Anna Gołębicka: O sztuce marnowania energii
W systemie ochrony zdrowia nie brakuje energii. Brakuje raczej miejsca, w którym można by ją sensownie ulokować. Zbyt często zużywamy ją na spory, które mają cenę, ale nie mają wartości.

W polskiej ochronie zdrowia istnieje pewien szczególny rodzaj ruchu. Ktoś się spiera, ktoś protestuje, ktoś pisze kolejne pismo, ktoś inny odpowiada na nie równie długim pismem. Ktoś opowiada o tym innym, a oni jeszcze następnym – tylko że w sumie niewiele z tego wynika.
Gdyby mierzyć aktywność liczbą wzajemnego nakręcania się, knucia i złości, bylibyśmy prawdopodobnie światową potęgą. Problem polega na tym, że czasem jest to ruch przypominający jazdę na symulatorze. Człowiek się zmęczy, spoci, włoży w to sporo energii – ale wciąż stoi w tym samym miejscu.
W wielu placówkach ochrony zdrowia obserwuję zjawisko, które ekonomiści nazwaliby elegancko „alokacją energii w konflikcie wewnętrznym”, a lekarze określiliby prościej: przepychaniem się między sobą. Oddział z oddziałem. Specjalizacja ze specjalizacją. Lekarz z administracją. Administracja z lekarzem.
Czasem nawet lekarz z samym sobą, kiedy po pracy próbuje zrozumieć, dlaczego kolejny dzień kończy się frustracją zamiast poczuciem sensu. Paradoks polega na tym, że większość tych sporów nie dotyczy rzeczy naprawdę ważnych. Są to rzeczy, które może mają swoją cenę, ale nie mają szczególnej wartości. To coś przeciwnego do powietrza – którego cena jest relatywnie niska, ale bez którego nie da się żyć.
W ekonomii istnieje rozróżnienie między tym, co ma wartość, a tym, co ma tylko cenę. W ochronie zdrowia można by je uprościć: na rzeczy naprawdę ważne oraz na te, o które najłatwiej się pokłócić. I tu zaczyna się cała lista. Najłatwiej pokłócić się o grafik. O dostęp do sali zabiegowej. O to, kto komu „zabrał” asystę do pomocy. O to, czyja pieczątka powinna – albo nie powinna – znaleźć się w dokumentacji.
To konflikty szybkie, łatwe i niezwykle energochłonne. I zapewne każdy z Państwa powie teraz, że to są sprawy kluczowe – bo pieczątka to potencjalny prokurator, a stół operacyjny to przecież konkretna faktura. I w pewnym sensie będzie to prawda. Ale mimo wszystko pozwolę sobie tu zaprotestować. To są rzeczy do ułożenia w proces, a nie do szarpania się o nie każdego dnia od nowa.
Prawdziwe problemy systemu przypominają choroby przewlekłe – wymagają cierpliwości, współpracy i strategicznego myślenia. A to w codziennym pędzie są towary zdecydowanie deficytowe. Lekarz jest człowiekiem działania. Reagowania. Podejmowania decyzji. Realnego wpływu na rzeczywistość.
System natomiast działa w tempie administracyjnym, które przypomina raczej powolne krążenie lodowca. A może raczej góry lodowej. Na powierzchni widać tylko niewielką jej część, podczas gdy prawdziwa masa i prawdziwe zagrożenie znajdują się pod wodą. Zderzenie tych dwóch światów jest jak spotkanie statku z górą lodową. Budzi frustrację – i jest to frustracja całkowicie zrozumiała. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta frustracja staje się głównym zajęciem.
Znam wielu lekarzy, którzy potrafią przez godzinę analizować absurd jednego przepisu. Robią to z błyskotliwością godną najlepszych seminariów ekonomicznych. Problem polega tylko na tym, że po tej godzinie przepis nadal istnieje, a oni mają o godzinę mniej energii na rzeczy, które naprawdę mogą zmienić. To typowe „nakręcanie się w szatni”, które niczego realnie nie zmienia.
Energia jest w medycynie zasobem deficytowym. Czas – również. Uwaga – jeszcze bardziej. A jednak potrafimy inwestować te zasoby w spory, plotki, dywagacje i frustracje, które nie przynoszą żadnego zwrotu. Oczywiście konflikty są nieuniknione. Każda organizacja – a szczególnie medyczna – jest miejscem ogromnego napięcia, odpowiedzialności i presji. Spory będą zawsze. Ale nie każdy spór jest wart energii, którą w niego wkładamy.
Większość z nich jest po prostu złodziejami życia, motywacji, samooceny i zdrowia. A przede wszystkim celu. Zabierają nam widok na to, co naprawdę ważne. Na to, co możemy zmienić i na co rzeczywiście mamy wpływ. Zastanawiam się czasem, co na takie bicie się dla samego bicia powiedziałby psychiatra. Ekonomista odpowiedziałby krótko: to zwykłe przepalanie zasobów.
Anna Gołębicka, ekonomistka, strateg komunikacji i zarządzania
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 4/2026