Jakub Sieczko: Jedenaste: nie wychylaj się

Polska medycyna traci nie tylko lekarzy, ale też ludzi z inicjatywą, odwagą i potencjałem do zmieniania systemu na lepsze. Problemem coraz częściej nie są pieniądze ani warunki techniczne, lecz kultura pracy, która premiuje lojalność wobec układu bardziej niż kompetencje i samodzielność.

Fot. arch. prywatne

Bardzo mi ich szkoda. Widziałem takich jak oni zbyt wiele razy, żeby pomyśleć, że ich historia to dzieło nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Problem jest systemowy. Rzecz będzie bowiem o ludziach, którzy zderzyli się ze ścianą zbyt wiele razy. O ludziach, których zniszczono.

Są tacy rezydenci, którzy od początku dobrze rokują. Już przez pierwszych kilka miesięcy pracy ich przełożeni, ale też doświadczone pielęgniarki, zauważają, że z kolegi czy koleżanki będzie dobry doktor. Nie gwiazdorzą. Chcą się uczyć. Dużo, jak na swój wiek, wiedzą. Jak nie wiedzą, to pytają. Jeśli pracują w dziedzinie zabiegowej, to widać w ich ruchach sprawność manualną. Są sympatyczni i koleżeńscy, kulturalni wobec pacjentów i ich rodzin. Konflikty łagodzą, zamiast je eskalować. Widziałem wielu takich. Młodych, zdolnych, z inicjatywą.

Inicjatywa jest przecież u młodego pracownika pożądana, prawda? Są to bowiem ci, którzy chcą ulepszać, optymalizować, zmieniać nawet rzeczy drobne. Są ambitni, szkolą się więc też w innych ośrodkach, czasem jeżdżą za granicę. Obserwują ten nowy świat, chłoną jego atmosferę – zaskakująco różną od tej polskiej. To właśnie w atmosferze i kulturze pracy zaczynają zauważać największą różnicę.

Jeśli bowiem szukać przyczyn nadal wysokiego wskaźnika emigracji polskich lekarzy, to nie są to już dziś pieniądze. Emanacją Zachodu nie są dziś bowiem zarobki w euro, ale to, że w szpitalach obowiązują procedury (stosowane, a nie tylko spisane), że pracownika się szanuje i dba o jego rozwój, że kryteria awansu są przejrzyste, a system skonstruowany jest tak, że na stanowiska kierownicze wynosi ludzi, którzy umieją innymi zarządzać.  

Młody, zdolny i ambitny pojedzie więc za granicę, a potem wróci do Polski. Nie jest naiwny, nie będzie chciał standardów, dajmy na to, skandynawskich implementować jeden do jednego do systemu polskiego. Pomijając już przepaść finansową i organizacyjną pomiędzy tymi systemami – Polacy to nie Norwegowie. Mamy inną historię, inną mentalność, a przede wszystkim dużo niższy kapitał społeczny. Mówiąc najprościej – dużo mniej sobie ufamy, dużo gorzej współpracujemy, częściej niż przedstawiciele narodów nordyckich zakładamy u siebie złe intencje.

Tenże zdolny i ambitny coraz bardziej jednak będzie pragnął zmian. Zobaczy, że można inaczej. Zderzenie się z inną rzeczywistością uświadomi mu, ile w polskiej ochronie zdrowia malowania trawy na zielono, głupiej biurokracji, braku troski o pracownika. Wreszcie, co być może najważniejsze, jak patologiczny bywa nasz system awansu i że czasem na stanowiskach kierowniczych pracują ludzie, którzy nie powinni się na nich nigdy znaleźć. Zacznie o absurdach mówić głośno. Zacznie się wychylać. Zacznie być problemem.

Fot. magnific.com

Nie pracuję w zawodzie rok czy dwa, więc mam odwagę napisać to wprost: mamy system, który zbyt często wynosi na stanowiska kierownicze ludzi chorobliwie ambitnych, a przy tym bezwzględnych, konfliktowych, niszczących innych, którzy swoje kruche ego próbują podbudować okazywaniem własnej wyższości i wyjątkowości.  

Polska medycyna jest pełna zakulisowych intryg, małości, niszczenia zdolnych, a promowania potulnych miernot. Zwrócę się teraz do ciebie, drogi czytelniku, z pytaniem zgoła retorycznym: czy każdy polski ordynator czy profesor medycyny, którego poznałeś, zasługiwał na ten zaszczytny tytuł? Czy każdy szanował ludzi? Czy każdego cechowała kultura osobista? Czy każdy imponował kompetencją? No właśnie.

Nie, nie jest to regułą. Widywałem i widuję wspaniałych kierowników oddziałów bądź klinik, sam miałem do takich szczęście. Wiele razy widziałem też jednak, jak mali ludzie otrzymują dużą władzę. Nasz system przed tym nie chroni. Dla małego człowieka z dużą władzą inny zdolny i ambitny staje się zagrożeniem. Młodzi stają się bowiem w końcu starsi, bardziej doświadczeni, a na ich pieczątkach pojawiają się tytuły naukowe i specjalizacje. Zaczynają mieć własne zdanie.

Mimo że system ich miele, jak każdego i każdą z nas, to często utrzymują w sobie zapał, chęć do zmian, nadal są lubiani, gromadzą wokół siebie innych. Wtedy – widziałem to zbyt wiele razy – trzeba ich zniszczyć. Trzeba przeprowadzić kolejną intrygę, zesłać ich do pracy nieprzystającej do ich wiedzy i doświadczenia, blokować rozwój, zawalać biurową robotą, czasem publicznie upokorzać, zarzucać niekompetencję.

To też widziałem zbyt wiele razy – prestiżowe kliniki jako miejsca wojen podjazdowych, walk frakcyjnych, miejsca drenowania ludzi z energii, którą powinni poświęcić na pracę na rzecz pacjentów. W zbyt wielu polskich oddziałach atmosfera pracy jest nie tylko niezdrowa – jest ona toksyczna. W takim środowisku nie da się pracować bez kosztów psychicznych.

Mamy w Polsce system niszczenia talentów. Marnujemy wielki potencjał ludzi ambitnych, pełnych inicjatywy, zdolnych i moralnych. Bo przecież oni w końcu się poddają i odchodzą. Nikt o zdrowych zmysłach nie zamierza poświęcać szczęścia swojej rodziny czy równowagi psychicznej dla konfliktu z toksycznym szefem, którego małość widzi jak na dłoni. Toksyczny szef, jak pokazują moje obserwacje, prawie zawsze bowiem wygrywa. Jest najczęściej umocowany politycznie czy towarzysko, a także biegły w personalnych intrygach. Często w Polsce to największy atut. A ambitni i z inicjatywą? Są przeszkodą. A te się niszczy.

Jakub Sieczko, lekarz anestezjolog

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 6/2026