Grenlandia: na końcu świata, między lodem a ludźmi (foto)

Grenlandia dla większości z nas pozostaje białą plamą na mapie wyobraźni – krainą lodu, psich zaprzęgów i niedźwiedzi polarnych. Tymczasem za arktycznymi krajobrazami kryją się niewielkie społeczności Inuitów, fascynująca historia odkrywców, nowoczesna opieka zdrowotna i codzienność daleka od stereotypów.

Cała naprzód! Opuszczamy NyÅlesund na Svalbardzie (Spitsbergen). To najdalej na północ wysunięta całoroczna ludzka osada – stąd już tylko 1200 km do bieguna północnego. Historyczne miejsce, warte zobaczenia, tu właśnie rozpoczynało się wiele wyprawy na biegun północny.

Amundsen, Nobile, Byrd stąd właśnie startowali sterowcami czy samolotami. Istnieje wiele kontrowersji, kto pierwszy dotarł na biegun północny… Tak twierdził również nasz amerykański kolega po fachu dr Frederick Albert Cook, choć nie bardzo mu wierzono.

Z północnego krańca Svalbardu

Obieramy kurs na Grenlandię. Po trudach slalomowej nawigacji wśród arktycznych lodów wreszcie wychodzimy na otwarty i kołyszący Ocean Arktyczny. Kapitan Adam zaprasza mnie i towarzyszącą mi w tej wyprawie córkę Aleksandrę na znakomite steki z łososia.

W końcu może opuścić mostek i choć na chwilę odprężyć się w towarzystwie rodaków – jedynych Polaków wśród stu pasażerów i osiemdziesięciu członków załogi arktycznego statku ekspedycyjnego Silver Explorer. To bardzo doświadczony kapitan, ale jak sam mówi, rzadko zdarza się mu mieć na pokładzie tak niewielkiej jednostki aż dwoje lekarzy okrętowych.

Ja również czuję się spokojniej – w trudnej sytuacji medycznej mogę liczyć na pomoc córki lekarki. Po trzech dniach żeglugi, odwiedzając po drodze wulkaniczną wyspę Jan Mayen, docieramy do jednego z najbardziej niedostępnych miejsc Grenlandii – Ittoqqortoormiit.

Tam, gdzie zaczyna się Grenlandia

W kalaallisut, języku Inuitów, który ma charakter aglutynacyjny, polegający na łączeniu wielu słów w jedno, Ittoqqortoormiit oznacza osadę z wielkimi domami. Samo słowo Inuit znaczy człowiek, podczas gdy określenie Eskimos jest dziś uznawane za pejoratywne. Z kolei nazwa Grenlandia ma pochodzenie nordyckie i nieco… reklamowy charakter.

Według sag islandzkich Eryk Rudy, który dotarł tu w IX wieku jako wygnaniec z Islandii, chcąc zachęcić osadników do przybycia na swoje terytorium, używał nazwy „Zielony Kraj” (Groenland). Dotyczyło to wprawdzie południowych wybrzeży wyspy i miało miejsce jeszcze przed małą epoką lodowcową, jednak poza krótkim latem zieleni jest tu raczej niewiele.

Spacerujemy wśród dobrze utrzymanych drewnianych domków. Mieszka tu około 350 osób. Jest kościół, szkoła, boisko piłkarskie – oczywiście ze sztuczną trawą – lokalne muzeum oraz dobrze wyposażony ośrodek zdrowia, w którym na stałe pracuje pielęgniarka. Duński lekarz pojawia się raz na trzy tygodnie.

Wykonywanie EKG, badań obrazowych (RTG i USG) oraz badań laboratoryjnych, wspieranych telemedycyną, umożliwia szybkie kierowanie poważniejszych przypadków do centralnego Szpitala Królowej Ingrid w stolicy kraju – Nuuk.

Poród wiąże się z przeprowadzką do stolicy już w ósmym miesiącu ciąży. Matka wraca później z niemowlęciem do osady helikopterem, ponieważ Air Greenland zapewnia bezpłatny transport i dysponuje tutaj lądowiskiem. To ważny moment dla lokalnej społeczności, gdyż historycznie niewiele dzieci przeżywało w trudnych arktycznych warunkach. Urodziny i każda kolejna rocznica są istotnym powodem do wspólnego świętowania podczas ceremonii zwanej kaffemik.

Państwo duńskie zapewnia mieszkańcom Grenlandii wiele typowo skandynawskich benefitów ekonomicznych. Kiedyś głównym zajęciem ludności było łowiectwo i rybołówstwo. Dziś zawody te straciły na znaczeniu, a większość rdzennych mieszkańców korzysta z zabezpieczeń socjalnych. Niestety zmiany społeczno-ekonomiczne w tradycyjnym i stosunkowo hermetycznym kulturowo społeczeństwie sprzyjają problemom wcześniej praktycznie nieznanym, takim jak alkoholizm.

Nadzieje wiąże się z rozwojem turystyki. Ittoqqortoormiit jest punktem wyjścia do największego na świecie Parku Narodowego Grenlandii. Na tym niemal bezludnym obszarze od ponad sześćdziesięciu lat działa Sirius – elitarna, dwunastoosobowa jednostka marynarki wojennej Królestwa Danii, znana jako Patrol Psich Zaprzęgów. W ramach Joint Arctic Command wraz z jednostkami lotniczymi strzeże suwerenności autonomicznej Grenlandii.

W zaprzęgach biegną psy grenlandzkie qimmit – jedna z najstarszych ras psów na świecie. Niezawodne i wytrzymałe, pomogły niegdyś Amundsenowi zdobyć biegun południowy. Dziś niestety same są zagrożone wyginięciem. Ciekawostką jest fakt, że badania archeogenetyczne ich DNA wskazują na wcześniejsze osadnictwo Inuitów niż wikingów na Grenlandii.

W cieniu Bismarcka i Hooda

Kurs prowadzi przez Cieśninę Duńską. Na lewej burcie w oddali migają światła latarni morskiej Óshólar na północnym wybrzeżu Islandii. Trochę buja, więc mam pacjentów cierpiących na chorobę morską. Uspokajająca rozmowa i domięśniowo podany Stemetil (prochlorperazyna) skutecznie redukują objawy oraz… objętość daniny składanej Neptunowi. Nihil novi dla anestezjologa.

Rano morze uspokaja się niemal demonstracyjnie. Odbywa się skromna, ale wzruszająca ceremonia morska – wrzucenie do lodowatych głębin wiązanki kwiatów ku pamięci ofiar historycznej bitwy w Cieśninie Duńskiej. W maju 1941 r. duma Royal Navy, krążownik liniowy HMS Hood, wraz z 1415 marynarzami, wśród których było czterech polskich podchorążych, zatonął po trafieniu salwą pancernika Bismarck.

Po sześćdziesięciu latach dokładną lokalizację obu wraków – ponieważ Bismarck został zatopiony kilka dni później – ustalił znany amerykański oceanograf David Mearns. Brytyjczycy pamiętają o swoich bohaterach i nie jest to pierwsza taka ceremonia, w której uczestniczyłem.

Wcześniej na Morzu Południowochińskim podczas anglikańskiej mszy morskiej oddawałem honory poległym marynarzom HMS Prince of Wales i HMS Repulse. Ślad morskiego cmentarzyska wyznaczał wówczas nadal widoczny na powierzchni wyciek ropy z ich zbiorników.

W krainie niedźwiedzi polarnych

Pod wieczór wpływamy do Cieśniny Księcia Christiana. To fascynujący system fiordów łączący Morze Irmingera z Morzem Labradorskim. Otaczają go góry sięgające 2200 metrów wysokości, a sama cieśnina oddziela południową Grenlandię od archipelagu Farewell.

Docieramy do Nanortalik. To najbardziej na południe wysunięte „miasteczko” Grenlandii. Liczy około 1050 mieszkańców i ma własny herb – trzy niedźwiedzie polarne na czerwonym tle. Nie bez powodu, ponieważ w języku Inuitów nazwa oznacza „miejsce, gdzie żyją niedźwiedzie polarne”.

Także tutaj rozwija się turystyka. Oferta aktywności jest imponująca: żeglowanie i kajakarstwo morskie pomiędzy górami lodowymi, wędkarstwo arktyczne, jazda psimi zaprzęgami czy hiking i wspinaczka na majestatycznych granitowych ścianach otaczających fiord Tasermiut. Po wysiłku można odpocząć w gorących źródłach, podziwiając niezwykłe arktyczne krajobrazy.

Dla odważnych dodatkową atrakcją był tzw. arctic splash, czyli skok z burty statku do lodowatej morskiej wody. Oczywiście z asekuracją członków załogi w kombinezonach termicznych i lekarza okrętowego z AED pod ręką.

W mojej pamięci Nanortalik zapisał się dwojako. Po pierwsze – suaasat, niezwykle sycąca, pierwotna w smaku zupa przygotowywana z mięsa wieloryba i fok, serwowana w miejscowym barze będącym zarazem prywatną kuchnią. Po drugie – pokaz niezwykłych umiejętności lokalnego kajakarza, który przy burcie naszego statku wykonywał niewiarygodne przewrotki i ewolucje. Te umiejętności przez wieki ratowały życie inuickim myśliwym, a z czasem stały się inspiracją dla współczesnego kajakarstwa.

Grenlandia oferuje bliski, nieskażony cywilizacją kontakt z naturą. Jednak tylko doświadczeni podróżnicy, najlepiej posiadający umiejętności z zakresu wilderness medicine, powinni samodzielnie podejmować takie wyzwania. Większość turystów powinna korzystać z pomocy lokalnych przewodników. Wybierając się poza granice osad, jak w całej Arktyce, należy mieć przy sobie telefon satelitarny oraz strzelbę do obrony przed niedźwiedziami polarnymi.

Nuuk i grenlandzka codzienność

Koniecznie trzeba odwiedzić również lokalne muzeum. W unikalnej i bogatej ekspozycji dzieje nordyckiej kolonizacji oraz inuickiej tożsamości splatają się w zrozumiałą dla przybysza opowieść. To właśnie tutaj można zrozumieć, dlaczego Grenlandia nie powinna stać się kolejną gwiazdką na amerykańskiej fladze.

Jeszcze wyraźniej widać to podczas naszej kolejnej wizyty – tym razem w 20-tysięcznym Nuuk, stolicy autonomicznego terytorium. Zależność od Danii jest czymś naturalnym i powszechnie akceptowanym przez lokalną społeczność. Gwarantowany dostęp do bezpłatnej edukacji oraz ochrony zdrowia na każdym poziomie trudno porównywać z rozwiązaniami funkcjonującymi w Stanach Zjednoczonych.

Peqqik – tak nazywa się grenlandzki system ochrony zdrowia – zapewnia mieszkańcom wysoki standard bezpłatnej opieki medycznej, w tym usług stomatologicznych. Jako obywatele Unii Europejskiej możemy korzystać z niego wyłącznie w sytuacjach zagrożenia zdrowotnego, na podstawie karty EKUZ. Należy jednak pamiętać, że ewentualne ratownictwo i ewakuacja medyczna do kraju są bardzo kosztowne, dlatego odpowiednie ubezpieczenie podróżne jest przy wyjeździe na Grenlandię absolutną koniecznością.

Choć postać polskiego żeglarza Jana z Kolna bywa wiązana z eksploracją Grenlandii, wiedza wielu Polaków o tej wyspie przez lata ograniczała się do kilku symbolicznych skojarzeń: igloo, Eskimosów i psich zaprzęgów. Zmieniła to dopiero wielka polityka. A może lepiej byłoby, gdyby ta odległa, piękna arktyczna kraina nadal zachowała część swojej tajemniczości i niedostępności?

Wojciech Pietrzyk

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 7-8/2026