Prof. Krzysztof Zeman: WAM 2.0, czyli recepta na medycynę wojskową

Na 100 żołnierzy powinien przypadać jeden lekarz. Marzy się nam trzystutysięczna armia, więc powinno być ich trzy tysiące. Stąd pomysł reaktywacji Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi. O dawnej i przyszłej uczelni opowiada ostatni rektor WAM prof. Krzysztof Zeman w rozmowie z Adamem Czerwińskim.

Fot. arch. prywatne

Pięćdziesiąt lat temu skończył Pan studia w Wojskowej Akademii Medycznej (WAM). Piękna rocznica.

Z WAM byłem związany przez ponad 30 lat i nie obraziłbym się, gdyby to była jedna trzecia mojego życia. Na razie organizuję obchody pięćdziesięciolecia dyplomu. Na spotkaniu pojawi się połowa kolegów z roku w większości z tymi samymi od wielu lat towarzyszkami życia.

Wielu z tych kolegów brało udział w różnych misjach pokojowych pod egidą organizacji międzynarodowych, kilku było dyrektorami szpitali, ordynatorami, niektórzy stworzyli własne kliniki, niektórzy przychodnie POZ, paru awansowało, uzyskując tytuł profesora czy doktora nauk medycznych. Jeden nawet pracował w agendzie ONZ. Proszę sobie wyobrazić, że większość tych obecnie 70-latków nadal pracuje zawodowo. Każdy, wspominając studia, powie, że jego rok był wyjątkowy. Mój był niezwykły. Pewnie chce pan spytać, co dał mi WAM?

Proszę.

To jest takie samo pytanie, jak: „a czy pan by wybrał coś innego niż pediatrię?” No więc tak jak nie zamieniłbym pediatrii na inną specjalność, tak nie wybrałbym innej uczelni niż Wojskowa Akademia Medyczna. Dzięki niej jestem tu, gdzie jestem, i jestem spełnionym człowiekiem. Do tego nie zawiodłem rodziców, którzy oczekiwali, że zostanę lekarzem. Może pan napisać, że WAM dał mi wszystko!

W takim razie powspominajmy. Jak Pan trafił na uczelnię?

Pochodzę z Bielska Białej. Tam kończyłem bardzo dobre liceum i miałem świetną klasę, w której wzajemnie się nakręcaliśmy w ambicjach. Fajnie to zadziałało, bo wszyscy dostaliśmy się na studia, co wtedy nie było takie oczywiste. Nie mogłem odstawać od reszty i zgodnie z ukrytym życzeniem moich rodziców wybrałem medycynę. Szukałem i znalazłem Wojskową Akademię Medyczną, o której wtedy wiedziałem tylko, że jest to niezwykle prestiżowa uczelnia. Rodzice byli dumni. A jak już się na tym WAM-ie znalazłem, szybko okazało się, o czym nie wiedziałem, że trzeba chodzić w mundurach.

Nie wiedział Pan?

Naprawdę nie wiedziałem. Myślałem, że idę na zwykłe studia, a potem, jak ewentualnie zostanę w wojsku, to i mundur dostanę. A tu się okazało, że mundur obowiązuje od pierwszego dnia. I trzeba w nim chodzić na okrągło. Ubrania cywilne były na popołudnie, na ogół nielegalnie deponowane gdzieś poza uczelnią.

Wojsko to nie tylko mundur.

Najpierw, jak to w prawdziwym wojsku, była tzw. unitarka, czyli nauka strzelania, rzucania granatami, salutowania…

Nie chciał Pan uciekać?

Bardzo szybko się w tym odnalazłem. Właściwie to poczułem, że jestem u siebie. Jako pierwszaki musieliśmy salutować kolegom z wyższych lat, starszym stopniem. Wykładowcom też się salutowało, nawet jeśli byli cywilami. Niektórzy bardzo to lubili. Ale później, jak już przestaliśmy być pierwszakami, to już nam salutowano. Fajnie, prawda? Był jeden wyjątek od zasady starszeństwa. Jeśli kolega z młodszego roku szedł z dziewczyną, to my pierwsi oddawaliśmy honory, pewnie po to, żeby u tej kobiety wywołać przekonanie, że tacy mądrzy i kulturalni ludzie na WAM-ie studiują.

Zresztą reklama nie była nam specjalnie potrzebna, bo lekarze wojskowi zawsze cieszyli się świetną renomą. I pewnie dlatego różne legendy na nasz temat krążyły. Opowiadano niestworzone rzeczy, jakie trzeba mieć plecy – również w sensie fizycznym, żeby na WAM się dostać. Sam słyszałem legendy na temat wymogów fizycznych, jakim rzekomo musieli sprostać kandydaci na lekarzy wojskowych. Jednym słowem ulica uważała, że aby studiować na WAM-ie, trzeba mieć odpowiedni wzrost, prezencję i cały szereg niesamowitych przymiotów. To była oczywiście bzdura. Ale też coś było na rzeczy w tym sensie, że przystojniaków u nas nie brakowało.

A medycyna?

Przedmioty medyczne mieliśmy praktycznie te same co studenci z cywilnej uczelni. Często nawet mieliśmy tych samych wykładowców, a nierzadko zajęcia mieliśmy z koleżankami i kolegami z Akademii Medycznej w Łodzi. Przecież musieliśmy spełnić kryteria odpowiednich ministerstw i wypełnić tę samą liczbę godzin nauki medycyny. Różnica to całe semestry przedmiotów wojskowo-medycznych, więc, powiedzmy, zamiast sześciu tysięcy godzin zajęć na studiach my mieliśmy tych godzin siedem i pół tysiąca.

Trzeba się było z nimi zmieścić w tym samym czasie co na cywilnej akademii. Część tych godzin dodatkowych przerabialiśmy w trakcie miesięcznych szkoleń, które były po każdym roku. Poznaliśmy na nich piękno polskich poligonów, ucząc się strategii czy udzielania pomocy na polu walki. Często były to bardzo barwne symulacje warunków wojennych z udziałem prawdziwych jednostek wojskowych, wozów transportowych, helikopterów.

Na tej „wojnie” wyciągaliśmy rannych przygotowanych przez specjalistów, którzy wcześniej robili charakteryzację dla filmów. Powiem krótko: było kolorowo. Nie tylko my o tym wiedzieliśmy. Bywało, że przed wyjazdem na te poligony rektor, żegnając nas na specjalnej odprawie, życzył nam miłego wypoczynku, bo często trafialiśmy nad jeziora, gdzie był zawsze wolny czas na pływanie kajakami, łódkami czy turnieje brydża.

Nie idealizuje Pan za bardzo swojej młodości?

Pewnie trochę tak. Studia to nie była tylko zabawa, ale również szkoła charakterów. Nie wszyscy ją przechodzili, bo nie każdy potrafił się dopasować. Nie wszystkim podobała się dyscyplina wojskowa, choć my nie byliśmy takimi klasycznymi żołnierzami malującymi trawę na zielono. No, ale pewne obowiązki wojskowe nas obowiązywały. No i też byliśmy zespoleni w walce z tymi obowiązkami. To też nas formowało.

Fakty są takie, że na pierwszym roku było ze mną 240-260 kolegów. Studia skończyło 114. Więc odsiew był bardzo duży. A jakbyśmy chcieli liczyć dokładniej, to wynik będzie jeszcze inny: z kolegów, z którymi zaczynałem studia, na ostatnim roku zostały ze mną 73 osoby.

Przez sześć lat cały czas byliście razem?

Byliśmy skoszarowani w jednostce przy ul. Źródłowej w Łodzi. Było tam sześć budynków i w każdym mieszkał inny rocznik. Odróżnialiśmy się liczbą pasków na rękawach mundurów. Od jednego cienkiego u pierwszaków do trzech grubych pasków na szóstym roku. Każdy marzył, żeby te trzy grube paski mieć. Dla młodszych lat obowiązywały – jak w każdej jednostce wojskowej – przepustki na wychodzenie i wchodzenie. Starsze lata miały dużo więcej swobody. Zresztą przez sześć lat moich studiów wiele się w Polsce zmieniło.  Kończyliśmy w 1976 r., po wielu ważnych wydarzeniach politycznych w kraju. Po nich śrubę odkręcono nawet studentom szkół wojskowych.

Zajęcia mieliśmy głównie w łódzkim szpitalu przy ul. Żeromskiego. To jeden z najlepszych szpitali wojskowych w Polsce, wybudowany jeszcze przed wojną. Dysponował niesamowitą kadrą, świetnymi, często przedwojennymi, profesorami. Ich asystenci to już absolwenci WAM, którzy zdobywali kolejne tytuły naukowe i wojskowe. Część zajęć mieliśmy w Centralnym Szpitalu Klinicznym na Szaserów w Warszawie. Pamiętam dwutygodniowy blok z położnictwa. Kiedy przyjechaliśmy, odebrano nam ubrania, dostaliśmy ciuchy medyczne i nie wolno było nam przez dwa  tygodnie wychodzić z oddziału. Tam spaliśmy, oglądaliśmy wszystkie porody i zabiegi.

Było też tak, że część przedmiotów wykładali szefowie klinik z Warszawy, którzy przyjeżdżali na zajęcia do Łodzi. I to były bardzo znane nazwiska, które uzupełniały to, czego jeszcze u nas brakowało. A część przedmiotów mieliśmy wspólnie z koleżankami i kolegami z równoległego roku na cywilnej uczelni. Może zabrzmi to patetycznie, ale łączył nas specyficzny duch – wszyscy chcieliśmy być dobrymi lekarzami. To zdecydowanie był nasz cel. Mieliśmy niezwykle dużo zajęć praktycznych. Ale też był system, który niechętnych do nauki potrafił zmienić. Jego częścią było studenckie towarzystwo naukowe.

Chętnie wspominam, jak rodziły się przyjaźnie i wydarzenia, które je cementowały. Moglibyśmy dużo opowiadać o wspólnej doli i niedoli, która nas łączyły. Dość powiedzieć, że kiedy pierwszy raz wysłano nas na poligon, jechaliśmy w eszelonach wojskowych, czyli w takich wagonach, w których przewozi się teraz zwierzęta gospodarcze albo kiedyś wożono żołnierzy na front. Ale to była podróż męska, piękna.

Na poligonie ciąg dalszy atrakcji. Spaliśmy pod pałatkami – to takie płaszcze wojskowe, gdzie z dwóch pałatek robiło się namiot. Jakieś deski pod spód położyliśmy i mieszkaliśmy w ten sposób trzy tygodnie. I oczywiście przez cały ten czas lało. Trzeba było sobie radzić. Również w koszarach. Na przykład nauczyłem się, jak wyprasować spodnie, nie mając żelazka. Ale też jak zrobić jajecznicę, mając tylko żelazko. Inna sztuczka dotyczyła prania koszuli. Jeśli została odpowiednio rozwieszona na kafelkach w łazience, nie była pognieciona i nie trzeba było jej prasować.

W latach 70. czy 80. po studiach można było na całe zawodowe życie wylądować na zielonym poligonie. Pan został rektorem.

Bardzo chciałem zostać na uczelni. Przez cały czas moich studiów był taki zwyczaj, że 10 najlepszych absolwentów mogło sobie wybrać miejsce pracy. Prymusi oczywiście wybierali kliniki w szpitalach wojskowych. Kiedy kończyłem studia, zmieniono zasady i tylko jeden najlepszy absolwent dostał prawo wyboru.

Ja byłem drugi i trafiłem do jednostki rakietowej pod Poznaniem. Ale po roku udało mi się wrócić na uczelnię. Początkowo do zakładu teoretycznego, zajmującego się patofizjologią. Ale po jakimś czasie przekształcił się on w immunologię i w końcu zgodnie ze swoimi zainteresowaniami wylądowałem na pediatrii. Faktycznie poświęciłem WAM ponad 30 lat życia. Byłem ostatnim rektorem tej uczelni.

Wyprowadzał Pan sztandar uczelni. Jak do tego doszło?

WAM został rozwiązany w 2002 r. decyzją Ministerstwa Obrony Narodowej. O tym, że może do tego dojść, mieliśmy sygnały 3–4 lata wcześniej. Zapowiadano wielką reformę szkolnictwa wojskowego. No i ta reforma zmiotła nie tylko WAM, ale chyba z 10 uczelni wojskowych. To był specyficzny czas. Ogłoszono koniec historii.

Wydawało się, że rzeczywiście nie będzie już żadnych wojen w Europie i nie jest potrzebna wielka armia. Dlatego pojawił się pomysł, że lekarze na potrzeby wojska będą rekrutowani z cywilnych uczelni. Mieliśmy przykłady z innych państw europejskich, że ten model się nie sprawdza. Choćby Bundeswehra przekonała się, że wojskowy duch nie jest czymś, co łatwo można wszczepić cywilowi.

W kwestii likwidacji oczywiście chodziło o pieniądze. Roczne utrzymanie WAM-u kosztowało tyle, ile wyprodukowanie mniej więcej jednego czołgu typu Twardy. Próbowaliśmy się bronić. Przyjmowaliśmy studentów na kierunki cywilne: fizjoterapię i zdrowie publiczne. Uczelnia w ten sposób zarabiała. To była nasza recepta na przetrwanie trudnego okresu. Ale to nie wystarczyło.

W 2002 r. połączyliśmy się z Akademią Medyczną w Łodzi. Po fuzji powstał pierwszy w Polsce Uniwersytet Medyczny z Wydziałem Wojskowo-Lekarskim. WAM został rozwiązany. W domu śmiejemy się, że podwaliny pod połączenie dwóch uczelni dał ślub mojej córki, absolwentki Akademii Medycznej, z absolwentem Wojskowej Akademii Medycznej, który odbył się chwilę przed formalnym ogłoszeniem powstania Uniwersytetu Medycznego.

W 2010 r. na UM wrócili studenci w mundurach. Studiowali w oparciu o Wojskowe Centrum Kształcenia Medycznego i Akademię Wojsk Lądowych we Wrocławiu, a po kolejnej reformie – tym razem przeprowadzonej przez min. Gowina – Wydział Wojskowo-Lekarski UM został zlikwidowany. Teraz na kierunku wojskowo-lekarskim studiuje się na Wydziale Lekarskim, któremu podlega Kolegium Wojskowo-Lekarskie.

Mówi się o tym, że mamy mieć wielką, trzystutysięczną armię, więc potrzeby są ogromne.

Jeśli mamy być przygotowani do potencjalnego konfliktu, nie obejdzie się bez profesjonalnie przygotowanych lekarzy. Zakładając, że na 100 żołnierzy powinien przypadać jeden lekarz, to w trzystutysięcznej armii, jaką chcemy stworzyć, powinno być ich trzy tysiące. Dziś etatów lekarskich w wojsku jest 1506. Połowa to wakaty, bo zatrudnienie to zaledwie 888 lekarzy.

Wiemy, jak dziś wygląda wojna.

Zupełnie inaczej niż II wojna światowa. W czasie studiów byłem przygotowywany do uczestnictwa w takim tradycyjnym konflikcie. Za linią frontu ciągnęli medycy, zakładano szpitale polowe, do których sanitarkami zwożono rannych żołnierzy. Dziś to archaizm. Ci, którzy będą zabezpieczali potencjalną wojnę, muszą być przygotowani na zmieniające się warunki. Medycy powinni być przygotowani do udzielania pomocy kwalifikowanej w specyficznych warunkach.

Na Ukrainie nie ma żadnych lekarzy w odległości kilku kilometrów od okopów. Rannych coraz częściej zabierają z pola walki roboty. I są oni transportowani do specjalnych centrów tworzonych w głębokich bunkrach. Tam zajmują się nimi lekarze. Wiemy, że większość z nich to cywile. Ich wytrzymałość psychiczna obliczana jest na mniej więcej trzy miesiące. Po tym czasie muszą się rotować, żeby na jakiś czas odpocząć od obrazów, które widzą codziennie.

To nie są rany postrzałowe?

Rany postrzałowe w Ukrainie to nie więcej niż kilkanaście procent obrażeń, jakie odnoszą żołnierze i cywile. Większość stanowią rany wybuchowe. One powstają z tego, że na człowieka, który jest w okopie, w samochodzie, ziemiance spada coś z góry, najczęściej z drona. Eksplozja parzy i urywa wszystko, czego dosięgnie od góry – najczęściej rany obejmują głowę, klatkę piersiową, ramiona. Dane, które do nas docierają, są porażające. Mówią o gigantycznej liczbie amputacji kończyn w czasie tej wojny. Okaleczonych w ten sposób liczy się w setkach tysięcy.

Jeśli mamy być przygotowani do takiego konfliktu, nie obejdzie się bez profesjonalnie przygotowanych lekarzy. Skala potrzeb, jak widać, jest ogromna i chyba nie ma sensu rozważać kwestii: kształcić czy nie kształcić. Skoro wiadomo, że kształcić, warto się raczej zastanowić, jak kształcić. Moim zdaniem największy nacisk powinno się kłaść na chirurgię, ortopedię, choroby zakaźne, anestezjologię, bo to specjalności, które zawsze były najbardziej w wojsku i na polu walki przydatne. Znakiem czasu jest jeszcze zapotrzebowanie na psychiatrów. Ich też potrzeba nie tylko w wojsku. Ci ludzie, podobnie jak kiedyś absolwenci WAM po zakończeniu służby, mogliby zasilić cywilną ochronę zdrowia.

Niedługo powstanie WAM-bis. Ciekawe, czy jego absolwenci z taką czułością będą wspominać swoją Alma Mater?

Nowe pokolenie jest mi bardzo miłe, bo to przecież moje wnuki, które kończą medycynę na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi. Oni są inni niż my sprzed pół wieku. Nie chcę zabrzmieć jak maruda, narzekający, że kiedyś to było, a teraz to nie jest, ale dzisiejsza młodzież myśli zupełnie innymi kategoriami. Może to i dobrze, bo do bólu potrafi wykorzystać to, co im daje współczesny rozwój techniki i medycyny, i może przez to będą bardziej przydatni.

Natomiast ich system integracyjno-społeczny jest zupełnie inny niż nasz. Ich szare komórki zupełnie inaczej pracują niż nasze. Ale jedno nie ulega wątpliwości. Ich kampus będzie piękniejszy niż mój, bo przecież obowiązują parytety i medycynę w mundurach studiują również kobiety.

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 6/2026