Dziennik z podróży do wnętrza czasu (fragmenty)

Prawdziwa podróż w czasie nie polega na cofaniu zegara, lecz na odnalezieniu w sobie dziecka, które wciąż potrafi się dziwić.

Fot. magnific.com

Dzień 1. 1 lutego. Dziś zrozumiałam, że starość to wyczerpanie życiowej energii. Nie ma jej skąd pobrać, wewnętrzne akumulatory w mitochondriach otrzymują ją w momencie poczęcia się życia wraz z instrukcją, jak długo mogą ją zużywać. Moja instrukcja przewidziała pięćdziesiąt pięć lat produkcji, i tyle, więcej już się nie da w tej samej cielesnej powłoce. No więc trzeba rozpocząć planowe wygaszanie reaktora, aby nie doszło do niekontrolowanej eksplozji…

Dzień 2. 2 lutego. Wspaniała organizacja Dignitas ze Szwajcarii czeka na moją deklarację w sprawie ostatecznej. To bardzo poważna i odpowiedzialna instytucja, zapewnia psychologiczne wsparcie w tym najważniejszym momencie. Uważa, że powinnam najpierw załatwić niezakończone sprawy życiowe. Zaczęłam się zastanawiać, jakie to mogą być sprawy. Właściwie całe moje życie składało się ze spraw rozpoczętych i niedokończonych…

Ponieważ właśnie kończy się okres kolędowy, należałoby nagrać jeszcze parę kolęd: Lutosławskiego, Nowowiejskiego, Maklakiewicza – ale jak to zrobić z ręką w gipsie, bolącymi żebrami, dusznością i twarzą zmęczoną i ziemistą. Chyba wybiorę wersję audio. Jedynie głos i fortepian. Tylko kogo to może zainteresować? Podejrzewam, że chyba tylko mnie samą… No ale trzeba choć głos swój uwiecznić. A więc do dzieła – fortepian już czeka zgłodniały, aby nakarmić go strumieniem dźwięków.

Kolejna niedokończona sprawa to opowiadania medyczne. Jakoś ostatnio moja przyjaciółka wena opuściła mnie, chyba wybrała się w podróż dookoła świata. I tu genialna myśl mi zabłysła: przecież to, co piszę w tej chwili, czyli dziennik odchodzenia, to świetny raport medyczny, niczym prosto z dyżuru w hospicjum. Co prawda, miałam na myśli raczej opowiadanie o radosnych Amazonkach na OnkoRejsie, ale to zostawiam komuś innemu. Spróbuję napisać również coś o mojej kuzynce Joasi, bo to w jakiś sposób się ze sobą łączy.

O laureatce

Anna Bronowicz – laureatka XV edycji Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego dla Lekarzy im. Prof. Andrzeja Szczeklika „Przychodzi wena do lekarza”. I miejsce w kategorii Proza. Mieszka w Łomży. Ukończyła Wydział Lekarski Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. W czasie studiów śpiewała w Chórze Akademii Medycznej w Białymstoku, uczestniczyła w wykonaniu wielu utworów symfoniczno-chóralnych w Filharmonii Podlaskiej.

Odbyła szkolenie specjalizacyjne w zakresie interny w Klinice Nefrologii i Dializoterapii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku (w ramach wolontariatu klinicznego), które kontynuowała w Łomży. Uzyskała specjalizację I i II stopnia z interny. Obroniła również pracę doktorską, której tematem był „Wpływ erytropoetyny na stężenie i aktywność TFPI u chorych ze schyłkową niewydolnością nerek, dializowanych i leczonych zachowawczo”.

Obecnie jest zatrudniona na Oddziale Nefrologicznym Szpitala Wojewódzkiego w Łomży jako specjalista nefrolog. W wolnym czasie maluje obrazy, śpiewa w lokalnych łomżyńskich chórach, bierze udział w imprezach dla muzykujących lekarzy. Uczestniczyła w Ogólnopolskiej Wystawie Malarstwa Lekarzy w Łodzi w 2019 oraz 2021 r. Pisuje „do szuflady”, ale ma w planie publikację swoich prac. Laureatka konkursu „Przychodzi wena do lekarza” w kategorii proza w 2021 r.

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 7-8/2026