Czarny kwadrat

Wcale nie tak dawno temu, pewien malarz namalował niewielki obraz: czarny kwadrat na białym tle i zatytułował go – jakżeby inaczej – „Czarny kwadrat na białym tle”… Na pewnym etapie swojej artystycznej drogi ten pan malował zresztą także kwadraty w innych kolorach, nawet białe. A jeden to nawet namalował biały na tle białym…

Foto: pixabay.com

Niektóre z nich zawisły na ścianach nowojorskiego MoMA, brytyjskiej galerii Tate czy paryskiego Centre Pompidou i znajdują się dziś na szczycie listy najdroższych obrazów świata.

Pan nazywał się Kazimierz Malewicz i pochodził z polskiej szlacheckiej rodziny, choć do swojej narodowości podchodził w sposób dość swobodny, deklarując ją w zależności od kierunku wiatru historii i swojej aktualnej sytuacji – raz jako polską, raz rosyjską, a czasem ukraińską. A że wspomniane wiatry w naszej części Europy z pewną regularnością przeistaczają się w tornada i nie są zbyt przychylne artystycznej bohemie, stało się tak, że Rosjanie „skradli” nam wybitnego rodaka, zresztą nie napotykając z naszej strony specjalnego oporu.

Malewicz przekonywał w swoim programie artystycznym, że sztuka powinna być aktem prawdziwego tworzenia, a nie niedoskonałego naśladowania natury. A ponieważ uważał, że malarstwo przedstawiające naturę „przypomina życie nie więcej, niż spódnica przypomina kobietę” – czarny (a więc pozbawiony koloru) kwadrat (formę niewystępującą w naturze) na tle białym (będącym przecież koncentracją wszystkich innych barw) – uznał za doskonały symbol wymyślonego przez siebie nurtu intelektualno-artystycznego.

Konsekwentnie, dla „Kwadratu” przeznaczał więc w swoich salach wystawienniczych miejsce należne tradycyjnie świętej ikonie – górny róg sali pod sufitem. Namalowanie wspomnianego na wstępie obrazu – od pomysłu do publicznej prezentacji – zajęło panu Malewiczowi dwa lata. Długo – zważywszy na wymiary: niespełna osiemdziesiąt centymetrów z każdego, jak na przyzwoity kwadrat przystało, boku. A może właśnie niezbyt długo – biorąc pod uwagę to, iż przy jego pomocy Kazimierz Sewerynowicz, niejako jednym celnym kopnięciem, wyważył w 1915 r. drzwi do krainy sztuki nowoczesnej oraz to, iż potomni uczynili „Czarny kwadrat” jej radykalnym i rewolucyjnym symbolem.

A teraz, popatrzcie, proszę, na zamieszczoną obok reprodukcję „Czarnego kwadratu” i z ręką na sercu (lub innej ważnej części waszego lekarskiego ciała) przyznajcie, proszę, kto z was, kierowany pierwszym odruchem, nie pomyślał – sam bym takie „dzieło” namalował! Ja pomyślałam… Znam też takich, którzy słuchając o panu malującym monochromatyczne figury, rysują na skroni, czasem nawet tej przyprószonej siwizną życiowego doświadczenia, znaczące kółko. I choć chylę czoła przed tymi, u których obrazy Malewicza wywołują efekt „Wow!”, przyznaję bez wstydu, że należę do tej niezliczonej tłuszczy, która w niemym zachwycie widzi „kobietę”, jeśli „spódnicę” namalował jakiś Rembrandt

Na marginesie, sceptykom, chcącym uniknąć miana ignorantów, proponuję sprawdzoną i zawsze skuteczną w konfrontacji ze sztuką nowoczesną konstatację, że „obraz jest ważnym głosem w dyskusji nad kondycją moralną współczesnego człowieka”. To – niewiele skądinąd znaczące – zdanie, wygłoszone z odpowiednim zaangażowaniem i intonacją, uratuje was przed towarzyskim wykluczeniem właściwie w każdym ekosystemie wielbicieli sztuki – i zatwardziałych konserwatystów, i lewicujących ekologów, i szyderców spod znaku Monty Pythona.

Wszystkim, niezależnie od opinii na temat współczesnego malarstwa, winna jestem wyjaśnienie, co mają kwadraty Malewicza do konferencji Płockiej OIL „Natręctwa codzienności”. Konferencja jest popularnonaukowa, a tematyka wykładów – psychiatryczna. Zapewne wielokrotnie padną więc słowa o zdrowiu psychicznym i chorobie, emocjach, które mogą inspirować lub zabijać, normie i tym, co poza nią wykracza. Zasiądą z nami w salach sierpeckiego skansenu specjaliści od majstrowania w duszy, z naciskiem na naprawianie skołatanej codziennością duszy lekarskiej.

Pewnie nie raz zadamy im (i sobie) pytania – taka jest rola tego spotkania – o to, gdzie przebiega ta jakże subtelna granica pomiędzy pasją a szaleństwem, zamiłowaniem a uzależnieniem, poświęceniem a zatraceniem, ryzykiem a ryzykanctwem. Intuicyjnie wyczuwamy, że jej zacieranie nie jest bezpieczne. Choć z drugiej strony, wiemy przecież, jak łatwo ją przekroczyć. I jak trudno dostrzec moment jej przekroczenia. Przewidywalność i zgodność z procedurą to złoty standard współczesnej medycyny.

Czy jednak trwanie w tej strefie bezpieczeństwa jest na pewno zawsze dobre? I komu wolno, jeśli w ogóle, z tej strefy wyjść? Bo jeśli wyrokujemy, że coś jest wariackim przedsięwzięciem, to czy mówimy to z przyganą, czy raczej z zachwytem? A jeżeli uznajemy, że coś jest szalonym pomysłem, to czy wyrażamy lęk przed niechybną katastrofą, czy zachwyt nad nowatorską ideą?

„Czarny kwadrat na białym tle” był szalonym pomysłem i wariackim przedsięwzięciem. Otworzył nową drogę. Takie drogi dostrzegają tylko nieliczni – geniusze albo szaleńcy… I cała sztuka polega na tym, by odróżnić jednych od drugich.

Joanna Sokołowska
Laureatka konkursu „Przychodzi wena do lekarza” (2018)

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.