Łukasz Jankowski: Politycy w pogoni za króliczkiem
Emocje po Krajowym Zjeździe Lekarzy powoli opadają. W miesiącach wakacyjnych zarówno w samorządzie, jak i w całej ochronie zdrowia miało być spokojniej. Miało być, ale nie jest.

Sprawa 28-letniego radnego partii rządzącej, a jednocześnie lekarza pełniącego funkcję koordynatora SOR, rozpaliła opinię publiczna. Dotyczy ona niemal wyłącznie nagradzania politycznych zasług partyjnego działacza i przywilejów władzy, ale została użyta przez rządzących do wskazania grupy zawodowej „winnej” całej sprawie – lekarzy.
Z dużą siłą wybuchły emocje związane z naszymi wynagrodzeniami. Zamiast wyjaśnienia sprawy i – jeśli doszło do przestępstwa – postawienia zarzutów i rozliczenia winnych, zaproponowano medialną nagonkę, wręcz publiczny lincz na oskarżonym, rozszerzony następnie na całą naszą grupę zawodową.
Nie bronię tu radnego, którego zachowania przyczyniły się do dużych strat wizerunkowych dla całego naszego środowiska. Widzę jednak, jak cała sprowokowana przez niego, a następnie użyta przez polityków afera odbiła się w dramatyczny sposób na relacji lekarz–pacjent i stosunku pacjentów do nas. Widzę, w jakiej sytuacji znalazł się – nie ze swojej winy – personel Szpitala Południowego w Warszawie, który mierzy się z pytaniami żądnych sensacji dziennikarzy i medialnymi rajdami posłów próbujących zbić kapitał polityczny na aferze.
Nikt nie mówi o tym, że o ile radny naraził finanse szpitala, o tyle działania polityków doprowadziły do pogorszenia opieki nad pacjentami. Zła atmosfera sprawia, że brakuje chętnych do pracy i dyżurowania w szpitalnym SOR. Politycy jednak się tym nie przejmują. Działają celowo, a aura skandalu towarzysząca zarobkom lekarzy ma służyć tylko jednemu: przeniesieniu odpowiedzialności za niewydolność systemu z polityków na lekarzy.
Jeszcze pod koniec 2025 r. na posiedzeniu NRL minister zdrowia deklarowała, że zarobki lekarzy nie są powodem problemów w systemie. Rządzący mają więc tego świadomość. Cynicznie inspirują i wykorzystują medialne doniesienia o konkretnych osobach zarabiających duże kwoty. Próbuje się też stworzyć wrażenie, że lekarze, przepraszam za obrazowe porównanie, przyjeżdżają pod szpitale ciężarówkami, na które ładują w nocy pieniądze, i odjeżdżają. Mówi się o „drenowaniu systemu” i „pazernych lekarzach”, przedstawiając naszą grupę niemalże jak złodziei.
Nie mam złudzeń, że teatr z wynagrodzeniami lekarzy będzie trwał. Nikomu z polityków nie zależy dziś nawet na pozornym rozwiązaniu problemu, który sami stworzyli. Łatwiej wciąż sprawiać wrażenie, że lekarze są winni. I to „gonienie króliczka” będzie trwało, bo opłaca się partii władzy. Temu ma też służyć napisana na kolanie ustawa o wynagrodzeniach i PESEL, która na sejmowych korytarzach nazywana jest „lex Kacprzyk”. Skandalem jest to, że ustawa, która bezpośrednio dotyczy danych osobowych, nie została nawet przesłana do konsultacji z Prezesem Urzędu Ochrony Danych Osobowych.
Mechanizm jest tu zrozumiały – rządzący, projektując ustawę niezgodną z szeregiem obowiązujących już ustaw, przepisami RODO, a nawet Konstytucją RP (np. art. 51 ust. 2 Konstytucji RP, który stanowi, że „Władze publiczne nie mogą pozyskiwać, gromadzić i udostępniać innych informacji o obywatelach niż niezbędne w demokratycznym państwie prawnym”), woleli nie konsultować jej z organem, który wytknąłby im te niezgodności. Nie odbyły się również żadne konsultacje publiczne.
Samorząd na każdym etapie procesu legislacyjnego składa poprawki i zabiega o zmiany w tej szkodliwej ustawie. Przekonujemy też inne grupy zawodowe, że zaczyna się dziś od nas, ale projektowany mechanizm obejścia ochrony danych i zbierania ich dla celów określonych przez resort można zastosować również do innych grup zawodowych.
Samorząd będzie dążył do zablokowania ustawy w tym kształcie, a jeśli wejdzie w życie do zaskarżenia jej do Trybunału Konstytucyjnego i instytucji unijnych. Zaznaczam, że ustawa nie zakłada publicznie dostępnego rejestru wiążącego nr PESEL z wynagrodzeniem. Do takiego rejestru i danych w nim zawartych miałby dostęp tylko MZ i AOTMiT, nie ma więc ryzyka, że pacjent, sąsiad czy współpracownik po wejściu na stronę mógłby takie dane sprawdzić.
Jednak bezpieczeństwo danych w rejestrach MZ, jak pokazuje historia, jest jedynie bezpieczeństwem deklaratywnym – dlatego walczymy, żeby szkodliwa ustawa nie weszła w życie. Kto wie, czy na jesieni, jeśli politycy utrzymają kolizyjny kurs z naszym środowiskiem, nie przyjdzie nam znów zamanifestować naszej niezgody, włącznie z przeprowadzeniem protestu.
Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 7-8/2026