La Paz. Życie ponad chmurami (foto)
Na boliwijskim Altiplano oddech staje się krótszy, poranki lodowate, a widoki – trudne do opisania słowami. Z Peru do Boliwii prowadzi droga przez ślady preinkaskiej cywilizacji, najwyżej położoną stolicę świata, księżycowe krajobrazy i błękitne wody Titicaca. To wyprawa, w której historia splata się z codziennością, a zachwyt nad krajobrazem przychodzi czasem razem z zadyszką.








Granicę peruwiańsko-boliwijską przekroczyliśmy na pieszo. Biuro turystyczne poprosiło uczestników wycieczki o zabranie ze sobą tylko bagażu podręcznego. Musiały się w nim znaleźć rzeczy na ciepłe dni i mroźne poranki. Dobowe różnice temperatur wynoszą na płaskowyżu Altiplano kilkadziesiąt stopni.
Średnia wysokość „dachu Ameryki” to cztery tysiące metrów nad poziomem morza, co także przekłada się na wydolność podczas zwiedzania. W równej mierze dech zapierają jednak krajobrazy. Spojrzeń w górę i w dół nie zastąpi wówczas żadna fotografia, a westchnienia – ach! i och! – nie są przetłumaczalne na język relacji z dalekiej podnóży.
Cienie przeszłości
Ślady najstarszych osiedli w Boliwii sięgają dwunastu stuleci przed naszą erą. Wyprawa na stanowisko archeologiczne Tiwanaku udowadnia przede wszystkim, że kultura Indian Ajmara mimo stopniowej kolonizacji przez Inków przetrwała w obrzędach i słowach aż do współczesności. Nie przeszkodzili w tym nawet hiszpańscy konkwistadorzy, którzy rozpoczęli podbój Górnego Peru w pierwszej połowie XVI wieku.
Srebro stało się ich głównym łupem, a koszty jego wydobycia ponieśli rdzenni mieszkańcy, siłą i podstępem przymuszani do pracy w kopalniach.
Wyzwolenie, będące skutkiem walk o niepodległość krajów Ameryki Południowej, przyniósł Simón Bolívar, autor konstytucji republiki, która przyjęła jego nazwisko. Od tamtej pory minęło dwieście lat przeplatanych wewnętrznymi konfliktami zbrojnymi, utratą części obszarów na rzecz sąsiednich państw, przegraną z Chile w wojnie o Pacyfik, która toczyła się o dostęp do oceanu, rewolucjami i puczami wojskowymi, które pogłębiały kryzysy gospodarcze.
Kolejny impas spowodowany cięciami subsydiów paliwowych i długimi kolejkami ciężarówek do stacji benzynowych, a wcześniej paraliżem dróg blokowanych przez protestujących, był przyczynkiem majowo-czerwcowych ostrzeżeń polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, żeby z boliwijskiego kierunku zrezygnować. Takie komunikaty rodzą lęki, ale na szczęście nie przełożyły się one na jakąkolwiek niedogodność w planowej realizacji programu wycieczki, która pierwsza po wprowadzeniu stanu wyjątkowego przekroczyła granicę w Desaguadero.
Brama słońca
Wyboisty trakt prowadzi do najwyżej położonej stolicy świata, ale część biur turystycznych kończy boliwijski etap w Tiwanaku i wraca do Peru. Niezaprzeczalnym faktem jest, że polityczno-religijny ośrodek kultury andyjskiej to bardzo ciekawy zbiór ruin preinkaskich, bez którego zrozumienie regionu byłoby trudne. Chodząc po wysokiej platformie świątynnej, obudowanej murami z potężnych kamieni, można wysłuchać zaangażowanych wywodów o przesileniach wyznaczanych przez Słońce, którego kult wypada 21 czerwca.
Wtedy właśnie wokół Puerta del Sol rozpoczyna się świętowanie nowego roku Ajmara, podczas którego przeszłość wita przyszłość, a stoły ofiarne uginają się pod ciężarem rytualnie składanych produktów Matki Ziemi (la Pachamama): liści koki, alkoholu i słodyczy.
Kiedy pozostawiamy za plecami piramidę Akapana i platformę Kalasasaya, w pamięci zostaje jeszcze inna świątynia, na której mały plac prowadzi kilka drewnianych stopni. W kwadracie otoczonym murem uwagę przykuwają kamienne głowy i pilnujący spokoju dusz brodaty obelisk. Podobnie jak wcześniej mijane monolity przedstawia on mężczyznę, ale w porównaniu z nimi jego rysy zachowały się najsłabiej. Mimo erozji i zmieniających się pór roku stoi na straży astralnego porządku rzeczy.
Miasto pokoju
La Paz razem z przedmieściami El Alto liczy ponad trzy miliony mieszkańców, którzy postanowili zabudować domostwami głęboki krater Andów. Różnica wysokości w pionie między najwyżej i najniżej położonymi dzielnicami wynosi kilometr! Niezwykłe panoramy miasta można oglądać z punktów widokowych, wśród których najbardziej oblegany jest Mirador Killi Killi.
Atrakcją, której nie można przegapić, jest także przejażdżka gondolową kolejką Mi Teleférico. Jej tęczowa sieć, włączona do systemu komunikacji publicznej, pozwala na sprawne przemieszczanie się tubylców i turystów, odsłaniając kaskadowo posadowione na zboczach gór osiedla z czerwonej cegły. Nad południowym horyzontem dominuje ośnieżony szczyt Illimani.
Wraz z zachodem lipcowego słońca gwałtownie spada temperatura. Nie powinny zatem dziwić zamarznięte o poranku kałuże i okutani w regionalne stroje sprzedawcy pamiątek, zamykający o zmroku swoje stragany i sklepiki na Targu Czarownic. Mercado La Hechiceria to sieć uliczek, w których chętni odnajdą afrodyzjaki, talizmany, amulety, ziołowe lekarstwa, biżuterię, wełniane szale z alpaki i ofiarne płody lam.
Stąd już tylko kilka kroków dalej znajduje się gwarna Plaza Mayor de San Francisco z bazyliką w stylu andyjskiego baroku, której bogate wyposażenie warte jest cierpliwości, gdy nie sposób się dowiedzieć, kiedy jej drzwi zostaną otwarte.
Znacznie łatwiej wejść do katedry Metropolitana Nuestra Señora de La Paz (Matki Boskiej Pokoju), której miasto zawdzięcza swoją nazwę. Rozciągający się przed nią plac z pomnikiem boliwijskiego działacza niepodległościowego Pedra Dominga Murilla zabudowano Pałacem Prezydenckim i siedzibą Kongresu. Za nimi postawiono wieżowce ze szkła i betonu z biurami administracji państwowej. Architektoniczny nietakt ma pewną zaletę. Industrialne projekty są zakończone, znacząco różniąc się od budynków mieszkalnych w pozostałych częściach stolicy i kraju.
Spacer na dnie
Na samym dole wysokiej kotliny wytyczono reprezentacyjną arterię miasta. El Prado jest aleją wysadzaną drzewami, która na dość długim odcinku staje się także deptakiem usytuowanym pomiędzy zatłoczonymi ulicami. Po minięciu pomników Bolívara i Kolumba można przysiąść na ławce przy fontannach i choć na chwilę zwolnić marszrutę.
Jeszcze lepiej nadają się do tego wąskie przesmyki starówki, wyłączone z ruchu kołowego, wśród których najbardziej znana i fotogeniczna jest ulica Jaén, nazywana w czasach kolonialnych targiem lam. Na jej końcu mieści się galeria malarska Roberta Mamaniego, który chętnie podpisuje swoje prace, portretuje gości i pozuje do zdjęć. Ajmarski artysta jaskrawymi kolorami zaprasza w świat andyjskiej kultury, której fragment, niczym słońce i księżyc oprawione w kartonowe passe-partout, można zabrać do domu, by sycić nimi oczy w zimowe wieczory.
Księżycowy pył
Valle de la Luna to dolina słynąca ze sterczących formacji skalnych. Przewodnicy opowiadają tutaj o dwóch odwiedzinach Neila Armstronga, który przed lotem na Księżyc wieszczył, że kratery, rowy, iglice i jaskinie pustyni stalagmitów będą wyglądały podobnie na naturalnym satelicie Ziemi.
Po zakończeniu misji Apollo 11 i wielkim skoku ludzkości astronauta wrócił do La Paz, by wycofać się z wcześniejszego porównania. Władze nie chciały jednak zrezygnować z doskonałej reklamy i mimo że Boliwijczycy czczą w dolinie dusze zmarłych, księżycowe pejzaże przyciągają turystów z całego świata (fotografujących się na tle białych kominów z gliny i piasku).
Patrząc na jezioro
Figurka Matki Boskiej z Copacabany została wyrzeźbiona w ciemnym drewnie przez Francisca Tito Yupanqui. Boliwijska Czarna Madonna, ubrana w strój inkaskiej księżniczki, przyciąga do lśniącej bielą katedry z zielono-brązowymi płytkami na kopułach i szczytach tysiące pielgrzymów. Górzyste miasteczko jest ulokowane na amfiteatralnie opadającym brzegu jeziora Titicaca, nazywanego andyjskim morzem.
Ten śródgórski akwen, położony w zagłębieniu Altiplano, Boliwia dzieli z sąsiadującym Peru. Połączone ośmiusetmetrową cieśniną części Lago Huinaymarca i Lago Chucuito są największym wysokogórskim i żeglownym jeziorem na Ziemi.
Opiekująca się nim Dziewica z Copacabany tylko podczas mszy świętych patrzy w kierunku wiernych. W pozostałym czasie odwracana jest w stronę jeziora Titicaca, do którego wpływa 25 rzek, ale wypływa tylko Desaguadero i 320 kilometrów dalej łączy się z bezodpływowym jeziorem Poopó.
Pomiędzy oddechem a śniegiem
Przeprawiając się motorówką przez cieśninę Tiquina między brzegami San Pablo i San Pedro, przypominałem sobie przebój Agnieszki Osieckiej i Seweryna Krajewskiego, w którego tekście przemija zima w La Paz. Na krańcu Ameryki Południowej zrozumiałem słowa o upływającym czasie w zdumieniu i oczach gwiazd.
Wyprawa do Boliwii z podręcznym bagażem, lodowatym pokojem w hotelu, kojącymi widokami bezkresnej równiny, herbatą z liści koki i błękitną tonią jeziora w kształcie polującej pumy dobiegała końca. Na przekór intencji smutnej piosenki sprzed lat pomiędzy zadyszką i biegiem znalazłem w dalekiej podróży wytchnienie i zadumę jak baśniowy sen.
Jarosław Wanecki
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 9/2026