Publiczna ochrona zdrowia: krótka kołdra, wielkie potrzeby
Na ważnej branżowej konferencji zarzucano rządzącym niepodejmowanie działań, które rozwiążą narastające problemy w ochronie zdrowia, a także to, że zamiast skutecznych reform opinia publiczna otrzymuje jedynie uspokajające ogólniki.

W połowie marca w Katowicach po raz jedenasty odbył się Kongres Wyzwań Zdrowotnych. Według organizatorów udział wzięło 5,5 tys. osób, w tym 3,5 tys. stacjonarnie. Tegoroczna edycja zgromadziła przedstawicieli m.in. administracji publicznej, środowiska medycznego, nauki i biznesu pod hasłem „Nowe strategie dla zdrowia. Czas na redefinicję celów i wyzwań”.
Oczywiście nie mogło zabraknąć przedstawicieli samorządów zawodów medycznych, w tym Naczelnej Rady Lekarskiej. W tym roku wyjątkowo licznie stawili się urzędnicy. – Mamy tutaj prawie dwudziestu reprezentantów Ministerstwa Zdrowia, mamy również agencje współpracujące z resortem – powiedziała szefowa resortu Jolanta Sobierańska-Grenda, otwierając dwudniowe wydarzenie.
Potrzebny punkt odniesienia
W trakcie kongresu najwięcej emocji wzbudzały szeroko rozumiane kwestie finansowe – wydatki na lecznictwo publiczne, wysokość składki zdrowotnej, dodatkowe źródła finansowania i zarobki pracowników ochrony zdrowia. Zwłaszcza te ostatnie kwestie były przedmiotem ożywionych dyskusji. Nie powinno to zaskakiwać, bo w ostatnich miesiącach utrwaliła się narracja, jakoby wynagrodzenia lekarzy pochłaniały znaczną część budżetu przeznaczonego na ochronę zdrowia.
W czasie sesji inauguracyjnej zatytułowanej „System ochrony zdrowia pod presją – decyzje, których nie da się dłużej odkładać” minister Jolanta Sobierańska-Grenda zapytała przedstawicieli środowiska medycznego m.in. o najlepszy sposób ograniczenia ich maksymalnych wynagrodzeń w systemie publicznym. – Godzinowy czy procentowy? – dopytywała.
Zdaniem prezesa NRL Łukasza Jankowskiego należy stworzyć punkt odniesienia dotyczący wysokości wynagrodzeń, taki jak ustawa o płacy minimalnej w ochronie zdrowia lub postulat trzech średnich krajowych. W jego ocenie likwidacja kominów płacowych jest słuszna, ale konieczna jest też rozmowa na temat umów kontraktowych. – Nie wiem, czy to docelowa forma, w oparciu o którą powinniśmy wykonywać zawód – dodał szef samorządu lekarskiego.
Między pracą, płacą i przekłamaniem
Duże poruszenie wywołało wystąpienie prezesa narodowego Funduszu Zdrowia Filipa Nowaka. Poprosił przedstawicieli środowiska medycznego i szpitalnego o wskazanie obszarów, gdzie dostrzegają nadmierne finasowanie i które chcieliby zredukować. Było to poniekąd nawiązanie do wcześniejszego wystąpienia minister Jolanty Sobierańskiej-Grendy.
Wyraźnie poruszona Mariola Łodzińska, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych, odpowiedziała, że podwyżki miały zatrzymać personel medyczny w Polsce i że to się udało. A prezes NRL stwierdził, że w debacie publicznej pojawiają się przekłamania, np. profesor w dużym szpitalu zarabia kilka tysięcy złotych jednak, według medialnych doniesień jego pensja sięga nawet trzystu tysięcy.
Do słów minister zdrowia i szefa NFZ odniósł się też dyrektor Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku Jakub Kraszewski, mówiąc, że szpitale de facto realizują pewne usługi na rzecz społeczeństwa. – Zarobki biorą się z pracy, a nie z jakichś dodatkowych okoliczności czy dofinansowań. Trzeba skupić się na tym, by płacić za pracę, wtedy problem nadmiernych dofinansowań się skończy – powiedział szef UCK.
Pod presją paragrafów
Prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych Waldemar Malinowski podkreślił, że przez ostatnie ćwierć wieku zgłaszano mnóstwo różnych pomysłów, ale wciąż nie ma jednego w miarę spójnego pomysłu na funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia. Nie ma też planu reform, który odpowiadałby na rzeczywiste potrzeby pacjentów.
W jego opinii główną bolączką systemu ochrony zdrowia jest przeregulowanie, co wpływa na dodatkowe koszty funkcjonowania placówek i utrudnia zarządzanie. – Dyrektor szpitala nie jest menedżerem, lecz administratorem. Jak państwo planują zderegulować system, zamiast tylko dokładać nowe przepisy do tego złego prawa? – z takim pytaniem szef OZPSP zwrócił się do przedstawicielek strony rządowej w czasie jednego z paneli. Odpowiedzi jednak nie uzyskał.
Dryfowanie bez planu
Uczestnicy debat poświęconych szpitalnictwu byli zgodni, że głęboka reforma jest konieczna i od niej w dużej mierze zależy stabilność całego systemu ochrony zdrowia. Podkreślali jednak, że zmiany są hamowane z uwagi na mało przejrzyste reguły finansowania, częste i nie zawsze przewidywalne zmiany przepisów oraz brak jednoznacznego wskazania kierunku reform, który byłby wyłączony z partyjnych przepychanek.
Wielu ekspertów zwracało uwagę na niedopasowanie struktury szpitalnej do zmieniających się potrzeb zdrowotnych, zwłaszcza w kontekście starzenia się społeczeństwa. Ale w gronie decydentów, ekspertów i osób odpowiedzialnych za zarządzanie placówkami nie było jednomyślności, gdy zaczynała się dyskusja na temat konkretnych rozwiązań, np. utrzymywania lub likwidowania niektórych oddziałów lub placówek.
Ilość kosztem jakości
Od pomysłu łatania braków kadrowych poprzez przekazywanie kompetencji lekarzy przedstawicielom innych zawodów medycznych zdystansował się m.in. członek Prezydium NRL Damian Patecki. W jego opinii próba zastępowania lekarzy pielęgniarkami jest z góry skazana na porażkę – głównie ze względu na deficyt kadrowy w tej grupie zawodowej.
– Wszystkie prognozy wskazują, że wkrótce w Polsce będzie za dużo lekarzy. Mamy do czynienia z masową „produkcją” kadr na nowo otwieranych wydziałach. Obecnie kształci się ich praktycznie dwa razy więcej niż w ubiegłych latach – powiedział Damian Patecki. I dodał, że zmiany demograficzne wpłyną na zapotrzebowanie w konkretnych specjalizacjach, np. pediatrii, neonatologii czy ginekologii i położnictwie.
Odniósł się również do sytuacji w anestezjologii i intensywnej terapii. – W tej chwili rynek zasadniczo się nasycił, a w perspektywie mamy zamykanie kolejnych szpitali powiatowych. Tymczasem rocznie przybywa około 350 specjalistów ponad liczbę tych, którzy odchodzą na emeryturę czy kończą aktywność zawodową z przyczyn zdrowotnych – dodał.
W pułapce dostaw z Azji
Ważnym punktem programu była debata o bezpieczeństwie lekowym. Był to zresztą temat często obecny w rozmowach kuluarowych. Przedstawiciele resortu zdrowia poinformowali, że trwają intensywne prace nad wzmocnieniem produkcji leków w Polsce. Sęk w tym, że podobne zapowiedzi słychać od dawna, a obecny rząd zrezygnował – choć nie musiał – ze wsparcia rozwoju polskiego potencjału farmaceutycznego w ramach Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności. Na co trafiła część środków z KPO, nie trzeba nikomu przypominać.
Eksperci alarmowali, że ok. 80 proc. substancji czynnych, które są kluczowe do wytwarzania leków, jest wytwarzanych w Indiach i Chinach, a aż 15 proc. globalnie używanych substancji czynnych pochodzi od jednego producenta. Co więcej, zaledwie jedna na 167 terapii w Polsce jest prowadzona przy użyciu leku zawierającego substancję czynną wytwarzaną w naszym kraju. Niestety, zabrakło konkretów na temat odzyskiwania kontroli nad procesem wytwarzania przynajmniej części leków kluczowych dla polskich pacjentów.
Mariusz Tomczak
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 4/2026