System wynaturza. Czemu lekarze dużo pracują?

System wynaturza. Czemu lekarze dużo pracują?

Do lektury książki Pawła Reszki „Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” podchodziłem z rezerwą. Pomyślałem, że pewnie znów ktoś, w tym wypadku doświadczony dziennikarz śledczy „Newsweeka”, postanowił zarobić, wylewając na nas kubły pomyj.

Do lektury książki Pawła Reszki „Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” podchodziłem z rezerwą – pisze w felietonie Sławomir Badurek

Foto: pixabay.com

Również niektóre z komentarzy na forach internetowych, z którymi zapoznałem się, zanim jeszcze książka trafiła do mojego czytnika, zapowiadało kolejną próbę rozliczenia z naszym środowiskiem – jak wieść gminna niesie – pozbawionym empatii, pełnym nieuków, łapówkarzy, alkoholików i zwolenników źle pojętej solidarności zawodowej.

Jeśli ktoś tak uważa, to najprawdopodobniej zakończył czytanie reportażu Pawła Reszki na tytule. Dziennikarz nie atakuje bowiem lekarzy, a dokonuje rzetelnej wiwisekcji asystemu. Co jest na scenie, wszyscy widzą. Jak to wygląda zza kulis, wiedzą tylko ci, którzy w opiece zdrowotnej, a dziś na powrót w służbie zdrowia, pracują. Najwięcej widać w dużych publicznych szpitalach.

Pomysł autora „Małych bogów”, by zatrudnić się jako sanitariusz w jednej z warszawskich lecznic, był więc bardzo trafny. W ten sposób udało się Pawłowi Reszce nawiązać kontakty z wieloma lekarzami, których zwierzenia na temat pracy są esencją książki. Wśród rozmówców autora dominują ludzie młodzi – rezydenci, stażyści, studenci. Jest też kilku doświadczonych, można powiedzieć, dobrze w systemie usadowionych, lekarzy. Nie ma ordynatorów i szefów klinik.

To jednak nie dziwi, bo praktycznie się nie zdarza – głównie z braku zawodowej potrzeby – by ktoś ze szpitalnej wierchuszki wdawał się w rozmowy z prostym sanitariuszem. Poza tym, nie jest to opowieść o „Bogach”, znanych z filmu o Zbigniewie Relidze, ale o „małych bogach”, którzy z jednej strony, przez swoją pracę, mają często w swoich rękach ludzki los, a z drugiej, są takimi samymi ludźmi jak wszyscy.

„Jak to się dzieje, że system zmienia ludzi – sympatycznych studentów medycyny, czekających na to, aż złożą przysięgę Hipokratesa – w bezduszne maszyny do zarabiania pieniędzy?” – pyta na wstępie Paweł Reszka.

Takie podejście to niestety rzadkość u kogoś spoza środowiska lekarskiego. Jeśli ktoś w systemie nie pracuje lub nie musi się z nim stykać w roli doświadczonego poważną chorobą (swoją lub kogoś bliskiego), zazwyczaj bezrefleksyjnie kupuje przekaz, że najważniejszy jest pacjent, a problemy są przejściowe i takie jak wszędzie, a wielu z nich w ogóle by nie było, gdyby lekarze byli bardziej empatyczni.

To oczywista bujda. Jeśli system dotąd się nie zawalił, to jest tak tylko dlatego, że lekarze posłusznie pracują w wymiarze godzin grubo przekraczającym etat. A dlaczego dużo pracują? Wyjaśnia to rezydent anestezjologii: „Ludzie funkcjonują w taki sposób, bo chcą żyć na określonym poziomie. Wychodzą z założenia, że jeśli tego poziomu nie daje im społeczeństwo, płacąc podatki na ochronę zdrowia, to oni te pieniądze sobie zarobią. Będą brać tyle dyżurów, aż kasa się zgodzi”.

Rozmówcy Pawła Reszki zwracają uwagę na czasochłonne i zarazem frustrujące obciążenia związane z pracą administracyjną. „W moim szpitalu obowiązkiem lekarzy jest na przykład numerowanie stron w historii choroby. Nie mogłaby tego robić sekretarka? – pyta chirurg. Nie wszyscy mają ochotę pytać. Niektórzy się pogodzili. Niektórzy stają się bucami, mówi stażystka. To nie są ludzie empatyczni. To są ludzie automatyczni. Wyćwiczeni w konkretnych czynnościach” – relacjonuje córka lekarzy.

Czytając, ciśnie się do głowy pytanie: kogo to wszystko obchodzi? Oficjalnie wszystkich ważnych, strojących się w szaty obrońców dobra pacjenta. W rzeczywistości trudno „na górze” znaleźć zainteresowanych zmianami. Szefowie klinik i ordynatorzy? O ich protestach nie słyszano, choć wielu z tych ostatnich zostało zdegradowanych do roli koordynatorów i kierowników, którzy pod groźbą natychmiastowej utraty funkcji muszą przykładnie wykonywać polecenia dyrekcji, łącznie z tymi najgłupszymi. Dyrekcje?

– Mój szpital? Przetarte linoleum na podłodze. Lekarze sfrustrowani i pani dyrektor, znajoma posła, która bierze 15 tys. miesięcznie i ma szofera wożącego ją do pracy – mówi młoda pani doktor. Minister? Premier? Im to pasuje, niezależnie od opcji politycznej. Wieloetatowość rozwiązuje problem rażącego braku lekarzy. Skoro w Europie jest ich średnio półtora raza więcej, to niech pracują za dwóch i kłopot z głowy. I nie trzeba, a wręcz nie wolno, im więcej płacić, bo tylko jeśli będą mało zarabiać, będą chętni do łatania dziur w różnych miejscach systemu. W ten sposób system ciągle działa. I wynaturza tych, którzy się w nim poruszają.

Sławomir Badurek
Diabetolog, publicysta medyczny

Zepchnąć próchnicę na margines

Z prof. Marią Borysewicz-Lewicką, kierownikiem Katedry i Kliniki Stomatologii Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, rozmawia Lucyna Krysiak.

prof. Maria Borysewicz-Lewicka, kierownik Katedry i Kliniki Stomatologii Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu

Foto: Marta Jakubiak

O próchnicy u dzieci nieustannie mówi się, pisze, wdraża coraz to nowsze programy prewencyjne, a wciąż mamy z nią problem. Dlaczego?

Próchnica zębów to choroba, z którą ludzkość zmaga się od zarania dziejów. Nasze działania całkowicie jej nie wyeliminują, są obliczone na ograniczenie zagrożenia do minimum, a doświadczenia w walce z tą chorobą utwierdzają nas tylko w przekonaniu, że im bardziej jesteśmy cywilizowani, tym trudniej się z nią uporać.

Szczotka do zębów i pasta, choć są niezbędne, okazują się być niewystarczającym orężem. Problem próchnicy staje się coraz bardziej złożony i w dużym, a może w największym stopniu uzależniony od trybu życia, jaki prowadzimy. Mam na myśli nasze upodobania żywieniowe, które są bardzo próchnicogenne. W przeszłości takim zagrożeniem stała się biała mąka i cukier.

Był taki czas, że dostrzegając to zagrożenie, rezygnowało się ze słodzenia kawy czy herbaty. Obecnie wszystko, co kupujemy, jest dosładzane, można więc powiedzieć, że cukier jest wszędzie, nie tylko w słodyczach – w napojach, chlebie, jogurtach, keczupie, wędlinach. Nie wystarczy więc dbać o higienę jamy ustnej, choć to podstawa, ale zmienić nawyki żywieniowe.

To zalecenie dotyczy większości chorób cywilizacyjnych i staje się pustym sloganem. Co robić, aby tak nie było?

Postawić na edukację, którą należy zacząć już od dzieci w wieku przedszkolnym. Jednak efekty tej edukacji nie są widoczne od razu, trzeba na nie czekać wiele lat. Jeśli jednak codziennie kładzie się do głowy dzieciom, jak uniknąć próchnicy, z czasem ta wiedza się utrwala i diametralnie zmienia podejście do spraw związanych ze zdrowym żywieniem.

Dzieci dorastają i wpajają ją swoim dzieciom, a one swoim. Edukacja nie jest więc jednorazowym działaniem, ale procesem. Nie można zakazać dzieciom jedzenia słodyczy, bo skutek będzie odwrotny, ale nauczyć je, w jakim momencie i w jakich ilościach można je spożywać.

Co w związku z próchnicą powinniśmy wiedzieć o zdrowym żywieniu?

To, że należy robić przerwy między posiłkami. Podjadanie to główny czynnik stwarzający warunki do rozwoju bakterii sprzyjających powstawaniu choroby próchniczej zębów. Ślina tworzy naturalny obronny system organizmu przed mnożeniem się bakterii w jamie ustnej. Chroni tym samym szkliwo zębów przed drobnoustrojami.

Jedno grono, ciasteczko, pół szklanki soku, a nawet to zdrowe jabłuszko zjedzone pomiędzy jednym głównym posiłkiem a drugim, już stwarza warunki dla rozwoju bakterii. One są wykryte, nazwane, opisane, wiemy więc, z czym mamy do czynienia. Niestety, nie zawsze uwzględniają to dietetycy ustalający rożne diety redukujące masę ciała, diety cukrzycowe, obniżające poziom cholesterolu i inne.

Uważam, że każda z tych diet powinna być komponowana z uwzględnieniem ochrony zębów. Próchnica to problem populacyjny, społeczny, którego nie da się całkowicie wyeliminować, ale można zminimalizować zagrożenie i zepchnąć chorobę na margines. Pora więc, aby potraktować ją w szerszym kontekście. Dotąd jednak nie potrafiliśmy z dietetykami stworzyć wspólnego frontu.

A co wniósł największy 4-letni ogólnopolski program profilaktyczno-edukacyjny „Dzieciństwo bez próchnicy”?

Program zakończył się w 2016 r. Objęto nim 360 tys. dzieci w wieku przedszkolnym, ale tak naprawdę ich opiekunów, a więc rodziców, dziadków, wychowawców w przedszkolach, ponieważ dzieci same o sobie nie stanowią. To od tych, którzy je wychowują, zależy, jak nasze działania edukacyjne zostaną przyswojone przez dzieci, prozdrowotne zachowania staną się ich nawykiem, codziennością, choćby zasada, że zęby myje się dwa razy dziennie.

Wieczorne szczotkowanie powinno odbywać się po ostatnim posiłku, a później jest embargo na jakiekolwiek jedzenie i picie oprócz wody. Edukacja wymaga więc zaangażowania całego środowiska. Najważniejsze w tym programie było to, że rodzice z wielką determinacją realizowali jego założenia.

Mamy dowody na to, że materiały opracowane na potrzeby programu dzieci przynosiły z przedszkola do domu i same stawały się przewodnikami w propagowaniu założeń programowych. To, czego się nauczyły, przekazywały rodzeństwu i innym członkom rodziny. Inspirowali rodziców do zadawania pytań ekspertom za pośrednictwem internetu i temat stał się ważny.

Gdzie w tych programach edukacyjnych jest miejsce dla stomatologów?

Stomatologia dziecięca to dziedzina, która kontroluje prawidłowy rozwój układu szczękowo-zębowego oraz wykrywa i ocenia wszelkie patologie występujące w jamie ustnej, w tym chorobę próchnicową. Stomatolog dziecięcy jest więc jak pediatra. Cały czas powinien sprawować pieczę nad rozwojem dziecka, już od momentu pierwszego ząbkowania, a także korygować nawyki wpływające na powstawanie wad zgryzu i zachowania przyczyniające się do rozwoju choroby próchnicowej.

Te działania profilaktyczne są zresztą uwzględnione w koszyku świadczeń stomatologii dziecięcej. Instruktaż higieny jamy ustnej jest finansowany przez NFZ. Ale znów – sam stomatolog niewiele zdziała, jeśli rodzice nie zaprowadzą dziecka do jego gabinetu, jeśli nie współpracują.

W tych projektach mamy do czynienia z edukacją pośrednią i bezpośrednią. Która z nich jest bardziej skuteczna?

Zawsze najbardziej skuteczna jest edukacja bezpośrednia, czyli spotkanie twarzą w twarz. Ale nie jest możliwe, aby z taką formą edukacji dotrzeć do wszystkich dzieci w Polsce, szczególnie tych małych. Nie wszystkie dzieci chodzą do przedszkoli, a do żłobków jeszcze mniej.

Można dotrzeć do nich przez rodziców, pod warunkiem, że się zgłoszą do lekarza dentysty, lub przez media, ale jest to już forma edukacji pośredniej. Edukujemy też nauczycieli, wychowawców, mając nadzieję, że tę wiedzę przekażą dalej. Do tej grupy należą też położne ze szkoły rodzenia, pielęgniarki, higienistki.

Czy można powiedzieć, że wraz z zakończeniem projektu „Dzieciństwo bez próchnicy” walka z tą chorobą wkroczyła w nowy etap?

Z pewnością tak, wnioski wypływające z podsumowania tego programu posłużą do tworzenia nowych, jeszcze bardziej precyzyjnych, skutecznych projektów. Można przyjąć, że ten program zaledwie dotknął problemu, ponieważ był skierowany do 360 tys. dzieci, a więc wycinka populacji. Jednak udowodnił, że tego rodzaju edukacja ma sens, przedstawia problem przyczynowo-skutkowo, ze wskazaniem podziału ról dla każdego uczestnika programu.

Zaowocował też wydaniem „Podręcznika dobrych praktyk”, książeczki zaadresowanej do tych, którzy chcą tworzyć nowe programy edukacyjne zwalczające chorobę próchnicową. Książeczka ta może stać się inspiracją dla administracji państwowej, samorządów, stowarzyszeń, które mają środki, by działać na rzecz większej populacji.

Program „Dzieciństwo bez próchnicy” był realizowany w ramach współpracy polsko-szwajcarskiej. O jego sukcesie świadczy fakt, że Szwajcarzy zaproponowali dodatkowo sfinansowanie realizacji podprogramu opieki stomatologicznej dla dzieci niepełnosprawnych i przewlekle chorych. Jako realizatorzy tego projektu, którym był Uniwersytet Medyczny w Poznaniu, na jego podstawie opracowaliśmy zasady postępowania w tej grupie pacjentów.

Czy można zaryzykować twierdzenie, że dzięki programom edukacyjnym wzrosła świadomość Polaków na temat zagrożeń związanych z próchnicą?

Na pewno tak, szczególnie rodziców, których postawa, zaangażowanie w problem to klucze do sukcesu. Nie ma w Polsce takich służb, które zdjęłyby z barków stomatologów i rodziców ciężar odpowiedzialności za chorobę próchnicową. Pozostaje więc ten problem rozwiązywać we własnym zakresie.

Evidence Based Medicine. Bo każdy jest inny

Pod hasłem „EBM i wytyczne praktyki klinicznej we współczesnej opiece zdrowotnej” odbyła się konferencja i warsztaty Polskiego Instytutu Evidence Based Medicine, współorganizowane przez Naczelną Izbę Lekarską.

Język stosowany w EBM przybliżył prof. Roman Jaeschke Evidence Based Medicine jest współczesną sztuką lekarską

Język stosowany w EBM przybliżył prof. Roman Jaeschke (po lewej)
Foto: Mariusz Tomczak

Evidence Based Medicine jest współczesną sztuką lekarską. Termin ten trudno przełożyć na język polski, dlatego mówi się o „medycynie opartej na dowodach”, „medycynie opartej na faktach” czy też „praktyce medycznej opartej na wiarygodnych i aktualnych publikacjach”. 11 maja do Krakowa przyjechali światowej sławy eksperci, głównie z kanadyjskiego McMaster University (kolebki EBM), na czele z prof. Gordonem Guyattem.

To on jako pierwszy użył tego określenia w 1991 r. Prof. Guyatt otworzył krakowską konferencję i był pierwszym prelegentem przedstawiającym przykłady działania „zwodniczego umysłu” ekspertów, którzy popełniają błędy i formułują sprzeczne rekomendacje. Przekonywał o konieczności stałego dążenia ku racjonalnemu rozumowaniu w medycynie. Jednak badania kliniczne i obserwacyjne nie są jedyną podstawą podejmowania decyzji w konkretnej sytuacji.

– Same dowody naukowe nigdy nie wystarczą, potrzebujemy też wartości – powiedział, po czym zwrócił się do lekarzy zgromadzonych na sali o opinię w sprawie stosowania antybiotyków w razie zapalenia pneumokokowego. Większość była zgodna, że w tej sytuacji antybiotyki pomogą. – A gdy u 95-letniego pacjenta z demencją pojawiłoby się pneumokokowe zapalenie płuc? Ilu z was myśli, że teraz również należy zastosować antybiotyki? – zapytał. Zebrani podnieśli ręce: sala podzieliła się mniej więcej pół na pół.

– Kiedy pytałem o to w USA, większość uznała, że jest to nienajlepszy pomysł, ale gdy zadałem to pytanie Peruwiańczykom, 60 proc. było za zastosowaniem antybiotyku. Wyjaśnienie warunkuje kultura – powiedział prof. Guyatt. – Nie chodzi o to, że nie zgadzamy się co do dowodów, ale mamy inne wartości i preferencje, a te różnią się miedzy kulturami. Klinicysta powinien być świadomy także własnych wartości i preferencji leżących u podłoża podejmowania decyzji – skonkludował.

Lekarskie intencje

Podstawowy język stosowany w EBM przybliżył prof. Roman Jaeschke. Mówił m.in. o metaanalizie (tj. ilościowej syntezie wyników badań dotyczących tego samego pytania klinicznego przy wykorzystaniu odpowiednio dobranych metod statystycznych) i ryzyku względnym (tzn. stosunku prawdopodobieństw wystąpienia określonego punktu końcowego w grupach eksperymentalnej i kontrolnej).

Zwrócił uwagę na znaczenie języka, jakim się posługujemy oraz na to, że intencje badacza mogą wpływać na końcowy rezultat jego pracy nawet mimo szczerej chęci dochowania zasad naukowego obiektywizmu. – Rezultat badań często zależy od tego, jakiego wyniku poszukujemy. Cała metodologia badawcza ma na celu wyeliminowanie tego rodzaju czynników zaburzających – podkreślił prof. Jaeschke.

Pojęcia stosowane w EBM definiował prof. P.J. Devereaux, wyjaśniając m.in., co oznaczają podstawowe skróty takie jak NNT czy CI. NNT (number needed to treat) to liczba pacjentów, których należy poddać interwencji w określonym czasie w celu uzyskania spodziewanego wyniku, np. uniknięcia zgonu. Z kolei CI (confidence interval) określa stopień precyzji danego oszacowania.

Zaproponował także stosowanie wskaźnika wrażliwości (fragility index), który wskazuje jak duża musiałaby być zmiana uzyskanych wyników, aby stały się one nieistotne statystycznie. Zasady EBM tyczą się indywidualnej praktyki lekarskiej, ale również całego systemu opieki zdrowotnej. Powinny je poznać i zrozumieć osoby podejmujące decyzje w zakresie jego organizacji, funkcjonowania i finansowania.

Wydaje się, że dzięki temu można by łatwiej osiągać wyższą jakość opieki zdrowotnej. Te wątki podjął prof. Guyatt w swoim drugim wystąpieniu dotyczącym oceny jakości, prezentując przykład dwóch szpitali: jednego ze śmiertelnością na poziomie 10 proc., drugiego – 15 proc.

– Skąd ta różnica? Gorsza opieka w pierwszym czy raczej obecność „ciężkich” pacjentów w drugim? – pytał.  Odpowiedź nie musi być wcale taka oczywista, i wymaga szczegółowej analizy, m.in. w oparciu o bazy danych. Jak wyjaśnił prof. Guyatt, szpitale mają pod opieką różnych pacjentów, ale trzeba wyrównać warunki gry i analizować wyniki w porównywalnych grupach.

– Możemy patrzeć na osoby starsze z chorobami współistniejącymi, na starszych bez chorób współistniejących – wyliczał. Mimo że, w jego opinii, bazy danych często są niedokładne, to umiejętność znalezienia, zrozumienia, zinterpretowania i zastosowania w praktyce zgromadzonych danych jest kluczowa do zapewnienia optymalnej opieki medycznej.

Należy jednak zawsze pamiętać, że jeżeli bazy zawierają złej jakości dane, wyniki analiz też będą złe. Wskazał ponadto, jak łatwo o błędne wnioski. W USA niektóre szpitale zaczęły publikować dane o śmiertelności i stwierdzono, że obniżyła się ona o 40 proc.  Byłby to bardzo dobry wynik i silny argument za publikowaniem takich informacji, gdyby nie fakt, że w tym samym czasie śmiertelność w innych szpitalach, niepublikujących takich zestawień, też zmniejszyła się w podobnym stopniu.

Prof. Guyatt mówił o konieczności włączania do badań wielu tysięcy pacjentów, podkreślając, że w wielu przypadkach środowisko lekarskie nie dochodzi za szybko do konsensusu, jak skutecznie leczyć. – Czasami upływa wiele lat pomimo istnienia dobrych dowodów na to, jakie leczenie jest najlepsze – dodał.

Tylko podręcznik?

Na wyzwania, jakie dla EBM i wytycznych praktyki klinicznej niosą współcześni pacjenci, zwracał uwagę prof. Victor M. Montori z Mayo Clinic. – Pacjent, który do nas przychodzi, nie przypomina tego, którego znamy z podręczników interny. Większość osób zgłaszających się do lekarza ma wiele chorób. Pacjent z cukrzycą często ma także nadciśnienie tętnicze i zmaga się z bólem. Ktoś, kto ma cukrzycę, ma mniejsze ryzyko niż ten, kto dodatkowo ma nadciśnienie i depresję – wyliczał.

Wcale nie chodzi tylko o wielochorobowość czy ryzyko wystąpienia polipragmazji. Należy uwzględniać inną „wrażliwość na bodźce” u każdego pacjenta stojącego w obliczu choroby. Naukowiec zwrócił uwagę, że nie zawsze pacjent dostatecznie współpracuje z lekarzem dlatego, że po prostu lekceważy zalecenia tego ostatniego.

– Bywa, że lekarskie dyspozycje są trudne do spełnienia ze względu na bariery psychiczne, fizyczne, materialne czy brak osób bliskich w otoczeniu, które mogłyby pomóc pacjentowi. Każdy jest inny – podkreślił prof. Montori. W jego ocenie warto proponować zalecenia ostrożnie, z uwzględnieniem alternatywnego postępowania, biorąc pod uwagę rozmaite ograniczenia występujące w życiu pacjenta.

Poza tym trzeba próbować aktywnie wciągać chorych w realizację wytycznych, a przy ich wydawaniu dla konkretnego pacjenta uwzględniać cały kontekst towarzyszący chorobie i nie stosować wytycznych w sposób, jak to sam ujął, „ślepy”. – Jeśli wytyczne wydano dla Marii Luizy, to one są przeznaczone tylko i wyłącznie dla niej. Wobec innych pacjentów nie wolno stosować wytycznych takich jak dla tej pacjentki – mówił prof. Montori, podkreślając, że EBM opiera się na założeniu, że lekarzowi do podjęcia decyzji nie mogą służyć wyłącznie „twarde” dane naukowe.

Konflikt interesów

Naszpikowane wieloma konkretnymi wskazówkami było wystąpienie prof. Waleeda Alhazzaniego, który próbował przybliżyć odpowiedź na pytanie, jak stworzyć wiarygodne wytyczne praktyki klinicznej. Można je przygotować np. w oparciu o analityczną pracę grupy ekspertów, jednak nie wystarczy po prostu rozdzielić pracę wśród choćby najwybitniejszych medyków.

– Należy zwrócić uwagę na konflikt interesów, nie tylko finansowy – powiedział prof. Alhazzani. Ktoś, kto w przeszłości prowadził badania kliniczne w danej dziedzinie, może być bardziej niż inni skłonny do patrzenia na dane zjawisko w specyficzny sposób. – Wszystkie rekomendacje winny być oparte o najlepsze bieżące badania i aktualne informacje. Może się okazać, że to, co opracowano w 2008 r., dziś jest już przestarzałe – podkreślił.

To, że ocena dowodów powinna być dokładna, przejrzysta i przekonująca, brzmi jak banał, ale – o czym zdają się nie zawsze pamiętać ludzie nauki – nie należy zapominać o prostocie języka. – Rekomendacje muszą być łatwe do zrozumienia. Unikajcie długich zdań – zaapelował prof. Alhazzani.

Spotkanie z liderami wytyczającymi ścieżki w EBM zostało zakończone dwugodzinnymi warsztatami klinicznymi, które odbyły się po południu w mniejszych grupach. W ich trakcie lekarze szlifowali zdolność krytycznej oceny badania randomizowanego i przeglądu systematycznego oraz umiejętność identyfikowania wiarygodnych wytycznych – wszystko to ma bowiem kluczowe znaczenie dla praktyki opartej na EBM.

Dla członków okręgowych izb lekarskich, po wcześniejszej rejestracji, wstęp na konferencję był bezpłatny, a na warsztaty z dużą zniżką. W komitecie organizacyjnym tego wyjątkowego wydarzenia byli m.in. dr Maciej Hamankiewicz, prof. Romuald Krajewski, prof. Jerzy Kruszewski, dr Piotr Gajewski i dr Wiktoria Leśniak. Warto dodać, że konferencja i warsztaty poprzedziły dwudniowy kurs doskonalący z chorób wewnętrznych McMaster International  Review Course Internal Medicine zorganizowany pod auspicjami International Society of Internal Medicine i European Federation of Internal Medicines.

Odbył się on w dniach 12-13 maja, także w Krakowie, z udziałem przedstawicieli ponad 30 różnych krajów (od Kanady po Koreę Południową i Nową Zelandię). Wykłady wygłosiło ponad 30 ekspertów z Ameryki Północnej i Europy, przybliżając tematykę m.in. chorób: płuc, układu krążenia i układu pokarmowego, schorzeń onkologicznych czy cukrzycy. MIRCIM został objęty patronatem honorowym marszałka Senatu, ministra zdrowia oraz ministra nauki i szkolnictwa wyższego.

Mariusz Tomczak

Gdzie najniższa śmiertelność okołoporodowa?

W zeszłym roku w województwie świętokrzyskim była najmniejsza umieralność okołoporodowa płodów i noworodków w kraju. Poinformował o tym w trakcie spotkania w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Kielcach prof. Stanisław Radowicki, konsultant krajowy w dziedzinie położnictwa i ginekologii.

W zeszłym roku w województwie świętokrzyskim była najmniejsza umieralność okołoporodowa płodów i noworodków w kraju

Kielce – Tokarnia
Foto: freeimages.com

W Świętokrzyskiem w 2016 roku wskaźnik wczesnej umieralności okołoporodowej płodów i noworodków – czyli umieralności od 0 do 6 doby wyniósł 3,14 promila.

W praktyce oznacza to, że w 2016 roku w województwie zmarło w tym okresie 31 dzieci, podczas gdy w 2012 roku śmierć poniosło 100 noworodków. Prof. Stanisław Radowicki zwrócił uwagę, że wskaźniki jakie osiągnięto w Świętokrzyskiem, są takie jak w Szwecji i Finlandii (kraje te przodują w opiece perinatalnej).

Z danych konsultanta krajowego wynika, że na przestrzeni ostatnich lat wskaźnik wczesnej umieralności okołoporodowej w województwie świętokrzyskim zmalał o około 62 procent, gdy w skali kraju było to 48 procent.

– Co wpłynęło na poprawę? Wiele czynników: troska władz województwa, które sfinansowało wiele potrzeb, ale przede wszystkim wprowadzenie trójstopniowej opieki okołoporodowej i twarda realizacja tego założenia organizacyjnego – wymieniał prof. Stanisław Radowicki. Zauważył, że w regionie zaczęto przesyłać pacjentki z ciążą powikłaną do ośrodków o wyższym poziomie referencyjności. Zdaniem konsultanta krajowego, wyraźnie widać też to, że personel klinik i oddziałów położniczych w regionie nieustannie się edukuje i jest na bieżąco w najnowszymi rozwiązaniami, technikami.

– Wszyscy ordynatorzy, którzy tutaj siedzą, są realizatorami pewnej myśli programu, który zapoczątkował w roku 2012 profesor Stanisław Radowicki, który wspólnie z władzami samorządowymi, wojewódzkimi zmusił nas do wprowadzenia programu poprawy opieki perinatalnej. Zrobiliśmy jako województwo skok cywilizacyjny w tym zakresie. Nie byłoby tego, gdyby nie zrozumienie władz samorządowych, wojewódzkich – powtarzał dr hab. Wojciech Rokita, konsultant wojewódzki w dziedzinie położnictwa i ginekologii, kierownik Kliniki Położnictwa i Ginekologii Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kielcach.

Marszałek województwa świętokrzyskiego przekazał miliony Wojewódzkiemu Szpitalowi Zespolonemu w Kielcach, dzięki czemu w 2013 roku możliwe było stworzenie w tej placówce III poziomu opieki perinatalnej ze stanowiskami intensywnej terapii dla noworodków.

– Muszę potwierdzić, że te wskaźniki jeszcze kilka lat temu bardzo mocno nas trwożyły. Rzeczywiście dzisiaj te wskaźniki i chlubne liderowanie w statystyce naszego regionu jest rzeczą dobrą i pokazuje Świętokrzyskie jako region, gdzie bardzo wiele w ostatnich latach zainwestowano w infrastrukturę. Państwo wiecie sami najlepiej ile was kosztuje nakładów, aby rozwijać się pod względem merytorycznym, zawodowym. Mogę zadeklarować, że nie są to ostatnie inwestycje w ochronie zdrowia – powiedział w trakcie konferencji marszałek Adam Jarubas.

Gratulacje pracownikom Klinik Położnictwa i Ginekologii oraz Neonatologii złożył również Andrzej Domański, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kielcach. W 2015 roku, dzięki pomocy finansowej samorządu województwa, w WSZ otwarto pierwszą w regionie pracownię diagnostyki prenatalnej i echokardiografii płodowej wyposażoną w najnowocześniejszy w kraju ultrasonograf. W trakcie spotkania prof. Stanisław Radowicki zwrócił uwagę, że w Świętokrzyskiem powinna zmaleć liczba cesarskich cięć. Mówiono również o konieczności zwiększenia dostępu do diagnostyki prenatalnej , która – jak stwierdził dr hab. Wojciech Rokita – jest jednym z filarów opieki prenatalnej.

Kształcenie, nowe technologie i kontrakty

Ostatnie wydarzenia pokazują, że powszechne odczucie o braku problemów w stomatologii jest błędne. Wiele kwestii musimy przedyskutować, jednak nie tylko między sobą, ale też z przedstawicielami administracji rządowej.

Leszek Dudziński, wiceprezes NRL, przewodniczący Komisji Stomatologicznej NRL

Foto: Marta Jakubiak

Dobrym przykładem takiego wydarzenia jest tegoroczna edycja nałęczowskiej Konferencji Okrągłego Stołu. Rozmawialiśmy tam m.in. o problemach dotyczących poprawy jakości kształcenia, co wiąże się ze zmianą finansowania uczelni medycznych, a także samych zajęć praktycznych w trakcie kształcenia stomatologicznego.

Wprawdzie bezpośrednio takie pytanie nie padło, ale dyskusja wyraźnie szła w kierunku postawienia kwestii, czy nie powinno się rozważyć odpłatności przez studentów i lekarzy podnoszących swoje kwalifikacje za niektóre czynności wykonywane w procesie kształcenia. To jeden aspekt. Drugi dotyczył kontrowersyjnej wypowiedzi Pana Ministra, że wszyscy lekarze powinni specjalizować się, ale stomatolodzy już nie.

Obecnie mamy ponad 70 proc. lekarzy ze specjalizacją i tylko 20 proc. lekarzy dentystów kształcących się w różnej formie podyplomowo.

Czy chodzi nam o prawne umocowanie tego stanu rzeczy? Co z coraz większymi potrzebami społecznymi, zwłaszcza w kontekście zagrożeń demograficznych? Na konferencji mówiono też o rozwoju. Byliśmy zbudowani postawą konsultantów, którzy dostrzegają konieczność wprowadzania nowych technologii i metod terapeutycznych. W programach specjalizacji coraz częściej uwzględnia się stosowanie nowoczesnych technik, na przykład w chirurgii poprzez stosowanie metod sterowania wzrostem kości czy rozwiązania oparte o 3D.

Pojawiające się możliwości dają zupełnie nowe podejście do wykonywania zawodu, ale niosą też zagrożenia. Chciałbym też nawiązać do spotkania zorganizowanego przez Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie i Polskie Towarzystwo Chirurgii Jamy Ustnej i Chirurgii Szczękowo-Twarzowej pod przedowodnictwem dra S. Starościaka. Jego uczestnicy dzielili się doświadczeniami w zakresie profilaktyki, diagnostyki i możliwości terapeutycznych przypadków onkologicznych jamy ustnej i tkanek okolicznych.

To, czym kiedyś zajmował się chirurg szczękowo-twarzowy, obecnie jest polem współpracy także m.in. laryngologa czy neurochiruga, o czym wspominał prof. Romuald Krajewski w swoim doskonałym wystąpieniu.

Kolejny, znakomity wykład dotyczył wpływu wirusa HPV na wystąpienie nowotworów, w tym w obrębie głowy szyi. Odbyła się ciekawa dyskusja dotycząca kierunku zmian w leczeniu chirurgicznym w onkologii klinicznej. Ewidentnie widać, że przeszliśmy przez etap rekonstrukcji z użyciem okolicznych płatów, wchodząc w erę rekonstrukcji mikrochirurgicznej.

Prof. Andrzej Wojtowicz mówił z kolei o nowych opcjach diagnostycznych stanów przednowotworowych. Myślę, że trzeba tę wiedzę szeroko rozpowszechniać. Niezwykle budujące było, że na konferencji pojawiło się duże grono młodych kolegów z różnych ośrodków w całej Polsce. Mimo trudności w dostępie do specjalizacji chirurgicznej, jest grupa, która pozwoli na pokoleniowe zmiany i godne zastępstwo obecnych specjalistów.

Jesteśmy w trakcie kontraktowania świadczeń stomatologicznych. Proces ten budzi wiele emocji.

Po pierwsze, nie do końca satysfakcjonują nas rozwiązania prawne zarówno w postaci rozporządzenia Ministra Zdrowia, jak i zarządzeń Prezesa NFZ. Ponadto w niektórych miejscach w Polsce zaczyna się proponować w kontraktach stawki niższe niż w latach poprzednich. To jest bardzo niepokojące zjawisko, zwłaszcza że wcześniej zapewniano nas, że zostanie utrzymana wycena punktu co najmniej na podobnym poziomie jak w latach poprzednich.

To dla naszego środowiska kolejny sygnał, że nie ma co oczekiwać nagłej poprawy finansowania stomatologii. Wystąpiliśmy z zapytaniem do Prezesa NFZ, o ile zwiększy się finansowanie w drugiej połowie 2017 r. Czekamy na odpowiedź.

Leszek Dudziński
Wiceprezes NRL, przewodniczący Komisji Stomatologicznej NRL

Czy astma to choroba zawodowa sportowców?

Astma wśród sportowców jest na tyle częsta, że bywa wręcz określana przez lekarzy mianem ich choroby zawodowej. W największym stopniu dotyczy zawodników uprawiających dyscypliny wytrzymałościowe i to tych prezentujących wysoki poziom.

Zwiększone ryzyko astmy dotyczy przede wszystkim sportów, które wymagają długotrwałego wysiłku

Foto: pixabay.com

„Zwiększone ryzyko astmy dotyczy przede wszystkim sportów, które wymagają długotrwałego wysiłku i hiperwentylacji. A więc przykładowo: kolarstwo ze sportów letnich, biegi długodystansowe, a ze sportów zimowych biegi narciarskie” – wyliczał Marek Kowalski, specjalista chorób wewnętrznych, alergologii i immunologii klinicznej z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Przewodniczący Komisji Medycznej Polskiego Komitetu Olimpijskiego Hubert Krysztofiak dodał do tej grupy pływanie i zwrócił uwagę na specyfikę sytuacji dotyczącej tego sportu. „Tutaj podnosi się w pewien sposób kwestię ekspozycji na chlor, który znajduje się w wodzie w basenie. To wciąż jest kwestia dyskutowana, ale jest taka koncepcja, i ona jest dosyć dobrze udokumentowana, że pewne pochodne chloru mają właściwości, które mogą powodować w drogach oddechowych zmiany, których konsekwencją będzie astma” – zaznaczył.

Kowalski podkreślił, że zawodnicy uprawiający sporty wytrzymałościowe powinni być objęci szczególnym nadzorem. „Ponieważ u nich prawdopodobieństwo wystąpienia tej choroby zawodowej właściwie sportowca, jak można powiedzieć, jest bardzo wysokie” – argumentował. Natomiast Krysztofiak wspomniał, że częściej obserwujemy astmę u czołowych czy nawet najlepszych zawodników ze względu na to, że oni bardzo ciężko trenują. „Mają bardzo dużą objętość treningu i są bardzo przez długi czas eksponowani na dużą hiperwentylację” – wyjaśnił.

Sprawą często dyskutowaną jest stosowanie przez sportowców leków na astmę. „Jeśli mówimy o dawkach terapeutycznych, to one – zgodnie z wiedzą naukową, którą posiadamy i stanowiskiem Światowej Agencji Antydopingowej – nie wpływają na zwiększenie wydolności organizmu. Przyjmowanie większych dawek rzeczywiście mogłoby mieć wpływ anaboliczny” – zastrzegł dyrektor biura Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie Michał Rynkowski. Odpowiedź na to ma diagnostyka antydopingowa.

„Laboratoria monitorują stale poziomy chociażby substancji, które są stosowane w leczeniu astmy oskrzelowej. Tak, żeby w przypadkach, kiedy dopuszczalne stężenia zostaną przekroczone, wszczynać postępowania wyjaśniające” – podkreślił Rynkowski. Kowalski zwrócił też uwagę na inny problem dotyczący sportowców zmagających się z tą chorobą. „Nie stosują lekarstw, które powinni i mogą, bo one są na liście leków dozwolonych. Lub też stosują je nieregularnie bądź niewłaściwie” – wyliczył.

Agnieszka Niedziałek

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Prof. Stanisław Leszczyński (1922-2017)

Cała radiologia i członkowie Naczelnej Izby Lekarskiej zasmucili się z powodu śmierci Współtwórcy Polskiej Radiologii i Polskiej Izby Lekarskiej.

Prof. Stanisław Leszczyński był współautorem „Leksykonu Radiologii” i redaktorem 3-tomowego podręcznika „Radiologii”

Foto: pixabay.com

Syn patriotycznej polskiej rodziny. Ojciec zginął w Powstaniu Warszawskim, matka – ze swoją córką, więźniarki obozu Auschwitz-Birkenau, była tam położną, ratowała rodzące się w obozie noworodki skazane na śmierć – jest błogosławioną.

Stanisław z młodszym bratem był w obozie koncentracyjnym Mauthausen i Gűsen. Wielki Lekarz, Człowiek o ogromnych talentach, rzadko spotykanej pracowitości i błyskotliwości. Przyjaciel ludzi, oddany swojemu zawodowi, kochał chorych i muzykę. Był człowiekiem niezmiernie skromnym, wymagającym od siebie i współpracowników, nagradzający mądrość, szlachetność i odpowiedzialność.

Jako nauczyciel akademicki i kompetentny przełożony był przemiłym Przyjacielem i Kolegą. Był współautorem „Leksykonu Radiologii”, redaktorem 3-tomowego podręcznika „Radiologii”, trzech monografii publikowanych w USA i redaktorem epokowego dzieła „Historia radiologii polskiej na tle radiologii światowej”. Na Zjeździe Krajowym Izby Lekarskiej w Warszawie w dniu 10 grudnia 1989 r. wybraliśmy Go na Naczelnego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej i funkcję tę pełnił przez 8 lat. Był członkiem wielu towarzystw naukowych krajowych i zagranicznych, w których pełnił ważne funkcje.

Można wyliczać jego zasługi, ale człowiek to więcej niż jego osiągnięcia. Żył według łacińskiej maksymy: „Nam maximum ornamentum amicitiae tollit qui ex ea tollit verecundiam” – jeżeli dla kogoś moralność nie stanowi największego ideału, ten nie zasługiwał na Jego przyjaźń i dlatego tak bardzo ją sobie ceniliśmy. Odszedł Człowiek wielce zasłużony dla Polski. Należał do elity intelektualnej i naukowej naszego kraju, Europy.

Niech mi będzie wolno w imieniu wszystkich przyjaciół, którzy Go znali, złożyć wyrazy głębokiego współczucia najbliższym. Po Jego śmierci wszyscy jesteśmy ubożsi, pożegnaliśmy bowiem perłę wyjątkowej wartości, Lekarza największego formatu, skarb narodowy. Odszedł – Bene de Patria et Medicinae Polonorum Meriti – Dobrze Zasłużony Ojczyźnie i Medycynie Polskiej! Żegnaj, Drogi Przyjacielu!

dr n. med. Zygfryd Wawrzynek
Prezes ORL w Katowicach I kadencji

Minister chwali kardiologów. A co z karetkami?

– Kardiologia to wyjątkowa sytuacja w systemie, który nie działa po prostu najlepiej w większości obszarów służby zdrowia. Kardiologia inwazyjna to dziedzina, która budzi nadzieję, że w polskiej medycynie coś dobrego da się wykreować – uważa minister zdrowia.

Minister zdrowia Konstanty Radziwiłł zapowiada, że będzie więcej karetek pogotowia

Minister zdrowia Konstanty Radziwiłł

W czwartek, podczas Międzynarodowej Konferencji Kardiologicznej w Zabrzu, zorganizowano sesję z okazji 30-lecia interwencyjnego modelu leczenia zawału serca w Polsce. Specjalnym gościem sesji był minister zdrowia Konstanty Radziwiłł, który odniósł się do sytuacji w polskiej kardiologii, w tym do wątpliwości samego środowiska lekarskiego, a także przedstawił nowe propozycje dla kardiologów.

Minister Radziwiłł złożył podziękowania dla wieloletnich wysiłków kardiologii, która osiągnęła ogromny sukces w leczeniu chorób serca i naczyń. Podkreślił, że sukces polskiej kardiologii jest zauważalny nie tylko w kraju, ale również z poziomu europejskiego, co jest szczególnie istotne w trudnych warunkach polskiej medycyny, gdzie kołdra jest zawsze za krótka.

– Jestem wzruszony, cieszę się, że rola kardiologów i Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego została dostrzeżona – powiedział prof. Piotr Hoffman, prezes Towarzystwa, który odebrał z rąk szefa resortu zdrowia prestiżową nagrodę „Kroki Milowe” nazywane Oskarem Kardiologii. – Złoty medal dla polskich kardiologów za to, że potrafiliśmy ten system ratowania życia tak skutecznie zorganizować – powiedział prof. Waldemar Banasiak, były prezes PTK.

Minister tłumaczył, że zachorowalność na choroby serca i naczyń będzie wzrastać, również z powodu wielu chorób współistniejących jak cukrzyca czy zaburzenia lipidowe. Zaznaczył, że mobilizacja i organizacja kardiologów interwencyjnych zapewnia dobrą opiekę dla chorych i dobre wyniki leczenia w skali całego kraju. Jednoznacznie powiedział, że sieć 159 ośrodków kardiologii inwazyjnej jest siecią stabilną, nie jest potrzebne jej nadmierne rozwijanie, ale też szkodą byłoby ograniczanie jej.

Ta sieć 159 ośrodków, według ministra, musi zapewnić bezpieczeństwo chorych tak, aby zarówno pacjenci z mniejszych, jak i z większych miast mieli równy dostęp do procedur ratujących życie. – Ta infrastruktura istnieje, a kardiolodzy interwencyjni są dobrze przygotowani do 24-godzinnego wykonywania zabiegów ratujących życie – podkreślił prof. Dariusz Dudek, przewodniczący Rady Instytutu Kardiologii Collegium Medicum UJ.

Prof. Jarosław Kaźmierczak, konsultant krajowy w kardiologii ostrzegł, że obecnie mamy 80 tys. zawałów rocznie, a ich ilość, również ze względu na starzenie się społeczeństwa, w niedługim czasie może dojść do 100 tys. rocznie. Dlatego trzeba systematycznie i bezustannie edukować społeczeństwo w zakresie objawów i profilaktyki, ale również zastanawiać się nad kompleksowymi rozwiązaniami uwzględniającymi rolę POZ oraz państwowego ratownictwa medycznego, które zdecydowanie powinno być udoskonalane. – Będzie więcej karetek i nowe ich rozłożenie – dodał Radziwiłł.

Krytycznym momentem dla pacjenta jest przenoszenie go ze szpitala do szpitala, ponieważ wydłuża to czas do leczenia zabiegowego. Pacjenci powinni być transportowani bezpośrednio do ośrodków z całodobowo działającą kardiologią interwencyjną. Sam moment zabiegu jest spektakularny, ratuje się przecież życie, ale im tego sukces jest większy tym bardziej widać, że należy go dopełniać również opieką nad pacjentem po zabiegu, aby poprawić przeżywalność wieloletnią. Minister wyraził przekonanie, że przy lepszej organizacji opieki nad pacjentem po zabiegu można by dodatkowo uratować 3000 osób  rocznie.

Minister zaprosił do współpracy jako partnerów w tworzeniu systemu oficjalnie towarzystwa naukowe takie jak Polskie Towarzystwo Kardiologiczne. Wystosował również do kardiologów dwie propozycje współpracy. Pierwszą jest stworzenie ścieżek referencyjnych dla leczenia pacjenta, co będzie standaryzowało procedury postępowania dla prowadzenia pacjenta od momentu przyjazdu pogotowia.

– Ścieżki określą, jak powinna wyglądać najszybsza i najskuteczniejsza procedura udzielania pomocy, z kim pogotowie powinno się komunikować, gdzie powinno przejechać, jak trafić do ośrodka kardiologii inwazyjnej, jak się komunikować z kardiologią inwazyjną, jak leczyć tego chorego w szpitalu i na sali zabiegowej i jak go leczyć po zabiegu. Innymi słowy, jak powinna wyglądać idealna ścieżka leczenia, z której każdy może skorzystać i, jeżeli zostanie ona zrealizowana i wiadomo, że pacjent otrzymał najlepszą możliwą opiekę. To są ścieżki prowadzenia chorego, czyli organizacja leczenia, które będzie miało umocowanie w dokumentach ministerialnych – tłumaczył prof. Dudek.

Druga niezależna propozycja dotyczyła wytycznych Europejskiego i Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Jeżeli PTK będzie w posiadaniu przełomowych wyników badań, które tworzą nowe wytyczne medyczne dla leczenia kardiologicznego, będą one ogłaszane jako obwieszczenie ministra zdrowia, czyli uzyskają znamiona dokumentu formalnie obowiązującego w polskiej ochronie zdrowia. Do tej pory były udostępnianie tylko w publikacjach naukowych danego towarzystwa. Teraz poprzez AOTMiT będą ocenione pod kątem finansowania i kosztów efektywności terapii, aby mogły być skutecznie wdrożone do praktyki klinicznej.

Minister jednoznacznie zapewnił, że 159 ośrodków jest fundamentalne dla funkcjonowania kraju, dla bezpieczeństwa całodobowego leczenia chorych z zawałem serca i chorobami serca i naczyń. Ta sieć oparta na tylu ośrodkach sieciowych i konkursowych ma funkcjonować stabilnie.  Dzień wcześniej prezydent Duda również mówił jak bardzo docenia tak świetnie zorganizowaną opiekę kardiologiczną i podkreślał konieczność jej utrzymania dla zabezpieczenia każdego regionu Polski. – Kardiologia inwazyjna ma w systemie nie tylko miejsce stałe, ale i niezastąpione. Dziękuję za ogromne zaangażowanie i współpracę ze strony środowiska kardiologicznego – dodał minister.

– Jako wykładowca na tej sesji, bardzo cieszę się, że ona się odbyła, a także pozytywnie podchodzę do wystąpienia pana ministra. Po kwietniowych zapewnieniach ministra Gryzy wydaje się, że dzisiejsza wypowiedź ministra Radziwiłła jest ich potwierdzeniem tzn. że kardiologia będzie finansowana na każdym poziomie referencyjnym sieci oraz w konkursach uzupełniających NFZ. Miło słyszeć dziś ponownie bezpośrednio od ministra zdrowia, że 159 ośrodków kardiologii inwazyjnej ma zapewnić opiekę kardiologiczną w Polsce i gwarantować dla każdego obywatela dostęp do procedur ratujących życie w zawale serca – podsumował prof. Dudek.

Standardy leczenia powinny być dopasowane do aktualnych potrzeb i oczekiwań społeczeństwa oraz do możliwości finansowania ich przez Państwo. Tu jest potrzebny kompromis. Nowoczesne technologie bezwzględnie powinny być wdrażane. Swoje propozycje kardiolodzy będę zgłaszać do oceny ministra zdrowia, a minister będzie zlecał dodatkowe analizy do AOTMiT.

Partnerem dla kardiologów będzie ministerstwo zdrowia, które decydować będzie na jakim etapie przekazuje formalną opinię do AOTMiT. Prof. Marian Zembala, dyrektor Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, zadeklarował, że środowisko do czasu Międzynarodowego Kongresu PTK we wrześniu planuje przygotować propozycje ścieżek prowadzenia pacjentów i przedstawić je ministrowi zdrowia.

Pacjent wybudził się po pół roku

W działającej od 1 kwietnia klinice Budzik dla dorosłych w Olsztynie wybudził się pierwszy pacjent. To 49-letni mężczyzna, który pół roku temu doznał ciężkiego urazu głowy podczas jazdy na nartach. Obecnie rozumie polecenia, wypowiada pierwsze słowa i stawia pierwsze kroki.

W klinice Budzik dla dorosłych w Olsztynie wybudził się pierwszy pacjent

Foto: pixabay.com

Informację o pierwszym pacjencie wybudzonym w olsztyńskim Budziku przekazał podczas konferencji prasowej w czwartek 8 czerwca prorektor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie neurochirurg prof. Wojciech Maksymowicz.

Rodzina mężczyzny nie wyraziła zgody na pokazanie jego wizerunku.

– Pacjent doznał urazu czaszkowo-mózgowego 16 stycznia po wypadku na nartach. W stanie śpiączki został przewieziony z Zakopanego do Olsztyna. Był w ciężkim stanie, po jakimś czasie przeszedł ze śpiączki w stan zwany wegetatywnym, jego stan nie wskazywał nawet na stan minimalnej świadomości. Cały zespół specjalistów podjął bardzo intensywne działania neurorehabilitacyjne – podkreślił prof. Wojciech Maksymowicz.

W środę komisja terapeutyczna działająca w placówce orzekła, iż terapia doprowadziła do wybudzenia pacjenta.

Jak wyjaśniał prof. Maksymowicz, wybudzenie pacjenta ze śpiączki nie przebiega tak, jak się potocznie myśli. – Nie jest tak, że pacjent śpi, potem się budzi i zaczyna opowiadać, co mu się śniło. To jest proces płynny, wielomiesięczny. Bardzo nas cieszy że pacjent dzięki terapii osiągnął taki poziom, iż mógł się z nami przywitać, podał ręce i postawił pierwsze kroki przy chodziku, wypowiedział pierwsze słowa – dodał prof. Maksymowicz.

Te pierwsze słowa to m.in. imiona osób z najbliższego otoczenia – żony i córki.

Prof. Maksymowicz zaznaczył, że mężczyzna oprócz urazu głowy mógł był przez pewien czas po wypadku niedotleniony. – Po wypadku mężczyzna był poszukiwany. To był okres, gdy był bez kontroli, mógł nie mieć możliwości swobodnego oddychania. Niedotlenienie jest dodatkowym ważnym elementem upośledzającym powrót do zdrowia – ocenił prof. Maksymowicz.

W Budziku stosuje się szereg metod i technik rehabilitacyjnych i terapeutycznych.

Dr Piotr Siwik, specjalista rehabilitacji medycznej, podkreślił, że w sytuacji pacjentów z urazami czaszkowo-mózgowymi ważną sprawą jest niedoprowadzenie do długotrwałego unieruchomienia i zapobieganie przykurczom mięśni. Pacjenci poddawani są masażom, hydromasażom, chorych się pionizuje, dodatkowo stymulując wibrującym podłożem. Pracuje się także przy pomocy tzw. cyberoka, które pozwala komunikować się pacjentowi za pomocą ruchu gałek ocznych czy fiksowania wzroku na poszczególnych piktogramach na ekranie.

Pacjenci w lepszym stanie odpowiadają na pytania, pisząc słowa na ekranie monitora.

W Budziku dla dorosłych w Olsztynie jest 8 łóżek, obecnie przebywa w nim 7 pacjentów, wkrótce dotrze jeszcze jeden. Placówka zajmująca się terapią osób dorosłych w śpiączce działa od grudnia ubiegłego roku. Przez pierwsze miesiące, mimo braku finansowania z Narodowego Funduszu Zdrowia, przyjmowała pacjentów, bo działalność placówki finansował szpital uniwersytecki.

Od 1 kwietnia Budzik otrzymuje środki z NFZ.

Olsztyńscy lekarze ze szpitala uniwersyteckiego od dawna zajmują się badaniami osób w śpiączkach. Prowadzą m.in. badania weryfikujące, czy chory jest w stanie wegetatywnym, czy minimalnej świadomości i wszczepiają stymulatory osobom w śpiączkach. Dotąd przeprowadzono kilkanaście tego rodzaju operacji.

Źródło: naukawpolsce.pap.pl

Gabinet lekarski w domu i mieszkaniu

Wielu lekarzy prowadzi lub zamierza prowadzić swoje gabinety w budynkach, które nie są wyłącznie przeznaczone na przychodnie lub gabinety lekarskie, często w lokalach czy domach mieszkalnych.

W Sejmie trwają obecnie prace nad ustawą przekształcającą prawo użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe w prawo własności tych gruntów

Foto: pixabay.com

W Sejmie trwają obecnie prace nad ustawą przekształcającą prawo użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe w prawo własności tych gruntów. Ponieważ wiele budynków, w których praktyki są rejestrowane, jest wybudowanych na takich gruntach, to projektowane zmiany mogą być dla Państwa bardzo istotne.

Szczególnie, jeśli adres domowy służy wyłącznie wskazaniu adresu działalności (przy praktykach na wezwanie czy wyłącznie w siedzibie podmiotu leczniczego), a nie jest ona tam rzeczywiście prowadzona. Projektowana ustawa zakłada bowiem obowiązek uiszczania opłaty za przekształcenie.

Będzie ona dla lokali mieszkalnych płatna w 20 ratach, każda w wysokości opłaty rocznej za użytkowanie wieczyste. Ale jeśli w mieszkaniu jest zarejestrowana praktyka zawodowa, to opłata taka ma być płacona w ratach tej samej wysokości, ale przez 33 lata. Będzie więc o ponad połowę wyższa.

Liczyć ma się stan na moment przekształcenia, które nastąpi z mocy prawa. Warto więc rozważyć szybką zmianę adresu praktyki, jeśli to oczywiście możliwe, bo proces legislacyjny może się niedługo zakończyć.

Warto przybliżyć niektóre wymogi i skutki natury podatkowej czy prawnoadministracyjnej, jakie wiążą się obecnie z prowadzeniem gabinetów w budynkach, które nie są wyłącznie przeznaczone na przychodnie lub gabinety lekarskie. Tym bardziej, że rozluźnienie wymagań formalnych przy rozpoczęciu działalności powoduje obciążenie lekarza skutkami niewłaściwego postępowania przy podejmowaniu działalności w takich miejscach.

Zgodnie z art. 71 ustawy prawo budowlane podjęcie bądź zaniechanie w obiekcie budowlanym lub jego części działalności zmieniającej warunki pracy, zdrowotne, higieniczno-sanitarne, wielkość lub układ obciążeń wymaga zgłoszenia organowi administracji architektoniczno-budowlanej.

Sytuacja taka ma miejsce, gdy rozpoczynają Państwo działalność w lokalu, który wcześniej nie był wykorzystywany na takie cele, szczególnie jeśli w decyzji o pozwoleniu na budowę lub na użytkowanie określone było inne przeznaczenie budynku czy lokalu.

Zgłoszenie takie musi określać dotychczasowy i zamierzony sposób użytkowania i muszą być do niego załączone opisy i rysunki o charakterze techniczno-budowlanym, oświadczenie o prawie dysponowania budynkiem (lokalem) na cele budowlane, zaświadczenie o zgodności zamierzonego sposobu użytkowania z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego (warunki zabudowy, jeśli nie ma planu miejscowego).

Uchybienie temu obowiązkowi może grozić wydaniem przez nadzór budowlany postanowienia o wstrzymaniu użytkowania obiektu, koniecznością uzupełnienia dokumentacji i nałożeniem opłaty legalizacyjnej. Zmiana sposobu użytkowania budynku lub lokalu pociąga za sobą również zmianę wysokości stawki podatku od nieruchomości.

Jeżeli w trakcie roku podatkowego dochodzi do zmiany sposobu wykorzystywania przedmiotu opodatkowania lub jego części, podatek ulega obniżeniu lub podwyższeniu, poczynając od pierwszego dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym nastąpiło to zdarzenie.

Trzeba je zgłosić we właściwej gminie w ciągu 14 dni od wystąpienia. Stawki podatku od nieruchomości dla budynków lub ich części związanych z udzielaniem świadczeń zdrowotnych w rozumieniu przepisów o działalności leczniczej, zajętych przez podmioty udzielające tych świadczeń są niższe niż dla celów związanych z prowadzeniem innej działalności gospodarczej, jednak kilka razy wyższe niż od budynków i lokali mieszkalnych.

W wypadku lokali stanowiących odrębną własność, wydatki i ciężary związane z utrzymaniem nieruchomości wspólnej mogą być – jeśli taką uchwałę podejmie wspólnota mieszkaniowa – w większym stopniu niż to wynika ze stosunku do ich udziału, obciążać właścicieli lokali użytkowych.

Należy też pamiętać, że wynajęcie lokalu znajdującego się w budynku należącym do spółdzielni mieszkaniowej wymaga zgody tej spółdzielni, jeśli wiąże się ze zmianą sposobu korzystania z lokalu lub przeznaczenia lokalu bądź jego części. Rozpoczęcie takiej działalności wymaga też zawiadomienia spółdzielni, bo pociąga za sobą zmianę wysokości opłat na rzecz spółdzielni.

Jarosław Klimek
Radca prawny OIL w Łodzi


„Ignorantia iuris nocet” (łac. nieznajomość prawa szkodzi) – to jedna z podstawowych zasad prawa, pokrewna do „Ignorantia legis non excusat” (łac. nieznajomość prawa nie jest usprawiedliwieniem). Nawet jeśli nie interesuje cię prawo medyczne, warto regularnie śledzić dział Prawo w portalu „Gazety Lekarskiej”. Znajdziesz tu przydatne informacje o ważnych przepisach w ochronie zdrowia – zarówno już obowiązujących, jak i dopiero planowanych.

Warsztaty z immunoonkologii w WUM

W Warszawie zakończyły się warsztaty poświęcone zastosowaniu metod cytometrii przepływowej w immunoonkologii. Młodzi naukowcy z całej Europy – doktoranci, doktorzy i studenci – mieli niepowtarzalną okazję zapoznać się z najnowszymi osiągnięciami i zastosowaniem tej metody w badaniach.

Warsztaty poświęcone zastosowaniu metod cytometrii przepływowej w immunoonkologii Warsztaty z immunoonkologii w WUM

Foto: WUM

Cytometria przepływowa jest powszechnie stosowana, zarówno przez naukowców w badaniach podstawowych, jak i przez diagnostów i analityków medycznych w diagnostyce wielu chorób.

Podczas warsztatów dr Magdalena Winiarska przedstawiła cele i zadania projektu. Swoje wystąpienia wygłosili również zaproszeni naukowcy, którzy omówili zagadnienia związane z zaawansowaną cytometrią przepływową.

Uczestnicy warsztatów mogli także przekonać się, jak wygląda zastosowanie tej metody diagnostycznej w praktyce – opowiedzieli o tym zaproszeni eksperci: Marzena Biernacka, Rafał Januszewski oraz Marc Reudelsterz.

To już kolejne wydarzenie organizowane w ramach projektu STREAM. W dniach 27-28 czerwca ubiegłego roku odbyła się Międzynarodowa Letnia Szkoła Immunoonkologii, podczas której młodzi naukowcy i uznani badacze z całego świata prezentowali wyniki swoich najnowszych badań z zakresu immunoonkologii.

Celem obydwu wydarzeń była wymiana wiedzy i doświadczeń oraz zacieśnienie współpracy między młodymi badaczami a uznanymi ekspertami w dziedzinie immunoonkologii. Uczestników warsztatów gościł Warszawski Uniwersytet Medyczny. Patronat medialny nad wydarzeniem objęła „Gazeta Lekarska”.

Młody lekarzu, Twoja opinia ma znaczenie

Komisja ds. Młodych Lekarzy Naczelnej Izby Lekarskiej, Międzynarodowe Stowarzyszenie Studentów Medycyny IFMSA-Poland i Komisja Wyższego Szkolnictwa Medycznego Parlamentu Studentów Rzeczypospolitej Polskiej zaprasza do wypełnienia ankiety na temat kształcenia podyplomowego lekarzy.

Badanie jest skierowane do studentów medycyny, lekarzy stażystów i lekarzy odbywających szkolenie specjalizacyjne

Badanie jest skierowane do studentów medycyny, lekarzy stażystów i lekarzy odbywających szkolenie specjalizacyjne.

Ankietę można wypełnić online na stronie internetowej: www.ankieta.ifmsa.pl. Jest anonimowa. Na podstawie wyników tego badania zostanie sformułowane stanowisko i zalecenia dla decydentów co do kształtu zmian w kształceniu podyplomowym lekarzy.

To pierwsze tak duże badanie kierowane do studentów medycyny i młodych lekarzy. Badanie zorganizowano, bo od lat w środowisku lekarskim podnoszona jest dyskusja nad słusznością obecnej formy szkolenia specjalizacyjnego i jej wpływie na wzrastające tendencje emigracyjne młodych lekarzy.

Organizatorzy tej inicjatywy zwracają uwagę, że wątpliwości budzi sposób rozdzielania miejsc rezydenckich, który według wielu jest nieadekwatny do zapotrzebowania pacjentów, jak i kwalifikacja na miejsca specjalizacyjne, często uniemożliwiająca naukę wymarzonej dziedziny medycyny i w konsekwencji wzbudzająca frustrację u młodego medyka.

Tematem wymagającym przemyślenia pozostaje również rola uczelni w rzetelnym zapoznaniu studentów medycyny ze specyfiką specjalizacji, jak również wsparcie w wyborze najodpowiedniejszej dla nich ścieżki.