Lekarze drugiej kategorii
Ogromne różnice w wysokości kontraktów stomatologicznych w poszczególnych regionach Polski budzą frustrację dentystów. „Czujemy się jak lekarze drugiego sortu” – nie przebierają w słowach ci, którzy współpracują z NFZ.

W poprzednim wydaniu „Gazety Lekarskiej” informowaliśmy o ogromnych różnicach w kwotach przeznaczanych przez poszczególne oddziały wojewódzkie NFZ na leczenie stomatologiczne. Na przykład mazowiecki NFZ zaplanował na ten cel w tym roku 3,17 proc. swojego budżetu, a w województwie świętokrzyskim na leczenie w placówkach niepublicznych NFZ zamierza przeznaczyć 1,83 proc. Nawet jeśli dodać do tego 0,26 proc. na leczenie w placówkach publicznych, łącznie daje to zaledwie 2,09 proc.
Różnica jednego punktu procentowego może się nie wydawać duża. W praktyce jednak przekłada się na ogromne kwoty, a w konsekwencji – na wysokość kontraktów z gabinetami dentystycznymi. W przeliczeniu na złotówki wygląda to tak: na Mazowszu średnia miesięczna wartość kontraktu NFZ z gabinetem stomatologicznym wynosi 91,5 tys. zł, w województwie świętokrzyskim – niespełna 26 tys. zł.
Po publikacji artykułu „Gigantyczne różnice w kontraktach stomatologicznych” otrzymaliśmy mnóstwo telefonów od rozżalonych lekarzy dentystów – głównie z województwa świętokrzyskiego – narzekających na współpracę z Funduszem. Wszyscy prosili o anonimowość.
Koszty są ogromne…
– W Ministerstwie Zdrowia powinni sobie uświadomić, że stawiają gabinetom bardzo wysokie wymagania, a płacą śmieszne kwoty – słyszymy od jednego ze stomatologów. – Urządzenie gabinetu zgodnie z wytycznymi NFZ to inwestycja liczona w setkach tysięcy złotych. Sam unit stomatologiczny to wydatek minimum 80–100 tys. zł, podstawowy aparat RTG kosztuje około 40 tys. zł. Do tego dochodzi projekt i wykonanie osłon radiologicznych. Za komputer i oprogramowanie do odczytu zdjęć RTG trzeba zapłacić co najmniej kilka tysięcy złotych, autoklaw do sterylizacji narzędzi to kolejne 10 tys. zł – dodaje.
Lista wydatków jest znacznie dłuższa. Obejmuje m.in. odbiór odpadów medycznych, obsługę księgową i informatyczną, przeglądy sprzętu, materiały jednorazowe czy narzędzia stomatologiczne. Istotna część kosztów to także personel. – Zatrudnienie asystentki stomatologicznej to dla pracodawcy wydatek rzędu 10 tys. zł miesięcznie, technika radiologii – jeszcze więcej. Do tego dochodzi osoba prowadząca dokumentację medyczną, rozliczenia z NFZ, księgowa, sprzątaczka – wylicza nasz rozmówca.
… a zyski niewielkie
Przy tak wysokich kosztach urządzenia i prowadzenia gabinetu można by się spodziewać adekwatnych zysków. Czy tak jest? – Na pewno nie w przypadku umowy z NFZ – szybko ripostuje nasz rozmówca. Za podstawowe wypełnienie Fundusz płaci około 80 zł. W prywatnym gabinecie taka usługa kosztuje minimum 200 zł – mówi stomatolog.
Podobnych przykładów można podać wiele. – Zdarza się, że technik protetyczny, który wykonuje protezę na moje zlecenie, zarabia na niej więcej niż ja. A to przecież ja przygotowuję pacjenta, pobieram wyciski, zakładam protezę i biorę odpowiedzialność za efekt końcowy leczenia – dodaje stomatolog.
Gorszy sort
Właściwie wszyscy dzwoniący do nas wyrażali podobne opinie. Niektórzy nie przebierali w słowach. – Dentysta pracujący na NFZ to lekarz drugiego sortu. Tak się niestety czujemy i tak jesteśmy postrzegani. Pracujemy na gorszych materiałach niż nasi koledzy w prywatnych gabinetach, więc siłą rzeczy nasza usługa jest gorsza. Choć posiadamy wysokie kwalifikacje i umiejętności, często uchodzimy za partaczy, którzy nie potrafią dobrze leczyć – mówi dentysta ze świętokrzyskiego i dodaje: – Tak samo czują się nasi pacjenci – jak ludzie drugiej kategorii.
Opinie nie są jednak największym problemem. Państwo nie gwarantuje bowiem pełnej opieki stomatologicznej swoim obywatelom. Przykład to leczenie kanałowe. – O ile dzieciom przysługuje ono bezpłatnie w pełnym zakresie, o tyle w przypadku dorosłych Fundusz pokrywa koszty od „jedynki” do „trójki” – informuje dentystka z województwa świętokrzyskiego.
– Za leczenie kanałowe zębów przedtrzonowych i trzonowych ludzie muszą płacić z własnej kieszeni. Proszę mi wierzyć, wiele razy leczyłam endodontycznie ludzi na własny koszt, bo serce mi się kraje, gdy stosunkowo młoda osoba prosi o usunięcie zęba, bo jeśli zapłaci za jego leczenie, nie będzie miała za co kupić dzieciom ciepłych butów na zimę – słyszymy. – Nie powinno być tak, że w czasach, gdy co druga osoba nosi aparat ortodontyczny z powodów estetycznych, państwo nie gwarantuje biedniejszym pacjentom bezpłatnego leczenia kanałowego – dodaje nasza rozmówczyni.
Niepokojący trend
– Przez brak odpowiedniego finansowania doprowadzono polską stomatologię do stanu krytycznego. Ten stan trwa nie od miesięcy, lecz od wielu lat – mówi Paweł Barucha, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej oraz przewodniczący Rady ds. Rozwoju Stomatologii przy ministrze zdrowia. – Stomatologia przestała być traktowana jako integralna część medycyny, mimo że zdrowie jamy ustnej jest warunkiem rozpoczęcia leczenia w onkologii, kardiologii czy transplantologii – podkreśla.
– Polska stomatologia coraz bardziej przypomina system zbudowany z prowizorycznych rozwiązań. Reagujemy na objawy, zamiast leczyć przyczyny. Brakuje strategii, wizji i stabilności. Coraz mniej indywidualnych gabinetów decyduje się na podpisywanie kontraktów z NFZ. Są one systematycznie wypierane przez duże sieci medyczne, które stopniowo przejmują rynek świadczeń publicznych – przyznaje Barucha.
Kontrakty NFZ w stomatologii często wyczerpują się już w połowie roku. Gabinety są zmuszone ograniczać liczbę świadczeń lub kredytować system – szczególnie w przypadku dzieci i pacjentów z niepełnosprawnościami, którzy formalnie mają prawo do pełnego bezpłatnego leczenia, lecz w praktyce czekają na wizytę nawet od półtora roku do dwóch lat.
– Najgorsze w tym wszystkim jest to, że resort zdrowia nie chce słuchać ani specjalistów, ani środowiska lekarskiego. Urzędnicy są przekonani, że wiedzą wszystko najlepiej. Nawet gdy proponujemy proste zmiany, które szybko poprawiłyby sytuację i nie wymagają dodatkowych pieniędzy, nikt nie chce ich wprowadzić w życie – mówi z irytacją prezes Barucha.
Bez perspektyw
Eksperci, samorząd lekarski oraz media od dłuższego czasu mówią jednym głosem: aby polska stomatologia mogła prawidłowo funkcjonować, na jej finansowanie powinno się przeznaczać minimum 4 proc. budżetu NFZ przekazywanego na świadczenia opieki zdrowotnej. W tym roku na leczenie stomatologiczne Fundusz zaplanował jedynie 2,05 proc. swojego budżetu, co stanowi kwotę 4,12 mld zł. W 2025 r. było to 2,08 proc., czyli 3,8 mld zł.
Dziś trudno uzyskać ze strony rządzących choćby deklarację zwiększenia w przyszłości wydatków na ten cel. Trudno więc liczyć, że coś się zmieni. Gdy patrzy się na to, jak obecnie funkcjonuje w Polsce stomatologia finansowana z środków publicznych, „aż zęby bolą”.
Artur Pedryc
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 4/2026