Piotr Kościelniak: Polityka i łowy

Skandal wokół Warszawskiego Szpitala Południowego to nie jest sprawa lekarza Dawida Kacprzyka. To jest sprawa polityka Dawida Kacprzyka, która służy jako pretekst do nagonki na wszystkich lekarzy.

Fot. Waldemar Kompała/Fotorzepa

Dawid Kacprzyk ma 28 lat i jest dopiero w trakcie specjalizacji z anestezjologii. Został jednak koordynatorem SOR w Warszawskim Szpitalu Południowym. Ponieważ jest także radnym dzielnicy Ursus, musiał złożyć oświadczenie majątkowe. No i mleko się rozlało. 1,7 mln zł w ciągu roku, praca w kilku placówkach medycznych, jeśli wierzyć mediom – abstrakcyjny wymiar godzin pracy. Do tego aktywność radnego i występy w telewizji.

Bulwersująca sprawa astronomicznych zarobków przebiła bańki informacyjne politycznych obozów. Zmusiła nawet samego Donalda Tuska do reakcji. Jakiej? Może przyjrzenia się układom we własnym zapleczu partyjnym? Wezwania na dywanik prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, który niedawno deklarował, że Szpital Południowy sam wybudował od podstaw? Niespodzianka – zaczął od uderzenia w lekarzy.  

Czy wszyscy lekarze tyle zarabiają? Widomo, że nie. Czy każdy inny lekarz, może nawet ze specjalizacją, mógł zostać koordynatorem SOR w warszawskim szpitalu i zarabiać tyle, ile Dawid Kacprzyk? Oczywiście, że nie – stawki są wielokrotnie niższe. Czy inni lekarze pracujący na SOR mogą sobie wychodzić w godzinach dyżurów i komentować w telewizji sprawy polityczne, agitować przed wyborami na ulicy? Nie sądzę. Czy poza kolejnością i w „saloniku VIP” przyjmowani byli lekarze czy może jednak politycy Koalicji? Wszyscy wiemy.

Dawid Kacprzyk działał na szczególnych warunkach – nie dlatego że jest lekarzem, ale dlatego że jest (czy raczej był) działaczem partii politycznej, która aktualnie rządzi Polską i Warszawą. Dlatego trzeba głośno powiedzieć, że to nie jest sprawa lekarza Dawida Kacprzyka. To jest sprawa polityka Dawida Kacprzyka, radnego warszawskiej dzielnicy Ursus i do niedawna członka Koalicji Obywatelskiej (już nie jest, bo został „zrezygnowany”, stracił też pracę w szpitalu i mandat radnego). Ponadto – jak informuje sam szpital – pan doktor zwrócił część pieniędzy wystawiając korekty faktur. Czy nie jest to przyznanie się do winy – confessio est regina probationum?

I właśnie ta sprawa posłużyła jako pretekst do kolejnej już ofensywy – tym razem nie samego Ministerstwa Zdrowia, ale całego rządu prowadzonego przez Donalda Tuska – na zarobki lekarzy. Przygotowywany jest mechanizm nałożenia górnej granicy (cap) dla zarobków w połączeniu z wyhamowaniem ustawowych podwyżek.

Ostatni pomysł rządu, wprowadzony ekspresowo pod obrady Rady Ministrów po sprawie lekarza z Warszawy i właśnie przegłosowany przez Sejm, to śledzenie wynagrodzeń w połączeniu z numerem PESEL. Chodzi o zwykłe polowanie z nagonką na lekarzy zarabiających na kontraktach. „Żeby nie dochodziło do skandalicznych sytuacji” – grzmiał premier. Ale jakoś nie słychać o wprowadzeniu mechanizmu sprawdzania wynagrodzeń członków jego partii w połączeniu z PESEL-em. A przecież to właśnie kolesiostwa polityków ten skandal dotyczy – nie działania lekarzy.

Z powodu jednej czarnej owcy straci całe środowisko. A najbardziej stracą zwykli, ciężko pracujący lekarze, którzy nie zarabiają nawet części tego, co doktor z Warszawy.

Piotr Kościelniak