Meczycho

Szukając tytułu kończącego sezon wakacyjny i jednocześnie odsłaniającego teatralny afisz na jesienne wieczory, wahałem ołówkiem nad kartką papieru i długo nie mogłem zdefiniować celu.

Fot. magnific.com

Czy wychylić się w stronę dzieła kontrowersyjnego? A może lepiej posypać głowę popiołem i wbrew sobie pochwalić celebryckie ciuciubabki, promowane przez boty, algorytmy i bajońskie ceny biletów?

Mało kto przyznaje się do kiepskiego wyboru. Inwestowanie musi się przecież zwrócić w towarzyskiej grze: kto dał więcej? Rzednące miny są zatem niedopuszczalne mimo chałturniczej żenady i coraz częściej wypierają je gromkie owacje, sterowane przez odpowiednio zmotywowanych klikierów samozachwytu.

Jak na złość moim wyborom spektakli nie mogę zbyt wiele zarzucić. Wyprawy festiwalowe pod koniec czerwca i lipca były naprawdę udane. Nawet reżyserzy, których wspominam gorzej, w ostatnim czasie dali się nie tylko obronić, ale nawet polubić. Z łatwością mogę odesłać zainteresowanych do kas w Toruniu, Katowicach, Warszawie, Poznaniu, Krakowie i moim rodzinnym mieście.

Korzystając z terminologii piłkarskiego mundialu, pierwszą połowę felietonu przegrałem z kretesem. Jak bowiem mógłbym nie pochwalić brawurowych „Tkoczy” Mai Kleczewskiej z Teatru Śląskiego, prezentującego się podczas Warszawskich Spotkań Teatralnych?

Błędem byłoby pominąć „Księżniczkę na opak wywróconą” Pawła Aignera z toruńskiej sceny Wilama Horzycy, która zachwyciła „Klasyką żywą” Calderona de la Barca w Opolu, świętującym 50-lecie swoich konfrontacji. Jak przejść bez uznania obok wystawień Szekspira na łące w Wilanowie („Wieczór Trzech Króli”), w ogrodach Zamku Królewskiego („Sen nocy letniej”) i walczącego o Złotego Yoricka w Gdańsku „Hamleta” ze stołecznego Teatru Powszechnego?

Tragedia duńskiego królewicza w reżyserii 26-letniego Kamila Białaszka w dwójnasób pokazała potencjał na przyszłość. Chociaż często krytykuję dopisywanie tekstów Mistrzom Dramatu, to tym razem trafnych dopowiedzeń warto było wysłuchać. Dzięki nim dzieło sprzed czterech wieków pokazało pełnię aktualnych problemów wychowawczych i społecznych, z którymi mierzą się nasi pacjenci i my sami.

I tak ze spektaklu na spektakl traciłem nadzieję, że znajdę kozła wrześniowego, którego mógłbym złożyć w ofierze kontekstu. Dobity ostatecznie przez dwie adaptacje „Ubu króla” Alfreda Jarry’ego, jedną z Płocka, a drugą w realizacji połączonych grup CHOREA i Coincidentia, poprosiłem redakcję o dodatkowy czas, mityczną przerwę na nawodnienie i możliwość zmiany strategii publicystycznej. Jak bowiem przyznać wszem i wobec, że świat sztuki sięgnął estetycznego ideału, a rola recenzenta zasługuje na wyrzucenie z boiska, by krytyka nie przeszkadzała zwycięzcom.

Szykując się już do przypieczętowania klęski, wybrałem ostatnią premierę Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi, o którym z takim entuzjazmem pisałem przed urlopem. Niczym bukmacher obstawiłem kolejny sukces. Scenariusz spektaklu „Meczycho” napisał sam Juliusz Machulski, a realizacji podjął się Tomasz Karolak. Gdy więc Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej wypatrywali Hiszpanie, Argentyńczycy, Anglicy i Francuzi, na zastępczej scenie Teatru Powszechnego widzowie niecierpliwie czekali na ewakuację.

Boże mój, jaka to była piękna katastrofa. Poczułem siłę czerwonej kartki w ręku, którą z taką łatwością mogę teraz pomachać. Nikt nie zagrał vabank. Przemieniony w reżysera Ludwik Boski nie zaskoczył ripostą. A mimo to autorzy kłaniali się długo i zabierali głos bez wstydu. Zadowoleni z siebie. Doskonale przygotowani do parowania ciosu i przejścia w tryb autopromocji.

Mój plan się nie powiódł, gdy gromkie brawa wyparły wszelkie wątpliwości, przyłączając zdezorientowanych obrotem sprawy malkontentów do komedii owczego pędu i samozachwytu. W programie znalazłem zdanie Juliusza Machulskiego, które pasuje do artystycznej epikryzy: „Najlepsze komedie mają drugie dno. Zawsze czułem potrzebę, żeby pod komediowym kamuflażem powiedzieć coś więcej…”.

Czy ogólnopolskie meczycho lekarze kontra reszta świata, w którym godzinowe stawki decydują o życiu ludzi, ma drugie dno? Czy politycy zagrają reformą ochrony zdrowia vabank? Czy niedopuszczalne z założenia rzednące miny rozbroić mają rzuty karne?

Czy mimo tezy, że nikt z nami jeszcze nie wygrał, jesteśmy przygotowani na strzał? Kiedy nadejdzie refleksja, że społeczna riposta nie bierze się znikąd i to nie lekarzy oklaskuje publika?

Jarosław Wanecki, pediatra, felietonista

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 9/2026