Piotr Kościelniak: Manifest mięsożercy
W powodzi naprawdę istotnych spraw dotyczących zdrowia wybiła się w mediach jedna – i to wcale nie najważniejsza. Chodzi o forsowaną przez minister edukacji zmianę żywienia w polskich szkołach, szerzej znaną jako dieta planetarna.

W skrócie: dzieci będą dostawać mięso najwyżej dwa razy w tygodniu (ale musi być roślinna alternatywa), a potrawy wyłącznie roślinne – co najmniej raz w tygodniu. W pozostałe dni – ponieważ mięsa nie wolno – posiłki oczywiście będą wegetariańskie. To zatem dieta roślinna z okazjonalnym udziałem produktów odzwierzęcych.
A że rozwijające się organizmy potrzebują tychże produktów odzwierzęcych? Drobiazg. To wszak dieta „planetarna” – jej celem jest ratowanie planety. Przedstawiona przez „Lancet” w 2019 r. ma trzy cele: wyżywienie rosnącej globalnej populacji, zmniejszenie liczby zgonów spowodowanych niewłaściwą dietą i zmniejszenie wpływu produkcji żywności na środowisko.
Jak to działa w praktyce? Mam informacje z pierwszej ręki: dzieci nie lubią kaszy z warzywami i strączkami i w związku z tym ich po prostu nie jedzą. „Kotlety” roślinne i „zdrowe” sosy na ryżu z brokułami im nie smakują. Ze szkoły wychodzą głodne, po drodze do domu zaglądają do sklepu z płazem i kupują sobie hot doga albo batonik. Rodzice zaś dokonują ekwilibrystycznych zabiegów, aby za szkolne obiady bez mięsa nie płacić – skoro ich pociechy i tak tych pyszności nie jedzą.
Nieskomplikowane z pozoru wyzwanie umożliwienia dzieciom wyboru, czy chcą jeść mięso, czy może planetarną fasolę, przerosło możliwości rządzących.
Słuszny postulat wprowadzenia zdrowych posiłków w szkołach zwyrodniał i przypomina to, co stało się z edukacją zdrowotną (z częścią o seksie). Spór o kotleta stał się sporem politycznym, angażującym panie minister i byłych premierów. Obie strony sięgają po górnolotne argumenty dotyczące z jednej strony polskiej tradycji, a z drugiej – ekologicznej świadomości. Zdrowe żywienie dzieci jakoś w tym wszystkim umyka.
Oliwy do ideologicznego ognia dolała aktywistka Sylwia Spurek, która ogłosiła, że wprowadzenie diety planetarnej do szkół to jej osobisty sukces. I że wdrażany właśnie w szkołach eksperyment to plan jej fundacji, która na swojej stronie chwali się: „Roślinna szkoła – nasza wygrana”. A sama Spurek w jednym z najpopularniejszych portali internetowych pyta: „Kiedy kotlet schabowy stał się prawem człowieka”.
Mógłbym pani Spurek odpowiedzieć, że schabowy wprawdzie nie jest prawem człowieka, ale decyzja, co sobie kładziemy na talerz – już tak. I że dotyczy to zarówno wegan, jak i wszystkożerców. Mógłbym, ale lepiej pasują tu słowa słynnego kucharza, restauratora i krytyka kulinarnego Anthony’ego Bourdaina: „Bycie weganinem to całkowicie samolubny fenomen krajów pierwszego świata. Wegetarianie i ich przypominająca Hezbollah frakcja – weganie są wrogami wszystkiego, co dobre i przyzwoite w ludzkiej naturze”.
Piotr Kościelniak
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 10/2026