmowy

Według stanu na 6 kwietnia, do ministra zdrowia wpłynęły 263 wnioski od lekarzy i lekarzy dentystów spoza UE, spośród których 87 proc. uzyskało kwalifikacje na Ukrainie i na Białorusi. 97 wniosków rozpatrzono pozytywnie, a dwa negatywnie.

„Minister zdrowia wydał dwie decyzje odmowne w związku z faktem, że szkolenie specjalizacyjne nie pokrywało się w istotnych elementach merytorycznych z programem szkolenia specjalizacyjnego w RP lub brakiem udokumentowanej wiedzy w zakresie współcześnie stosowanych procedur i obowiązującej nomenklatury oraz brakiem udokumentowania niezbędnej regularnej aktualizacji wiedzy z zakresu danej dziedziny medycyny” – informuje resort.

W powiatach nie próżnują

Część dyrektorów szpitali nie ukrywa, że ma nóż na gardle i jest gotowa zatrudnić każdego, kto wzmocni kadrę medyczną. Z nowych możliwości zaczęły korzystać mniejsze placówki, gdzie brak jednego czy dwóch lekarzy stanowi czasami być albo nie być dla istnienia niektórych oddziałów.

Od dłuższego czasu trwały starania o sprowadzenie lekarzy ze Wschodu do szpitala powiatowego w Starachowicach (woj. świętokrzyskie), ale na dobre przyspieszyły dopiero po zeszłorocznej zmianie przepisów. Dzięki pomocy agencji rekrutacyjnej do placówki trafili lekarze z Białorusi i Ukrainy. – Pozyskaliśmy lekarza medycyny sądowej – patologa, patomorfologa, dwóch chirurgów, dwóch anestezjologów, dwóch pediatrów, lekarza medycyny ogólnej oraz specjalistę medycyny ratunkowej – mówi dyrektor Powiatowego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Starachowicach Grzegorz Kaleta.

Lekarze będą doskonalić umiejętności pod okiem specjalistów ze szpitala, aby – jak podkreśla starosta – w niedługim czasie móc samodzielnie leczyć i operować pacjentów. Coraz bliżej zatrudnienia kilku anestezjologów ze Wschodu jest inny szpital w tamtym regionie, Zespół Opieki Zdrowotnej w Ostrowcu Świętokrzyskim.

Jesienią część pełnomocników ds. organizacji szpitali tymczasowych i innych osób zaangażowanych w ich tworzenie przyznawała, że myśli o rekrutacji cudzoziemców legitymujących się wykształceniem medycznym. Jak dotąd placówki rezerwowe nie okazały się mekką dla osób z zagranicy, choć m.in. do szpitala tymczasowego w Szczytnie (woj. warmińsko-mazurskie) został skierowany lekarz z kwalifikacjami zawodowymi uzyskanymi poza UE. Bywa, że cudzoziemcy sami zgłaszają się do pracy.

– Kilka zgłoszeń lekarzy i pielęgniarek z Ukrainy i Białorusi, nieposiadających nostryfikacji dyplomu i PWZ, nadesłanych na rekrutacyjny adres e-mail szpitala tymczasowego w Lublinie, przekazano do szpitala macierzystego w celu ewentualnego rozpatrzenia aplikacji – informuje rzecznik wojewody lubelskiego Agnieszka Strzępka.

Wolniej od oczekiwań

Na Podkarpaciu żaden z podmiotów leczniczych podległych samorządowi wojewódzkiemu nie skorzystał z możliwości zatrudniania lekarzy z dyplomem spoza UE w ramach uproszczonej procedury i nie wyraża zainteresowania pozyskaniem ich w najbliższej przyszłości. W innych regionach sytuacja jest odmienna. W szpitalach podlegających samorządowi woj. wielkopolskiego takie plany mają placówki w Poznaniu, Kaliszu i Kościanie, a na Lubelszczyźnie starania o pozyskanie dodatkowych kadr już trwają.

– Zdarzają się przypadki niepowodzenia procesu rekrutacyjnego np. z powodu niestawienia się lekarza na rozmowę lub słabej znajomości języka polskiego – mówi Remigiusz Małecki, rzecznik prasowy w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Lubelskiego. W Szpitalu Wojewódzkim w Opolu najbardziej zaawansowany jest proces pozyskania lekarza zakaźnika, a tamtejszy Wojewódzki Szpital Specjalistyczny negocjuje warunki umowy z firmami zajmującymi się rekrutacją personelu.

Na pytanie, czy po I kwartale br. da się zauważyć większe zainteresowanie pracą w Polsce ze strony lekarzy spoza UE niż jeszcze rok czy dwa lata temu, przedstawicielka jednej z agencji rekrutujących kadrę medyczną odpowiada twierdząco. – Nie jest to jednak wzrost, którego się spodziewaliśmy. Obecnie otrzymujemy kilka zgłoszeń lekarzy spoza UE w miesiącu, wcześniej było to kilka zgłoszeń na kwartał. Lekarze dentyści, zarówno wcześniej, jak i teraz, nie są aktywni – mówi Anna Stradza z HRmedica.

Zdania na temat tego, czy w kolejnych latach lekarze spoza UE zaczną licznie przyjeżdżać do Polski, są podzielone. Co będzie dalej, zależy od wielu czynników, w tym od sytuacji politycznej zarówno wewnętrznej, jak i zewnętrznej.

Mariusz Tomczak