Jakub Sieczko: Za dużo
Bycie lekarzem dyżurnym i bycie rodzicem mają zaskakująco dużo wspólnego. W obu przypadkach ktoś czegoś od ciebie chce co kilka minut, a chwila ciszy jest tak podejrzana, że aż budzi niepokój.

Gdy zostałem ojcem, zmieniły się treści serwowane mi przez social media. Potężne, wszechwiedzące (a czasem wydaje mi się, że podsłuchujące nas) algorytmy zaczęły serwować mi, jak to mówią „content parentingowy”. Poruszane są tam zagadnienia ważkie (np. jak chronić dziecko przed cyberprzemocą), zabawne, niekiedy wzruszające. Istnieje też nurt nazywany „rodzicielstwem non fiction”.
Zmęczona matka lub zmęczony ojciec mówi jak jest – bez ogródek i upiększania opowiada o swoich porażkach, trudnych momentach, frustracjach. Tata czy mama nie mają siły i choć opieka nad berbeciem miewa oczywiście chwile piękne, to jest też doświadczeniem ogromnego wysiłku fizycznego i emocjonalnego. Nie dziwi, że wyczerpanym rodzicom niejednokrotnie puszczają nerwy; potem zaś z tego powodu dręczą ich wyrzuty sumienia.
Każdy, kto jest rodzicem, przecież to zna – obudziłeś, ubrałeś, przygotowałeś śniadanie, zagrałeś w grę planszową, udawałeś pandę, ścigałeś się resorakami, zamówiłeś nowe buty, zadzwoniłeś do przychodni w sprawie szczepienia, ojojałeś siniaka na łokciu, zrobiłeś obiad, przeczytałeś na głos fragment książki o układzie słonecznym, dinozaurach albo księżniczkach.
Zaśpiewałeś na głos dwie piosenki z „Krainy lodu”, posprzątałeś rozlaną zupę, przebrałeś, stoczyłeś bitwę o możliwość zjedzenia lodów (zakończoną sprawiedliwym remisem, czyli „tylko jedna gałka i więcej w tym tygodniu nie”), podałeś leki na alergię, stoczyłeś kolejną bitwę – tym razem o posprzątanie zabawek (użyłeś pozornie logicznego argumentu, że przecież ty się nimi nie bawiłeś; potem uświadomiłeś sobie, że twój adwersarz ma jeszcze słabo rozwinięte płaty czołowe, więc logiczne argumenty trafiają umiarkowanie). Potem usiadłeś.
I siedzisz. Jest pięknie, minęły dwie minuty, a nikt niczego od ciebie nie chce. Może nawet zrobiłeś sobie herbatę. I pijesz. Jest cicho. Wtedy pojawia się ten głos:
– A tato, możesz podać mi parówkę?
– Synu, parówki są w lodówce, wstań i sobie weź.
– Ale jestem zmęczony.
– Ja też jestem zmęczony. Jeśli jesteś głodny, to masz dwie zdrowe nogi – zachęcam do udania się do lodówki.
Wstał. Poszedł. Znowu cisza. Już pięć minut.
– Tato, chce mi się siku.
– Oczywiście. Już pomagam.
Wstajesz, pomagasz, wracasz na swoje miejsce. Siedzisz.
– Mogę bajkę?
Wzdychasz głęboko.
– Możesz, ale tylko dziesięć minut (jesteś wszak rodzicem świadomym i wiesz, że obcowanie z niebieskim światłem ekranów jest na dłuższą metę niekorzystne dla rozwijającego się mózgu).
Mija dziesięć minut.
– Koniec czasu.
– Nie! To niesprawiedliwe!
Ponowne negocjacje, komitet pokojowy ustalił trzy dodatkowe minuty jako rozsądny (choć zgniły) kompromis, w końcu się udaje.
– Zrobisz mi naleśniki?
– Jesteś głodny?
– Jestem.
Robisz naleśniki. Zjada. Siadasz.
– Synu, teraz chciałbym zająć się swoimi sprawami, pobaw się trochę sam.
Bawi się. Dziesięć minut.
– Oblałem się cały wodą!
Przebierasz. Siadasz. Trzy minuty.
– Mogę bajkę?
Skąd znam to przeciążenie? Skąd znam to przeświadczenie, że świat się na mnie uwziął i prowadzony jest jakiś wysublimowany program sabotowania choćby chwili świętego spokoju? Gdzie to przeżyłem? Eureka! Toż to przecież opowieść o życiu lekarza dyżurnego.
Obchód z szefem. Pójść zbadać. Porozmawiać i wytłumaczyć. „Córka by chciała jeszcze zadać parę pytań”. Rozmawiasz z córką. Potem na szybko jogurt z bułką. Kawa. Druga kawa. „Doktorze, dren na sali numer sześć chyba nie odbiera”. I czekają na zlecenia. Piszesz zlecenia. Szef prosi na słówko. To nie jest miła rozmowa – nie pójdziesz na ten staż, na który chciałeś – lekarzy mało, roboty dużo. Komputer się zaciął. Twardy reset.
Przyszło troje młodych ludzi: „Dzień dobry, my jesteśmy na stażu podyplomowym”. Stają pod ścianą. Stoją. Litujesz się nad nimi, bo nie tak dawno temu sam stałeś pod ścianą przez długie dziesiątki minut i nikogo to nie obchodziło. Prosisz, żeby podeszli. Opowiadasz im o pacjentach, którymi się opiekujesz. Telefon – pielęgniarka epidemiologiczna prosi o wypełnienie zaległych dokumentów. Telefon – „Podejdź proszę do sekretariatu, jest coś do podpisania”.
Telefon – „Przepraszam, pomyłka, chciałam się dodzwonić na okulistykę”. Stażyści są z tych zainteresowanych. Mają pytania – to dobrze (jest nadzieja dla polskiej medycyny) i źle (poświęcasz im swój naprawdę cenny czas). Trzecia kawa. Drukarka zjadła papier. „Jaki jest telefon do informatyków?”. Informatycy nie odbierają. Wymiana opatrunków.
Telefon – „Pan podejdzie na siódemkę, pacjent ma niskie ciśnienie”. Podchodzisz. Badasz. Prosisz internistę na konsultację. „Dzień dobry, jestem żoną pana Kowalskiego, przekazano mi, że pan jest lekarzem prowadzącym”. Jesteś. Idziesz powiedzieć pani Kowalskiej, że mąż ma rozsiany nowotwór. Pani Kowalska płacze.
Telefon – internista przyszedł na konsultację, prosi lekarza prowadzącego. Przepraszasz panią Kowalską.
Piętnasta. Teraz koledzy opowiedzą ci o każdym z pacjentów.
Słuchasz. Notujesz. Tomografia miała się odbyć, ale awaria aparatu. Podobno już naprawili. Trzeba by załatwić. Dziś mają przyjść posiewy, trzeba pewnie będzie zmienić antybiotyk. Chory z piątki ma objawy odstawienne. Rodzina chorego z dwójki prosi o księdza. Jest konsultacja na dermatologii do zrobienia, kolega nie zdążył.
Opowiedzieli. Poszli. Zostałeś sam. Tomografii załatwić się nie uda. Radiolog był opryskliwy, ale robisz trzy głębokie wdechy i gratulujesz sobie, że przepracowałeś złość w duchu non violent communication. Patrzysz na posiewy, zmieniasz antybiotyk. Telefon – kolega prosi o zatroszczenie się o panią Nowak przyjętą dziś na SOR ze złamanym palcem. Nie zrozumiałeś do końca, kim pani Nowak jest dla kolegi – coś jakby szwagierka córki teściowej brata przyjaciela z podstawówki. Ksiądz przyszedł, objawów odstawiennych jeszcze nie ma (pacjent, nie ksiądz). Konsultacja na dermatologii zrobiona.
Usiadłeś. I siedzisz. Herbatka. Późny obiad. Patrzysz wrogo na telefon dyżurny. Oczywiście po dziesięciu minutach dzwoni. Ten dren z rana znowu nie działa. Naprawiasz. Piętnaście minut spokoju.
„Tato, chce mi się siku”. Nie, to nie to uniwersum.
„Doktorze, jest problem z diurezą”.
Jesteś w pracy.
„Możesz poradzić sobie sam?!” – mówisz tonem pasywno-agresywnym do własnej latorośli.
„Czy pani naprawdę musi do mnie dzwonić z każdym problemem?” – przekazujesz niezbyt uprzejmie pielęgniarce.
I dziesięć sekund później już wiesz, że zrobiłeś źle. Że za dużo. Że system się przeciążył.
Jeśli ktokolwiek z waszych znajomych będzie się chciał dowiedzieć, jak to jest być lekarzem w polskim szpitalu – po prostu spytajcie, czy ma dziecko.
Jakub Sieczko, lekarz anestezjolog
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 4/2026