29 kwietnia 2026

Mariusz Politowicz: Lek czy towar?

Gdy apteki zaczynają reklamować się jak supermarkety, leki przestają być elementem terapii, a stają się produktem w promocji. Polska już raz to przerabiała i skutki były opłakane.

Fot. arch. prywatne

Zakaz reklamy aptek w Polsce został wprowadzony 1 stycznia 2012 r. Wcześniej praktycznie nie było żadnych zasad regulujących tę część działalności gospodarczej – poza etyką czy „prawem moralnym we mnie”. Jednocześnie hulał tzw. odwrócony łańcuch dystrybucji (OŁD). Był on jednym z motorów napędowych zarówno lawinowego wzrostu liczby aptek, jak i metod ich reklamowania.

Załóżmy, że lek X jest produkowany w Niemczech i tam kosztuje 100 euro za opakowanie. W Polsce dzięki negocjowanej przez Ministerstwo Zdrowia cenie urzędowej kosztuje 100 zł. Różnica cen powodowała dość oczywiste skutki. Lek kupiony w Polsce był odsprzedawany zagranicznej hurtowni np. za 90 euro. Zysk był ogromny.

Przepisy nie zezwalały na stosowanie innych cen niż urzędowe na każdym szczeblu obrotu, w tym w (re)eksporcie. Niemniej niektóre hurtownie otrzymywały z resortu tzw. listy żelazne, pozwalające na odstępstwa cenowe w transakcjach międzynarodowych. Dopytywani o to urzędnicy bez skrępowania mówili w mediach, że dzięki takim transakcjom Polska zarabia na podatkach. Skutkiem ubocznym stały się jednak powszechne i permanentne braki leków ratujących życie.

Po protestach i skargach farmaceutów władze zaczęły utrudniać wywóz leków – zresztą z miernym skutkiem. Przedsiębiorcy szybko znaleźli też inny sposób. Zaczęto masowo otwierać nowe apteki. Dzięki temu można było kupować coraz więcej leków deficytowych – nie po to jednak, by sprzedać je pacjentom.

Na tym polegał odwrócony łańcuch dystrybucji: apteki odsprzedawały leki hurtowniom. Często leki nawet nie zmieniały miejsca – krążyły tylko faktury. Mechanizm ten dobrze pokazano w programie „Superwizjer” TVN we wrześniu 2019 r., w którym miałem okazję uczestniczyć. Nawet jeśli Inspekcja Farmaceutyczna cofała zezwolenie na prowadzenie apteki, przedsiębiorca zakładał nową spółkę i składał wniosek o zezwolenie na ten sam lokal pod tym samym adresem.

Mniejsze apteki znikały z rynku lub były wykupywane przez tych, którzy doprowadzili je do upadku. Sieci zwiększały liczbę „źródełek” pozyskiwania leków deficytowych, a efekt skali pozwalał im jeszcze bardziej obniżać ceny. Aby sprzedać więcej, potrzebna była jednak reklama.

Dziś narzekamy na zalew reklam leków i suplementów diety w telewizji. Zapomnieliśmy już o ówczesnych reklamach aptek. A były one bardzo pomysłowe, m.in.: rozdawanie gotówki z okazji otwarcia apteki, garnki i koce jako nagrody za punkty na kartach lojalnościowych, pizza albo zestaw wędlin gratis, gdy właściciel apteki był jednocześnie właścicielem pizzerii czy sklepu mięsnego. Wyobraźni zabrakło jedynie właścicielowi apteki, który był jednocześnie właścicielem zakładu pogrzebowego. Za duże zakupy leków oferował… bon na darmowy pogrzeb.

Po opublikowaniu 19 czerwca 2025 r. wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE uznającego zakaz reklamy aptek za niedopuszczalny zwolennicy szeroko rozumianej wolności gospodarczej dostali wiatru w żagle. Formalnie zakaz nadal obowiązuje, ale sieci aptek coraz częściej go ignorują, co widać po nowych akcjach reklamowych. Tymczasem procedowanie nowelizacji art. 94a Prawa farmaceutycznego – wymuszonej wyrokiem TSUE – postępuje opieszale.

W przeciwieństwie do samorządu aptekarskiego strona pracodawców otwarcie liczy na przychylność resortu zdrowia dla szerokiego informowania o usługach aptecznych i „tańszych lekach”. Przed skutkami przywrócenia reklam aptek ostrzegało również Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej w uchwale z 29 grudnia 2025 r.

Zapewne wszyscy się zgodzimy, że każdy biznes – zwłaszcza wielki – ma jeden cel: zarobić pieniądze. Trudno więc oczekiwać, że kilkanaście lat bez reklamy aptek zmieniło cele biznesowe jej zwolenników. Zmieniły się tylko narzędzia. Dziś są to także media społecznościowe i influencerzy, którzy za odpowiednie wynagrodzenie potrafią promować wszystko – od suplementów diety po apteki – nie ponosząc żadnej odpowiedzialności za zdrowie odbiorców. Ich i piarowców ogranicza właściwie tylko wyobraźnia.

Ostatecznie wszystkich ograniczy prawo. Jeśli jednak zostanie napisane pod dyktando biznesu i kreatywnych piarowców, etyka może przegrać z kretesem. Sprawa jest w gruncie rzeczy prosta: jeśli jest reklama – apteka staje się sklepem. Jeśli jej nie ma – pozostaje placówką ochrony zdrowia. Nie da się być częściowo w ciąży.

Mariusz Politowicz, członek Naczelnej Rady Aptekarskiej

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 4/2026