Gdy pacjent przychodzi z diagnozą z TikToka

Poppsychologia coraz częściej wchodzi do gabinetów lekarskich. Pacjenci przychodzą nie tylko z objawami, ale z gotowymi diagnozami, językiem klinicznym zaczerpniętym z internetu i oczekiwaniem, że lekarz je potwierdzi.

Fot. magnific.com

Zdrowie psychiczne przestało być tematem tabu, a psychoedukacja w mediach społecznościowych stała się masowa. Wraz z jej popularyzacją pojawiły się jednak poppsychologia i psychowashing – uproszczone, emocjonalne treści udające wiedzę kliniczną. Coraz częściej wpływają one na pracę lekarzy, bo pacjenci oczekują potwierdzenia internetowych narracji.

Psychoterapeutka dr Joanna Gutral zauważa, że psychologia odniosła gigantyczny sukces. – W ciągu sześciu lat liczba studentów psychologii wzrosła o 147 proc. Pojęcia kliniczne weszły do języka codziennego, ale często używamy ich bezkrytycznie. Terminy, takie jak depresja, trauma, regulacja emocji, ADHD czy styl przywiązania, stały się elementem potocznych rozmów – wyjaśnia.

Problem polega na tym, że diagnozy zaczęły pełnić funkcję wyjaśnień i usprawiedliwień. – Ekstrawersja nie tłumaczy zachowania: ona je opisuje. Podobnie diagnozy. Mówienie: „zachowuję się tak, bo mam ADHD” jest błędne klinicznie – dodaje.

Autorzy badania opublikowanego w „PLOS One” przeanalizowali 100 najpopularniejszych filmów na TikToku oznaczonych #ADHD. Mniej niż połowa twierdzeń pokrywała się z kryteriami DSM-5, a analizowane treści miały łącznie prawie pół miliarda wyświetleń. Aż 93,9 proc. filmów nie podawało żadnych źródeł, a tylko 4,1 proc. zawierało zachętę do skontaktowania się ze specjalistą.

W drugiej części badania, obejmującej 843 młodych dorosłych, wykazano, że im częściej oglądali oni treści o ADHD, tym bardziej przeceniali rozpowszechnienie i nasilenie zaburzenia oraz chętniej polecali filmy ocenione przez klinicystów jako nierzetelne.

Pokolenia i autodiagnozy

Dr Gutral zwraca uwagę, że różnice pokoleniowe są widoczne w gabinecie. Pokolenie millenialsów częściej traktuje specjalistę jako autorytet, który „powie im, co mają robić”. Z kolei pokolenie Z, „cyfrowi tubylcy”, przychodzi do gabinetu z większą świadomością, ale nie zawsze z rzetelną wiedzą. Ich podstawowym źródłem informacji jest internet, a ekspozycja na treści dotyczące zdrowia jest ogromna, choć ich rzetelność jest niska: połowa najpopularniejszych filmików na TikToku w tym obszarze zawiera błędne informacje medyczne.

Zdarza się, że pacjent naoglądał się treści o ADHD do tego stopnia, że trudno odróżnić realne objawy od tych wytworzonych pod wpływem internetu. W takich sytuacjach konieczne są dodatkowe źródła informacji, na przykład wywiad z rodziną, bo sam wywiad z pacjentem przestaje być obiektywny.

Wiele popularnych treści o ADHD w mediach społecznościowych działa jak horoskop: operuje ogólnikami, które łatwo dopasować do siebie, niezależnie od rzeczywistego obrazu klinicznego. Algorytmy mediów społecznościowych premiują treści proste, emocjonalne i łatwe do utożsamienia się, dlatego ADHD bywa tam przedstawiane w skrajnych, niezgodnych z kliniczną rzeczywistością narracjach: albo jako „supermoc”, albo jako stan całkowitej bezradności. Tego typu uproszczenia zwiększają zasięgi, ale nie wspierają rzetelnej psychoedukacji.

Inflacja języka

Psychiatra i psychoterapeutka Agnieszka Popiel, dr hab. i prof. Uniwersytetu SWPS, mówi wprost: – Pacjenci używają języka klinicznego w znaczeniu potocznym. Kiedy ktoś mówi „mam depresję”, pierwszym pytaniem powinno być: „co pani/pan przez to rozumie”. Nadużywanie pojęć prowadzi do ich rozcieńczenia – zauważa.

Popiel zwraca uwagę na nowy trend: mikrotraumy – pojęcie popularne w internecie, ale nieistniejące w klasyfikacjach. – W języku potocznym trauma stała się słowem wytrychem. Używa się go na określenie stresu, trudnego dnia, konfliktu, rozczarowania. Tymczasem w psychiatrii trauma ma bardzo precyzyjną definicję, opartą na kryteriach diagnostycznych. Jeżeli każde doświadczenie nazwiemy traumą, to pojęcie traci wartość kliniczną. A to ma realne konsekwencje: pacjent przychodzi z gotową etykietą, która nie opisuje jego stanu, a lekarz musi najpierw „odkręcić” język internetowy, zanim zacznie diagnozować. To spowalnia proces, utrudnia komunikację i może prowadzić do błędnych oczekiwań wobec leczenia – mówi Agnieszka Popiel.

Celebryci i coachowie

Prof. dr hab. Przemysław Bąbel z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego podkreśla, że psychowashing – pseudonaukowe podszywanie się pod psychologię – ma głębokie korzenie. Jego źródłem jest wieloletni brak regulacji, nadzoru i jednolitego systemu kształcenia psychoterapeutów: luka, która pozwala dziś działać zarówno rzetelnym specjalistom, jak i osobom bez przygotowania klinicznego.

– Psychoterapia w Polsce zaczynała się w latach 70. ubiegłego wieku w sposób całkowicie nieuregulowany. Pierwsi terapeuci byli samoukami albo po krótkich kursach, bo nie istniał żaden system szkolenia. Ten brak struktury utrwalił się i dziś prowadzi do sytuacji, w której psychoterapię mogą oferować osoby bez wykształcenia psychologicznego, bez przygotowania klinicznego, a czasem nawet bez jakichkolwiek kursów – dodaje prof. Bąbel.

W przestrzeni publicznej łatwo znaleźć jaskrawe przykłady psychowashingu: celebryckie narracje o „leczeniu” depresji ayahuaską, coachowie ADHD oferujący płatne sesje na podstawie własnej diagnozy czy Play Sand Therapy – praca z niebieską kuwetą i figurkami Playmobil, mimo braku badań potwierdzających skuteczność. Przykłady te pokazują, jak szerokie spektrum obejmuje dziś psychowashing. Jak podkreśla prof. Przemysław Bąbel, przy braku regulacji zjawisko to będzie się rozwijać bez kontroli.

Każdy może być psychoterapeutą

Rynek psychoterapii w Polsce działa dziś w logice wolnoamerykanki: każdy może ogłosić się psychoterapeutą, prowadzić terapię, szkolić innych, a nawet nadawać sobie tytuły, które brzmią profesjonalnie, choć nie mają żadnego umocowania. W takiej rzeczywistości marketing, zasięgi i autopromocja stają się ważniejsze niż kompetencje kliniczne.

Dr Joanna Gutral wskazuje na systemowe luki: psychoterapia powinna być zarezerwowana dla psychologów i psychiatrów. – Nie mamy egzaminów, które weryfikują wiedzę na starcie. Nie mamy jednolitego egzaminu państwowego na koniec edukacji, który gwarantowałby, że ta osoba posiada wszystkie umiejętności niezbędne do świadczenia psychoterapii – mówi.

Zwraca uwagę, że szkoły psychoterapii są prywatne, nie podlegają nadzorowi, a ustawa o zawodzie psychologa nie przewiduje wymogu wykształcenia bazowego. – Dlaczego zawód psychoterapeuty ma w Polsce tak niski próg wejścia? Dlaczego wymagania wobec osób szkolących się do psychoterapii są istotnie niższe niż wobec psychologów czy psychiatrów? I dlaczego opłaty za wieloletnie szkolenia trafiają do prywatnych ośrodków, a nie do systemu publicznego? – pyta dr Gutral.

Terapeutka podkreśla, że filtrowanie treści w sieci jest trudne nawet dla osób świadomych. Najważniejsze kryteria bezpieczeństwa to: weryfikacja tytułów (czy „doktor” oznacza lekarza, czy doktora chemii), sprawdzenie wykształcenia bazowego – psychoterapia powinna być wykonywana przez psychologów i psychiatrów – szkolenia i superwizja, praca w nurcie o potwierdzonej skuteczności (na przykład metody uwzględniane w zaleceniach NICE), a także reakcja na polemikę. Jeśli specjalista każdą krytykę nazywa hejtem, to sygnał ostrzegawczy.

Prof. Agnieszka Popiel opisuje nowy typ pacjentów. – Przychodzą dziś z diagnozami z internetu, często bardzo mocno w nie wierząc – mówi. – Pacjenci nie przychodzą z objawami, tylko z etykietą i oczekują jej potwierdzenia. Lekarz rodzinny musi więc najpierw odkodować, co konkretny pacjent ma na myśli, zanim w ogóle przejdzie do badania.

Jak zauważa psychiatra, część pacjentów walczy o diagnozę ze względu na postrzegane ułatwienia, które – w ich przekonaniu – mogą poprawić ich sytuację w pracy, na uczelni lub w szkole. – W ostateczności trzeba powiedzieć, że w świetle mojego doświadczenia klinicznego nie mogę się pod tym rozpoznaniem podpisać. To trudny moment, bo pacjent często czuje się niezrozumiany albo wręcz odrzucony – podkreśla prof. Popiel.

Korzyści z edukacji

Prof. Popiel podkreśla wartość rzetelnych treści. – Wielu pacjentów trafiło do leczenia, bo usłyszeli w radiu czy podcaście, że ich objawy mogą być związane na przykład z PTSD. Rzetelna psychoedukacja jest potrzebna. Jak dodaje, specjaliści występują w mediach, by dotrzeć do osób, które nie wiedzą, że ich cierpienie ma nazwę i że można je skutecznie leczyć.

– Internet premiuje treści szybkie i emocjonalne. To sprzyja trywializacji cierpienia. Depresja nie jest gorszym dniem, a trauma nie jest metaforą trudnego tygodnia – ostrzega ekspertka. – To jest bardzo niebezpieczne, bo jeśli depresja zaczyna oznaczać zmęczenie, a trauma – każde doświadczenie, to tracimy zdolność rozróżniania realnego cierpienia od codziennych trudności – wyjaśnia Agnieszka Popiel.

I dodaje: – Trywializacja cierpienia jest jednym z najpoważniejszych skutków poppsychologii. Uproszczone treści nie tylko wprowadzają w błąd, ale też banalizują doświadczenia osób naprawdę chorych. Depresja to choroba, która potrafi odebrać zdolność funkcjonowania. PTSD to zaburzenie, które niszczy życie. Jeśli sprowadzimy je do memów i rolek, to odbieramy im powagę, a pacjentom odbieramy szansę na realną pomoc.

Psychowashing za publiczne pieniądze

Popiel zwraca uwagę na pilotaż programu leczenia traumy za 40 mln zł. – Program prowadzono bez jakichkolwiek kryteriów oceny skuteczności, a ośrodki mogły zgłaszać własne pomysły na terapię niezależnie od tego, czy miały one jakiekolwiek podstawy naukowe. W dokumentach pojawiało się nawet stwierdzenie o udokumentowanej skuteczności, której w rzeczywistości nie było. Brak jakichkolwiek odniesień do istniejących od lat badań i analiz agencji HTA dotyczących skuteczności klinicznej i efektywności kosztowej leczenia PTSD w programie finansowanym ze środków publicznych jest co najmniej niepokojący – mówi.

Zdaniem psychiatry państwo nie zapewnia rzetelnej edukacji, nie wyznacza jasnych standardów i nie reguluje zawodu psychoterapeuty. A właśnie od instytucji państwa należałoby się spodziewać rzetelnej edukacji. Największym zagrożeniem jest zalew dezinformacji. Pacjent błądzi między internetem a gabinetem. Państwo powinno być kompasem, a dziś nim nie jest – podsumowuje Popiel.

Sylwia Wamej

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 9/2026