Lekarze na celowniku
Środowisko lekarskie coraz częściej ma poczucie, że padło ofiarą nagonki. Medialne zarzuty pod adresem pojedynczych osób prowadzą do niesprawiedliwej stygmatyzacji całej, liczącej około 165 tys. osób, grupy wykonujących ten zawód.

Od kilku tygodni z redakcją „Gazety Lekarskiej” kontaktują się lekarze, którzy wskazują na pogorszające się nastawienie do całego personelu medycznego. Zwłaszcza osoby pracujące na szpitalnych oddziałach ratunkowych oraz w placówkach podstawowej opieki zdrowotnej skarżą się, że coraz częściej spotykają się z wyzwiskami, groźbami lub złośliwą krytyką.
I choć, jak mówią, takie sytuacje zdarzały się wcześniej, zjawisko to nasiliło się w ostatnim czasie – a ściślej mówiąc, po opublikowaniu przez portal zero.pl cyklu materiałów dotyczących 28-letniego Dawida Kacprzyka – świeżo upieczonego lekarza, koordynatora SOR w Szpitalu Południowym w Warszawie i polityka związanego z obozem władzy.
Lista zarzutów wobec niego – jak napisał portal tvn24.pl – była niczym „dobry cios bokserski na korpus”, wydaje się jednak, że opinię publiczną najbardziej kłuje w oczy spektakularny wzrost jego zarobków: z około 7 tys. zł miesięcznie w 2023 r., wliczając w to stypendium naukowe, do prawie 1,6 mln zł za 2025 r. Tym bardziej że przynajmniej częściowo kwota ta została uzyskana w wątpliwy sposób – kiedy sprawa wyszła na jaw, doszło do próby zwrotu 0,5 mln zł na konto Szpitala Południowego.
Afera Kacprzyka wybuchła pod koniec kalendarzowej wiosny, a media wciąż nią żyją, mimo że mamy początek jesieni. Co chwilę na jaw wychodzą doniesienia o nieprawidłowościach w kolejnych placówkach – część z nich jest przypisywana lekarzom. Jeden przypadek ze średniej wielkości szpitala wywołał jednak lawinę oskarżeń uderzających we wszystkich noszących biały fartuch od Trójmiasta po Zakopane.
„Kto ma rozwiązać ten problem?”
„Drodzy lekarze! Czy jest jakieś sk…stwo, którego byście nie zrobili dla pieniędzy?” – w ten sposób na początku września poseł Anna Maria Żukowska skomentowała w portalu X doniesienia portalu zero.pl o „papierowych zawałach” w szpitalu w Nowej Soli (w jej wpisie przekleństwo nie zostało bynajmniej wykropkowane).
Szybko wywiązała się internetowa dyskusja między panią poseł a Jakubem Kosikowskim, do niedawna rzecznikiem Naczelnej Izby Lekarskiej (aby nie zostać posądzonym o wyrywanie zdań z kontekstu, zastrzegam, że nieznacznie ją skróciłem):
Kosikowski: „Pytanie do Pani Poseł brzmi – dlaczego nikt tego nie ściga?”
Żukowska: „Ściga NFZ i, niebawem, prokuratura. Problem w tym, że NFZ ma zbyt mało kontrolerów. Ale przy tej skali deficytu funduszu każdy jego szef będzie się bał opinii publicznej, jeżeli przekaże więcej środków na urzędnicze etaty, kosztem środków na procedury”.
Kosikowski: „No ale to kto ma rozwiązać ten problem?”
Żukowska: „No, kto?”
Kosikowski: „No nie wiem, rządzący?”
Żukowska: „A nie lekarze? Problem wszak dotyczy środowiska lekarskiego. Które akurat wśród rządzących każdej opcji ma głęboko zapuszczone korzenie”.
Krótkie wyjaśnienie dla niezorientowanych w meandrach wielkiej polityki: autorka tych słów to przedstawicielka Nowej Lewicy – partii współtworzącej obecny rząd. Politycy tego ugrupowania są członkami Rady Ministrów, czyli naczelnego organu władzy wykonawczej, który prowadzi politykę wewnętrzną państwa, jeden z liderów Nowej Lewicy jest wicepremierem, a przewodniczący piastuje drugie najważniejsze stanowisko w naszym państwie – marszałka Sejmu.
– Mamy problem z podejściem lekarzy do ich zawodu. Kiedyś uważano, że to zawód z misją i pełnią go ludzie przekonani co do tego, że ich powołaniem jest ratowanie ludzkiego zdrowia i życia, a w ostatnich latach w wielu przypadkach lekarze przemienili się w bezwzględnych biznesmenów – powiedziała Anna Maria Żukowska, zapytana przez Wirtualną Polskę o to, czy podtrzymuje swoje słowa.
Odpowiedzialność zbiorowa
Lekarze zgłaszający się do naszej redakcji nie usprawiedliwiają nadużyć ujawnianych w mediach – bo że takowe się zdarzają, chyba nikt nie ma wątpliwości. Podkreślają jednak, że zamiast dyskutować o konkretnych przypadkach, w debacie publicznej stosuje się odpowiedzialność zbiorową wobec całego środowiska. A przecież – jak sami mówią – oni pracują uczciwie i „nie za miliony”.
Mówią też, że klimat „pokaż, lekarzu, co masz w garażu” powrócił ze zdwojoną siłą, a wysokość zarobków jest często wyrywana z kontekstu – kwoty podaje się w oderwaniu od liczby godzin, wykonanych procedur oraz ogromnych kosztów osobistych. Wielu lekarzy pracuje grubo ponad 40 godzin tygodniowo po prostu dlatego, że nie chcą zostawić pacjentów bez opieki.
Nasi rozmówcy zwracają uwagę, że cała grupa obrywa za wieloletnie zaniedbania systemowe. Przecież to nie lekarze tworzą kluczowe reguły gry w ochronie zdrowia – odpowiadają za nie politycy. Część decyzji podejmują zaś urzędnicy, którzy zawdzięczają posady koneksjom partyjnym. Lekarze są zbulwersowani, że zrobiono z nich „twarz” wadliwie działającego systemu, w którym pracują, ale również są jego ofiarami, a w dyskusjach publicznych nierzadko to właśnie im przypisuje się rolę „głównego hamulcowego” reform.
– To przede wszystkim nas pacjenci obarczają winą za długie kolejki i brak szybkich terminów przyjęć. Rzadko mają o to pretensje do rządu, Ministerstwa Zdrowia, Narodowego Funduszu Zdrowia czy dyrekcji szpitala. Głównym wrogiem staje się lekarz, do którego nie mogą się szybko dostać, ale to nie my zaprojektowaliśmy ten system – stwierdza jeden z lekarzy.
„Znajdziemy cię, konowale”
Szczególnie niepokoi zacierająca się granica między krytyką a hejtem. Jest to widoczne w niektórych komentarzach pod artykułami w internecie oraz w mediach społecznościowych. Czasami pojawiają się też bezpośrednie groźby, takie jak: „znajdziemy cię, konowale”, „pożałujesz tego”, „wiemy, jakim autem jeździsz”, „dowiem się, gdzie mieszkasz”.
Niektórzy lekarze boją się, że wirtualny lincz może stanowić preludium do czegoś znacznie gorszego – że padną ofiarą agresji fizycznej w gabinecie, przed wejściem do szpitala albo podczas robienia zakupów czy spaceru z dziećmi, bo przecież nie są osobami anonimowymi. Ataki na medyków zdarzają się od dawna w różnych częściach kraju – w grę wchodziły już nie tylko pięści, ale i noże.
– Rozumiem, że w obliczu strachu o życie własne lub bliskich czasami emocje biorą górę, ale bólu i bezsilności spowodowanej chorobą nie można wyładowywać na tych, którzy leczą i których praca polega na pomaganiu innym. Ja też jestem człowiekiem. Na swoje nazwisko pracowałam latami ciężkiej pracy – powiedziała jedna z lekarek, prosząc o poruszenie tego tematu, „zanim dojdzie do jakiejś tragedii”. – Unikam oglądania serwisów informacyjnych, bo od kilku miesięcy trwa seans nienawiści wymierzony w naszą grupę zawodową. Kwot, o których się tam mówi, nigdy nie widziałam na oczy – dodała.
Lustracja zarobków
Od wybuchu afery Kacprzyka nie było chyba tygodnia, w którym w znanej telewizji, poczytnej gazecie czy jednym z najważniejszych portali internetowych nie pojawiłaby się podana w sensacyjnym tonie informacja o siedmiocyfrowych zarobkach w skali roku, które zdarzają się w publicznych placówkach ochrony zdrowia, mimo że nierzadko toną one w długach. Takie doniesienia serwują też media lokalne. Sęk w tym, że wynagrodzenia przekraczające 1 mln zł rocznie to nie jest norma.
– Z naszych danych wynika, że niewiele ponad 1 proc., czyli około 560 osób, zarabia ponad 100 tys. zł miesięcznie – powiedział w czerwcu portalowi rynekzdrowia.pl Daniel Rutkowski, prezes Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, czyli rządowej instytucji opiniodawczo-doradczej, nadzorowanej przez ministra zdrowia. Na pytanie, czy to oznacza, że około pół tysiąca lekarzy zarabia ponad 1 mln zł rocznie w jednym miejscu pracy, doprecyzował: – 1,5 proc. lekarzy w jednym miejscu pracy ma zarobki w tym przedziale.
Daniel Rutkowski zastrzegł, że AOTMiT nie dysponuje danymi o łącznych zarobkach konkretnych lekarzy, lecz o pojedynczych umowach czy wynagrodzeniach, ale dzięki zbiórce danych w oparciu o numer PESEL da się sprawdzić, ile realnie zarabiają, jeśli pracują w kilku miejscach. – Nie jestem zwolennikiem wprowadzenia mechanizmów ograniczających wynagrodzenie dla wszystkich lekarzy. Przecież zdecydowana większość z nich aż tyle nie zarabia – dodał szef Agencji, odnosząc się do najbardziej spektakularnych kwot podawanych przez media.
Wydaje się, że wcześniejsze szacunki dotyczące liczby lekarzy zarabiających ponad 1 mln zł rocznie były znacznie zaniżone. Potwierdzają to m.in. dane Sieci Obywatelskiej Watchdog. Co więcej, od kilku tygodni wysokość kontraktów i umów cywilnoprawnych zawieranych z lekarzami przez placówki ochrony zdrowia jest jawna – informacje te trafiają do Centralnego Rejestru Umów Jednostek Sektora Finansów Publicznych. Nie zawiera on jednak danych pochodzących z publicznych szpitali działających w formie spółek i nie znajdziemy w nim żadnych umów o pracę.
Między narracją a faktami
– Od kilku tygodni spotykamy się z hejtem, który niszczy zaufanie i nie rozwiązuje żadnego problemu w systemie ochrony zdrowia. Narracja o lekarzach milionerach nie ma nic wspólnego z realiami pracy w szpitalach klinicznych, gdzie wielu specjalistów pracuje za 80–90 zł brutto za godzinę – powiedział dr n. med. Andrzej Kot, skarbnik Okręgowej Rady Lekarskiej w Lublinie, podczas niedawnego spotkania z dziennikarzami w Naczelnej Izbie Lekarskiej.
Andrzej Kot zwrócił też uwagę na to, co zwykle pomijają osoby wytykające niebotyczne zarobki wąskiej grupie lekarzy – ustawowa siatka płac minimalnych w ochronie zdrowia nie w każdym przypadku faworyzuje to środowisko. – Dziś pielęgniarka z wyższym wykształceniem i specjalizacją zarabia więcej niż lekarz bez specjalizacji. To nie jest proporcjonalne do odpowiedzialności i zakresu obowiązków – podkreślił skarbnik ORL w Lublinie.
Chodzi o to, że od 1 lipca 2026 r. minimalne wynagrodzenie pielęgniarki lub położnej z tytułem magistra i specjalizacją wynosi dokładnie 11 485,59 zł brutto (jest to wzrost o 931,17 zł), podczas gdy lekarza lub lekarza dentysty bez specjalizacji – 10 595,24 zł brutto (wzrost o 858,99 zł).
„Do jednego worka”
– Mam dość wrzucania wszystkich lekarzy do jednego worka – powiedziała Grażyna Kubat, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, podczas posiedzenia Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia, które odbyło się 15 września. Poświęcono je m.in. przygotowaniom do zbiórki danych o wynagrodzeniach. – Skończmy tę nagonkę na lekarzy, bo nie jest tak, że wszyscy widzą tylko pieniądze. Nagonka powoduje tylko agresję, a to może skutkować odchodzeniem do sektora prywatnego – dodała szefowa OZZL.
Z informacji przedstawionych członkom zespołu wynika, że do końca listopada placówki ochrony zdrowia mają przekazać szczegółowe informacje o wynagrodzeniach pracowników, co pozwoli połączyć dochody z różnych miejsc pracy i form zatrudnienia. To pokłosie wejścia w życie kilka tygodni temu ustawy umożliwiającej AOTMiT gromadzenie tych informacji w powiązaniu z numerem PESEL i numerem prawa wykonywania zawodu. Pierwsze wnioski mamy poznać w styczniu 2027 r.
Samorząd lekarski od początku sprzeciwiał się tym przepisom z uwagi na zagrożenie dla prywatności i obawy o wyciek danych wrażliwych. Pojawiały się też liczne opinie, że „ustawa PESEL-owa” to element budowania negatywnego wizerunku całego środowiska – bat na lekarzy – odwracający uwagę od istoty kryzysu w ochronie zdrowia. Bo tego, że mamy z nim do czynienia, chyba nikt nie neguje – w odmienny sposób są jednak postrzegane jego przyczyny.
Co jest źródłem patologii
Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej dr n. med. Łukasz Jankowski podkreśla, że dyskusja o problemach w ochronie zdrowia jest konieczna, ale jednocześnie apeluje o niezrzucanie winy za wszelkie niedomagania na personel medyczny. A niektórzy tak robią, sugerując, że system kuleje z powodu pazerności lekarzy, bo ich oczekiwania finansowe ciągną placówki na dno.
– Cała patologia kominów płacowych wzięła się ze złej wyceny procedur. Trochę tak, jakbyśmy mieli za złe lekarzom, że pracują i wykonują dużo procedur. Na tym dotychczas zyskiwali wszyscy: szpitale, pacjenci i lekarze – mówił prezes Łukasz Jankowski portalowi wp.pl.
Dodał jednak, że duże rozwarstwienie jest faktem i powinno ulec zmianie: – Prosimy rząd o zmiany: tam, gdzie procedury są przeszacowane, należy je zmniejszyć, a tam, gdzie niedoszacowane – zwiększyć.
– Potrzebna jest reforma, której pierwszym, choć oczywiście niejedynym, elementem będzie zmiana wycen świadczeń. To ułatwi odejście od podziału na pacjentów „opłacalnych” i „nieopłacalnych”. Kominy płacowe powstały w związku z przeszacowaniem niektórych procedur. Zdarza się, że placówki konkurują między sobą o lekarzy, zwłaszcza w najbardziej deficytowych specjalizacjach, oferując coraz wyższe wynagrodzenia – podkreśla dr n. med. Klaudiusz Komor, wiceprezes NRL.
Grzech pierworodny
Eksperci od dawna wskazują, że oderwana od realiów rynkowych wycena świadczeń to jeden z kluczowych problemów ochrony zdrowia o charakterze systemowym. Bez zajęcia się tą kwestią wszelkie próby skracania kolejek są skazane na porażkę. Obecnie wiele wycen ma się nijak do rzeczywistych wydatków ponoszonych przez placówki, w tym kosztów pracy i materiałów. Ich urealnienie m.in. poprawiłoby efektywność opieki medycznej.
„Brak właściwej wyceny świadczeń w największym stopniu odpowiada z jednej strony za zadłużenie placówek ochrony zdrowia, a z drugiej za tzw. kominy płacowe, na które nie powinno być miejsca w systemie finansowanym ze środków publicznych” – czytamy w stanowisku Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej w sprawie projektu ustawy o zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz niektórych innych ustaw, podjętym w sierpniu 2026 r. Planowane przepisy to bezpośrednia reakcja rządu na aferę Kacprzyka.
W stanowisku zaznaczono również, że projekt nie zawiera mapy drogowej zmian wysokości świadczeń. „Samo przyznanie prezesowi AOTMiT uprawnienia do wszczynania procedury zmiany taryfy jest niewystarczające, bo nie wiadomo, czy i kiedy z niego skorzysta, pewnie tylko w sytuacji, gdy taryfa jest zawyżona, natomiast nie skorzysta, gdy taryfa jest za niska” – podkreślono.
„Nie szukajcie konfrontacji”
Na temat wycen samorząd lekarski od dawna chce rozmawiać z decydentami, ale obecnie to głos wołającego na puszczy. Od miesięcy władze NIL proszą też o spotkanie z premierem Donaldem Tuskiem poświęcone reformie systemu ochrony zdrowia – takiej z prawdziwego zdarzenia.
Na początku lipca szef rządu na konferencji prasowej poświęconej szokującym doniesieniom w sprawie Szpitala Południowego zaapelował do całego środowiska lekarskiego, w tym do władz samorządu, o współpracę na rzecz naprawy ochrony zdrowia. – Zwracam się do izby, żebyście pomogli naprawić ten stan rzeczy, a nie szukali konfrontacji – podkreślił Donald Tusk.
Jeszcze tego samego dnia prezes NRL Łukasz Jankowski zadeklarował pełną gotowość do współpracy. W piśmie do szefa rządu wskazał – jako trzy filary koniecznych zmian – nie tylko urealnienie wycen procedur medycznych, ale również odpolitycznienie ochrony zdrowia i wprowadzenie limitów czasu pracy personelu medycznego maksymalnie do 78 godzin na tydzień – niezależnie od formy zatrudnienia.
Legitymacja partyjna najważniejsza
W ostatnich tygodniach prezes NRL wielokrotnie mówił o gotowości środowiska do zmian, których lekarze często sami domagają się od wielu lat. – Nikt nie obroni lekarzy milionerów, którzy wyłudzają pieniądze z Narodowego Funduszu Zdrowia. Nikt nie obroni dzisiaj tych lekarzy, którzy pracują w trzech miejscach naraz i to wykazują, i nikt tych patologii bronić nie chce, ale rozwiązanie nie może być gorsze niż choroba – powiedział Łukasz Jankowski na początku września podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu w rozmowie z „Menedżerem Zdrowia”.
W podobnym duchu wypowiadają się inni przedstawiciele samorządu. Jakub Kosikowski przyznaje, że „przez czarne owce” całe środowisko ma zszarganą opinię, ponieważ bywa teraz postrzegane jako „milionerzy oszuści”.
Zdaniem Łukasza Jankowskiego sytuacja, w której w jednym oddziale ktoś zarabia 11 tys. zł brutto, a w drugim 300 tys. zł brutto miesięcznie, jest oceniana jako niesprawiedliwa przez samo środowisko. – To rozwarstwienie jest demoralizujące, demotywujące dla młodych lekarzy do nauki, do rozwoju na tych oddziałach, gdzie procedury są źle wycenione – powiedział na antenie radiowej Trójki.
Łukasz Jankowski dodał, że za patologie wypływające w ostatnim czasie na wierzch odpowiadają nie tylko politycy na najwyższym szczeblu, ale również działacze lokalni, którzy nierzadko traktują szpitale jako „łup polityczny”. W wielu powiatach placówki te są największymi zakładami pracy. Kiedy lokalni notable decydują o obsadzie ważnych stanowisk, także w obszarze ochrony zdrowia, kluczowe znaczenie ma legitymacja partyjna.
– Gdyby radny Kacprzyk nie miał pleców politycznych, nie był radnym Platformy Obywatelskiej albo jakiegokolwiek innego klubu, to będąc rezydentem drugiego roku, nie zarobiłby miliona sześciuset tysięcy złotych i nie jeździłby Porsche Panamera, bo to jest po prostu fizycznie niemożliwe – mówił szef samorządu lekarskiego.
Mariusz Tomczak
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 10/2026