6 maja 2026

Madagaskar. Spotkania z duchami nocy (foto)

Od dawna działała na wyobraźnię podróżników – wyspa, która przez miliony lat rozwijała się w izolacji i zachowała przyrodę jak z innego świata. Przyjechaliśmy tu z jednym marzeniem: zobaczyć w naturalnym środowisku lemury, najbardziej niezwykłych mieszkańców tej części globu.

Fot. shutterstock.com

Po 22 godzinach podróży najpierw czujemy ulgę. Dopiero potem dociera do nas, że jesteśmy na Madagaskarze. Kiedy wysiadamy z samolotu w Antananariwie, powietrze jest zaskakująco chłodne.

Jest lipiec – środek tutejszej zimy, pory suchej i stosunkowo łagodnej. Na wyspę przyjechaliśmy z prof. Januszem Badurskim przede wszystkim dla przyrody. Madagaskar od dawna fascynuje biologów i podróżników: przez miliony lat rozwijał się w izolacji, dzięki czemu przetrwały tu gatunki roślin i zwierząt, które gdzie indziej dawno zniknęły. To właśnie dla nich przyjechaliśmy – zwłaszcza dla lemurów, symbolu tej niezwykłej wyspy.

Zanim jednak ruszymy do parków narodowych, chcemy zobaczyć choć fragment Antananariwy. Miasto – przez mieszkańców nazywane po prostu Taną – rozłożyło się na kilku wzgórzach. Z wielu miejsc widać czerwone dachy domów i wąskie uliczki wspinające się pod górę.

Nazwa miasta oznacza „miasto tysiąca wojowników” i nawiązuje do dawnych walk o okoliczne wzgórza. Jedno z nich, Analamanga, dominuje nad stolicą. Na jego szczycie stoi królewski pałac Rova – dawniej drewniana rezydencja władców Madagaskaru. Po wielkim pożarze pozostał z niego przez lata tylko wypalony szkielet murów, dziś jednak został odbudowany i mieści muzeum przypominające o historii wyspy.

Poza pałacem niewiele jest w stolicy miejsc, które szczególnie przyciągają uwagę turysty. Zajrzeć można jeszcze do dawnego pałacu premiera Rainilaiarivonego czy do muzeum sztuki i archeologii. My postanawiamy odwiedzić polecany w przewodnikach ogród zoologiczny. Szybko jednak wychodzimy rozczarowani. Zwierzęta siedzą w ciasnych klatkach, a widok lemurów – symbolu madagaskarskiej przyrody – budzi raczej smutek niż zachwyt.

Pocieszamy się myślą, że już wkrótce zobaczymy je w naturalnym środowisku. Nazajutrz opuszczamy Tanę. Wypożyczonym jeepem z kierowcą i przewodnikiem w jednej osobie ruszamy na południe, do Parku Narodowego Ranomafana.

Droga prowadzi przez zielone wzgórza, na których tarasami rozciągają się pola ryżowe. Tu i ówdzie pasą się zebu – charakterystyczne krowy z garbem tłuszczowym na karku. Mijamy wioski z czerwonej, laterytowej cegły. Domy są piętrowe: na dole sypialnie i pomieszczenia dla zwierząt, na górze kuchnie, z których dym wydobywa się po prostu przez okna.

Widać, że ludzie żyją tu skromnie, ale gdy zatrzymujemy się w jednej z wiosek, mieszkańcy witają nas z uśmiechem. Chętnie rozmawiają, nie skarżą się na swój los. Nasz kierowca Damian tłumaczy rozmowy i opowiada o codziennym życiu Malgaszy.

Pod wieczór docieramy do Ranomafany. Nazwa miejscowości oznacza „gorącą wodę” – sto lat temu odkryto tu gorące źródła. Dziś w okolicy rozciąga się park narodowy chroniący fragment wilgotnego lasu deszczowego.

Nie czekamy do rana. Jeszcze tego samego wieczoru, uzbrojeni w latarki, ruszamy w głąb ciemnego lasu. Chcemy zobaczyć lemury, które ze względu na nocny tryb życia bywają nazywane „duchami nocy”. Ich oczy odbijają światło latarki niczym małe lusterka.

Przez dwie godziny przedzieramy się przez gęstwinę. Damian nasłuchuje, wypatruje czegoś w koronach drzew, świeci latarką w górę. Niestety – mimo jego starań najmniejszego z lemurów, lemura myszatego, tej nocy nie udaje się odnaleźć.

Rano wracamy na leśną ścieżkę. Dżungla jest wilgotna, ścieżka miejscami zamienia się w błoto. Drzewa i krzewy są dla nas zupełnie obce – jedynie bambusy wydają się znajome. Właśnie przy jednej z wysokich bambusowych kęp Damian nagle się zatrzymuje i wskazuje ręką w górę.

Początkowo nie wiemy, gdzie patrzeć. Dopiero po chwili wśród liści coś się wyłania. Na wierzchołku bambusów siedzi niewielkie zwierzę o złocistym futrze i spokojnie obgryza młode pędy. To złoty lemur bambusowy – gatunek odkryty dopiero kilkadziesiąt lat temu. Przyglądamy się mu z zachwytem. Zwierzę zupełnie nie zwraca na nas uwagi, jakby obecność ludzi była dla niego czymś zupełnie naturalnym.

Idziemy dalej. W koronach drzew co chwilę coś się porusza – jakieś zwierzę przeskakuje z gałęzi na gałąź, ale zanim zdążymy je dostrzec, znika w gęstwinie.

Próbujemy nadążyć za tym ruchem, biegnąc ścieżką lub przedzierając się przez chaszcze. Bez skutku. Po kilku godzinach wędrówki widzimy jeszcze tylko jednego lemura brązowego, siedzącego wysoko w koronie drzewa. Marzymy o spotkaniu z lemurami katta – z długimi czarno-białymi ogonami – ale na razie musimy obejść się smakiem.

Nazajutrz ruszamy w stronę Parku Narodowego Isalo. Tutejszy krajobraz jest zupełnie inny. Zamiast wilgotnego lasu pojawiają się skaliste góry, wąwozy i suche równiny. Z Ranohiry wchodzimy do parku pieszo, pod opieką miejscowego przewodnika. Szlak prowadzi przez dolinę do naturalnego basenu utworzonego przez niewielki wodospad.

Po drodze przewodnik pokazuje nam niezwykłe rośliny przystosowane do suchego klimatu. Na skalnych stokach rosną miniaturowe baobaby zwane „stopą słonia”, z rozdętymi pniami magazynującymi wodę. Spotykamy też dziwaczne pachypodia i kilka endemicznych gatunków aloesów i palm.

Co jakiś czas przewodnik odkrywa przed nami także zwierzęta. Spod kamienia wyciąga czarnego skorpiona, pokazuje patyczaka niemal nie do odróżnienia od gałązki, wskazuje kameleona przywartego do pnia drzewa. Wśród traw przemykają jaszczurki i gekony.

Przy samym basenie pływa kaczka drzewica, po brzegu biega malgaska pliszka, a na bambusach siedzi czubatka. Tylko lemurów znów nie widać. Po obiedzie jedziemy jeszcze do pierwotnego lasu Safahana, oddalonego o kilkanaście kilometrów. Samochód zostaje na prowizorycznym parkingu, a my dalej idziemy pieszo wzdłuż strumienia. Wąwóz porasta gęsty las – idealne miejsce dla lemurów.

Nagle wysoko w koronach drzew pojawia się czarno-biała sylwetka sifaki. Skacze z gałęzi na gałąź tak szybko, że nie zdążyłem nawet podnieść aparatu. Kilkaset metrów dalej wychodzimy na niewielką polanę – i wreszcie je widzimy. Kilka lemurów katta stoi w trawie z ogonami uniesionymi pionowo w górę.

Z daleka wyglądają jak czarno-białe pióropusze. Zwierzęta są może trzydzieści metrów od nas. Możemy spokojnie zrobić zdjęcia i długo się im przyglądać. Gdy próbujemy podejść bliżej, oddalają się powoli i znikają między drzewami. Idziemy dalej. Tym razem spotykamy je siedzące na gałęziach i spokojnie jedzące liście. Nie uciekają. Patrzą na nas z góry, jakby oceniały przybyszy z innego świata.

Zobaczyliśmy już dwa z czterech gatunków lemurów żyjących w parku Isalo. Byłoby wspaniale spotkać jeszcze jeden. I rzeczywiście – kiedy wracamy w stronę parkingu, na ścieżkę wychodzi lemur płowy. Siada na niej i przez chwilę patrzy na nas wielkimi, jakby smutnymi oczami. My natomiast nie kryjemy radości. Spotkaliśmy w końcu kilka gatunków „duchów nocy”, dla których przebyliśmy pół świata.  

Jerzy Samusik

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 4/2026