22 maja 2024

Proszę trąbić

W Indiach turysta jest atrakcją. Robi się z nim zdjęcia. Pokazuje palcami. I nieustannie zaprasza do ulicznych jadłodajni, kupna pamiątek za jednego dolara i szalonej jazdy tuk-tukami – piszą Jarosław Wanecki i Arkadiusz Rudowski.

Fot. archiwum autorów

Chodziliśmy do klasy licealnej w Płocku, ale studiowaliśmy w różnych miastach. Arek skończył warszawską stomatologię, a ja wydział lekarski w Łodzi. Przez czterdzieści lat kilka zaledwie razy wybraliśmy się na szkolne, a później rodzinne wycieczki po Polsce.

Równolegle zwiedzaliśmy świat. Według innego planu, ale z podobną pasją. Tak było i tym razem. Do New Delhi polecieliśmy różnymi samolotami. Mój małżeński objazd organizowało biuro podróży, a współtowarzyszami byli nieznajomi. Arek wraz z przyjaciółmi ruszył na eskapadę przygotowaną własnym sumptem.

– Hej! Dzwonię w nietypowej sprawie – rozpocząłem telefoniczną rozmowę z doktorem Rudowskim. – Arku, proponuję byśmy wspólnie opisali wrażenia z Indii północnych. Przekonałem redaktorki „Gazety Lekarskiej”, że nie trzeba wśród dziennikarzy szukać autorów opisujących turystyczne przygody. W naszym środowisku jest przecież tylu globtroterów.

– Fajnie, że po latach znów będziemy mogli zrobić coś razem – usłyszałem w odpowiedzi. – Mój problem jest jednak taki, że Indie są dla mnie bardziej emocją niż odtwarzaniem historyczno-kulturowych detali. Przez całą podróż nie mogłem oprzeć się porównaniom sprzed lat. Wiesz przecież, że moja pierwsza wyprawa biegła od Pakistanu po Nepal. Indie bardzo się zmieniły.

Wesoły autobus

Jarek: Od wielu lat sami organizujemy rodzinne wyjazdy zagraniczne. Najczęściej do miast Europy. W wyprawach za ocean lub bardziej egzotycznych częściej podporządkowujemy się ofercie biur podróży, starając się w ten sposób minimalizować ryzyka. Główną motywacją takiego sposobu zwiedzania jest strach, że nie poradzimy sobie w kulturowo obcych miejscach, a czas poświęcony na przygotowanie wiktu i poszukiwanie kwater zakłóci odpoczynek.

Dlatego wycieczkę do Indii kupiliśmy z transferami, hotelami, wyżywieniem i atrakcjami. Pozostało się tylko spakować. W naszej grupie znaleźli się sami pionierzy. Nikt poza przewodniczką nie był wcześniej nad Jamuną i Gangesem. Legendy o brudnych, hałaśliwych i biednych Indiach są elementem każdej rozmowy z tymi, którzy tam byli, będą lub nigdy tego kierunku nie wybiorą.

Pierwsze wrażenia są rzeczywiście dość szokujące. Ulice w nieustannym ruchu, korki i trąbienie samochodów łamiących drogowe zasady. Do tego gryzące spojówki smog i kurz. Z biegiem dni wszystko stawało się jednak normą: tłok, napastliwi handlarze tandetą i jedwabiami, krowy stojące w poprzek głównych arterii i zawodowe żebractwo.

Setki ołtarzy bóstw wszelakich. A wszystko w jaskrawych kolorach. Od święta światła do święta kwiatów. Z pozytywną karmą na jutro i niewymuszonym uśmiechem tubylców od rana do nocy. Do tego smaczne, choć czasami zbyt ostro przyprawione posiłki i herbaciano-leczna masala, o ile lubimy kulinarne wyzwania.

Co dziwne, po kilku dniach nikt się kuchni indyjskiej nie bał. Poczucie bezpieczeństwa było odkryciem niespodziewanym. Zmieniały się krajobrazy, hotele i architektura. Humory dopisywały, a mętlik w głowie wzmagał się coraz bardziej w świecie kontrastów, kast, obcych wierzeń i zwyczajów.

Wehikuł czasu

Arek: W naszej siedmioosobowej grupie większość stanowili lekarze. Kolega z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie po zapoznaniu się z ofertami wycieczek postanowił z wielu programów ułożyć własny. Przygotowania trwały kilka miesięcy.

Pierwszy tydzień był wcześniej zaprogramowaną improwizacją. Sami bukowaliśmy samoloty i część hoteli. Tak, tylko część, bo przemieszczając się pociągami dalekobieżnymi, nie mogliśmy być pewni, że dojedziemy na czas. Skądinąd najtrudniejszym elementem okazały się bilety kolejowe, w praktyce niedostępne w kasie dworcowej i trudne do kupienia z Europy.

Na szczęście lokalny pilot, z którym kontynuowaliśmy objazd busem w drugim tygodniu, zgodził się zająć rezerwacją i bez przeszkód mogliśmy wsiąść do sleepera klasy drugiej (dwa piętra łóżek) lub trzeciej (o jeden poziom kuszetek więcej) z pościelą przyniesioną w szarych kopertach.

Z obawy przed insektami czasami wyjmowaliśmy z walizek śpiworki kremacyjne. Nazwa bawełnianych poszewek może i jest makabryczna, ale osłona dodatkowej warstwy uspokajała senne mary. Trzy dekady temu było bardziej, jak to nazwać, ekologicznie… Piliśmy z glinianych kubków, jedliśmy na palmowych liściach.

Z przewodnikiem w ręku i listą hotelików docierało się do kolejnego miejsca na mapie i rozpoczynało od poszukiwania łóżka w biednym pokoju zamykanym na kłódkę. Telefon był bezużyteczny. Niezmienne pozostało jedzenie. Glinę i palmy zastąpiły plastik i tektura. Zwały śmieci są dzisiaj nieco mniejsze, choć ludzi wokół jest po prostu więcej.

Indie nie stały się skansenem, nie uciekają przed technologią. Wszędzie działa internet. Wszystko dzieje się w czasie rzeczywistym i samodzielna wyprawa nie jest już ekstrawagancją dla szaleńców. Uśmiecham się do wspomnienia autobusu z pierwszej wyprawy, który ruszył dopiero wtedy, gdy zapełnił się aż po dach.

Jechaliśmy przy ogłuszających dźwiękach musicalu rodem z Bollywood i w dymie, bo pasażerowie mogli palić papierosy. Nie obowiązywał rozkład jazdy, czas płynął wolniej, a uspokajająca pocztówka z Delhi dotarła do odciętego od informacji domu wiele dni po moim powrocie.

Studnia schodkowa

Jarek: Gdy wyznaczyliśmy sobie zadanie opisania tylko jednego miejsca, postawiłem na Chand Baori. Geometria tej budowli w Abhaneri, 100 km od Dżajpuru, zapiera dech. Studnia o głębokości 20 metrów składa się z 13 pięter połączonych 3,5 tys. wąskich stopni.

Kamienne schody układają się w mistyczną przestrzeń. W IX w. studnia stała obok świątyni Harshat Mata, poświęconej bogini szczęścia i radości. Ów zbiornik na deszczówkę miał ogromne znaczenie w czasie suszy, ale pełnił także funkcje religijne.

Woda w hinduizmie stanowi granicę między niebem a ziemią, a wszelkie akweny są miejscami medytacji i ablucji. Woda to główny znak rozpoznawczy indyjskich cudów architektury i natury.

Olejek z mięty

Arek: Opis atrakcji każdy znajdzie w książkach i przewodnikach. Nie będę się tutaj powtarzał. Bardziej interesowałem się podglądaniem obyczajów. Chciałem zrozumieć, co napędza ludzi, którzy cieszą się każdym dniem. Próba rozpoznania fenomenu radości z drobnych rzeczy nie była łatwa.

Dlatego z wielką ochotą zamiast do miasta pełnego zabytków z listy top wybraliśmy się tuk-tukami na wieś. Rodzinny dom autochtonicznego przewodnika był jednym z czterech wokół podwórka z paleniskiem pośrodku. Skromne pokoje. Proste meble.

Na dachu suszyły się orzeszki ziemne. Łazienka to wiadro z wodą. Toaletą była zwyczajna latryna. Nieopodal domu stała mała tłocznia olejku eterycznego z mięty. Piękny zapach roztaczał się wokół. Towarzyszyły nam dzieci z całej osady, biegnące ze szkoły, którą utrzymują po części ci, którym udało się wyrwać do pobliskiego Khadźuraho.

Święte miasto

Wszystkie indyjskie drogi prowadzą do Waranasi. Nad brzegiem Gangesu Indusi zmywają grzechy całego świata podczas rytualnych ablucji za życia i wrzucają do wody prochy zmarłych. Tysiące ludzi od świtu do zmierzchu przychodzą na kamienne  gathy, na których płoną kremacyjne stosy.

Poranny spacer przez hałdy śmieci, wśród żebraków, świętych mężów i krów, sprzedawców bindi na czoło, naganiaczy i pielgrzymów jest doświadczeniem odrealnionym i zaskakującym. Podczas Artis, kapłańskiej ceremonii z muzyką, kołatkami i ogniem, nasze drogi skrzyżowały się na jedną noc w Benares.

Grupa Arka oglądała uroczystość ze schodów Santi zamienionych w wielki amfiteatr. Tymczasem wycieczkowicze podpłynęli do brzegu łodzią. Z dwóch stron patrzyliśmy na misterium życia i śmierci, a na wodzie Gangi migotały ogarki ukryte w płatkach kwiatów.

Uwaga, samochód

Po omówieniu artykułu zasiedliśmy do kolacji i opowiadania o zauroczeniach. Odkryciem Arka był Udajpur, nazywany indyjską Wenecją. Mnie wciąż fascynuje nieprzerwany hałas klaksonów.

„Proszę trąbić” to tradycyjny napis na karoseriach aut i motoriksz. Sygnał dźwiękowy towarzyszy skręcaniu, wyprzedzaniu i omijaniu przeszkód. Fanfary szczęśliwych chwil pozostaną z nami na długo.

Jarosław Wanecki, Arkadiusz Rudowski

Słowa kluczowe: