Mariusz Politowicz: Recepta na chaos

Jedno pismo Ministerstwa Zdrowia wystarczyło, by recepta, którą dotychczas można było prawidłowo zrealizować, stała się dla farmaceuty potencjalnym źródłem problemów. Pacjent jak zwykle znalazł się na końcu tego łańcucha.

Fot. arch. prywatne

W Polsce, gdzie dostęp do lekarza bywa loterią, a na wizytę u specjalisty czeka się miesiącami, farmaceuci od lat stoją na pierwszej linii opieki zdrowotnej. Wydawałoby się więc, że Ministerstwo Zdrowia, a zwłaszcza Departament Polityki Lekowej i Farmacji (DPLiF), powinno ich wspierać. Tymczasem robi coś dokładnie odwrotnego: wprowadza chaos, zaprzecza samemu sobie i grozi konsekwencjami tym, którzy chcą po prostu wydawać leki zgodnie z prawem i zdrowym rozsądkiem.

20 lipca 2026 r. na ręce prezesa Naczelnej Rady Aptekarskiej wpłynęło pismo DPLiF dotyczące interpretacji przepisów o realizacji e-recept ważnych 30 dni, ale z liczbą opakowań na roczną kurację. Od 1 sierpnia 2024 r. do otrzymania tego pisma, gdy na takiej recepcie przepisano roczny zapas leków, farmaceuci wydawali go w transzach, np. po 120 dni terapii, w kolejnych trzech realizacjach w terminie ważności recepty. Taką możliwość przewidywał Komunikat nr V Ministra Zdrowia.

Teraz interpretacja się zmieniła – choć ustawa ani rozporządzenie się nie zmieniły. Resort wskazał, że lek należy wydać maksymalnie na 120 dni zapasu. Co więcej, zapowiedział, że recepty realizowane wcześniej w inny sposób mogą zostać uznane przez NFZ za wadliwe i stać się przedmiotem kontroli.

A potem pojawiło się zastrzeżenie: brak oznaczenia recepty jako rocznej może przecież wynikać z przeoczenia, niewiedzy albo błędu techniczno-organizacyjnego po stronie osoby wystawiającej receptę. Ocena ma więc uwzględniać m.in. treść recepty, dawkowanie, ilość przepisanego produktu, charakter terapii i – uwaga – możliwą intencję lekarza.

Czyli najpierw farmaceuta dowiaduje się, że powinien liczyć się z kontrolą, bo realizuje receptę zgodnie z dotychczasową praktyką. Chwilę później resort zaczyna rozważać, co lekarz „miał na myśli”, wystawiając receptę. To już nie jest tylko problem interpretacji przepisów. To sposób na nastawienie jednych zawodów medycznych przeciwko drugim.

Reakcje farmaceutów pracujących w aptekach były zgodne. Nawet nie próbuję ich cytować, bo żadna redakcja by tego nie opublikowała. Reguły zmieniono w trakcie gry. Pacjenci, którzy przed pojawieniem się pisma częściowo zrealizowali recepty, nagle dowiadują się, że nie mogą kontynuować ich realizacji w dotychczasowy sposób.

Część wraca więc do lekarzy po nowe recepty. Lekarz również zostaje między młotem a kowadłem: przepisał tyle opakowań, ile uznał za potrzebne, a teraz nie wie, czy i jak jego recepta zostanie zrealizowana. Pacjent jest tymczasem najmniej zainteresowany sporem interpretacyjnym. Chce po prostu dostać lek.

Naczelna Izba Aptekarska podtrzymuje swoje dotychczasowe stanowisko, odmienne od interpretacji Ministerstwa Zdrowia, wskazując m.in., że pismo resortu nie zmienia obowiązujących przepisów. NIA zwraca też uwagę, że zgodnie z art. 96a ust. 7ab Prawa farmaceutycznego obliczenia ilości leku przeznaczonego do wydania dokonuje system P1, a nie farmaceuta. Jeśli system nie wyznacza kolejnego terminu realizacji ani nie ogranicza możliwości wydania leku, zdaniem NIA brak jest podstawy prawnej do odmowy realizacji recepty wyłącznie na podstawie odmiennej interpretacji resortu.

I tu dochodzimy do sedna problemu. System P1 jest systemem państwowym. Jeśli nie działa tak, jak powinien, odpowiedzialność za jego funkcjonowanie ponoszą instytucje publiczne. Tymczasem farmaceuta, który realizuje receptę zgodnie z informacją dostępną w tym systemie, zostaje postawiony w sytuacji, w której musi wybierać między interesem pacjenta a obawą przed kontrolą. NIA od lat zwraca uwagę na brak odpowiednich mechanizmów walidacyjnych w P1. To klasyczne: państwo stworzyło problem, a wy za niego zapłacicie.

Od października system ma zostać usprawniony. Jeśli tak się stanie, będzie to tylko potwierdzeniem, że problem rzeczywiście tkwił w rozwiązaniach systemowych, a nie w farmaceutach, którzy próbowali prawidłowo realizować recepty. Do tego czasu pozostaje jednak niepewność. A za niepewność w ochronie zdrowia zawsze płaci pacjent.

Rozwiązanie nie wymaga kolejnych komunikatów ani interpretacji. Potrzebne są jasne, spójne przepisy, sprawnie działający system P1 i zaufanie do profesjonalistów, którzy codziennie pracują z pacjentami. Polska farmacja nie prosi o przywileje. Oczekuje logiki. Pacjent funkcjonuje w systemie, w którym biurokracja może więcej niż farmaceuta stojący przy pierwszym stole. A to nie jest dobra polityka zdrowotna. To polityka, która może szkodzić zdrowiu.

Mariusz Politowicz, członek Naczelnej Rady Aptekarskiej

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 9/2026