Przedsiębiorcy śmierci. Sprzedają „terapie”, suplementy i obietnice

Nie mają dyplomów, ale mają milionowe zasięgi. Nie prowadzą badań, ale sprzedają „terapie”, suplementy i obietnice wyzdrowienia. Współczesna pseudomedycyna przestała być marginesem internetu – stała się dochodowym przemysłem, który żeruje na lęku, nieufności i desperacji pacjentów.

Fot. shutterstock.com

W latach 2020–2022 dezinformacja medyczna eksplodowała. Ale dopiero po pandemii stała się zorganizowanym przemysłem, który działa szybciej niż system ochrony zdrowia i instytucje państwa. Według analizy Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu i Mediaboard tylko od stycznia 2025 r. do maja 2026 r.

W polskim internecie pojawiło się blisko 380 tys. publikacji szerzących fałszywe treści zdrowotne. Z tego 347 tys. W social mediach, a 32 tys. W mediach tradycyjnych. To nie są pojedyncze wpisy. To masowa produkcja treści, która działa jak marketing: powtarzalne narracje, te same hasła i te same emocje.

Masowa produkcja narracji

Największe zasięgi mają trzy obszary. Antyszczepionkowe to 54 proc. treści. Dlaczego aż tyle? Bo to najbardziej emocjonalny i najbardziej polaryzujący segment. Treści antyszczepionkowe działają jak gotowy pakiet marketingowy: mają wroga (Big Pharma, system, lekarze), bohatera (rodzic, który „chroni dziecko”), prosty przekaz („szczepionki szkodzą”) oraz wysoką klikalność, bo przecież strach i oburzenie są najbardziej angażującymi emocjami w social mediach.

Algorytmy platform premiują treści, które wywołują silne reakcje. A nic nie wywołuje ich tak skutecznie jak narracje o zagrożeniu życia dzieci. Dlatego każdy materiał antyszczepionkowy jest natychmiast powielany, remiksowany, skracany do instagramowych rolek, przerabiany na memy. To samopodtrzymujący się ekosystem, który nie potrzebuje dowodów: potrzebuje emocji. Z kolei żywienie i „naturalne leczenie” to obszar, który generuje największe pieniądze. Dlatego pseudomedycyna inwestuje w niego najwięcej energii.

Mechanizm jest prosty: najpierw pojawia się treść: „lekarze nie chcą, żebyś wiedział…”. Potem „odkrycie”: dieta, zioło, suplement, rytuał. Na końcu: produkt: e-book, kurs, suplement, konsultacja. To segment, który działa jak klasyczny lejek sprzedażowy. Treści są powtarzalne, bo muszą być: „cukier to trucizna”, „rak żywi się tym, co jesz”, „detoks usuwa toksyny” „witaminy leczą wszystko”.

To nie przypadek, że w tej kategorii dominują influencerzy lifestyle’owi i celebryci. To oni mają najbardziej podatną publiczność: osoby szukające prostych rozwiązań, szybkich efektów i naturalnych metod. Ostatni obszar z największymi zasięgami to technologie i środowisko.

Celebryckie mądrości

W maju 2025 r. Dorota Doda Rabczewska zaczęła promować suplementy, które miały „pomagać na Hashimoto”. Mechanizm był klasyczny: najpierw sugestia „odkrycia”, a potem produkt. Problem w tym, że suplementy nie leczą Hashimoto, a ich reklamowanie w taki sposób może wprowadzać wielu pacjentów w błąd. Sprawa trafiła do prokuratury, bo wątpliwości dotyczyły zarówno skuteczności, jak i bezpieczeństwa preparatów. To przykład, jak celebrycki marketing wchodzi w obszar, który powinien być zarezerwowany dla medycyny opartej na dowodach.

Z kolei Edyta Górniak od lat jest jedną z najbardziej wpływowych postaci w środowisku antyszczepionkowym. W czasie pandemii i tuż po niej piosenkarka powielała narracje o fałszywej pandemii, szkodliwości szczepionek, ukrywanych prawdach o systemie. Jej przekaz był prosty, emocjonalny i antyinstytucjonalny: dokładnie taki, jaki algorytmy lubią najbardziej. Wypowiedzi piosenkarki realnie wpływały na decyzje zdrowotne odbiorców, zwłaszcza młodych rodziców i osób nieufnych wobec systemu. To nie jest niewinna opinia celebrytki. To masowe oddziaływanie na zachowania zdrowotne społeczeństwa.

Kilka lat temu dziennikarka i autorka książek Beata Pawlikowska opublikowała na swoim kanale YouTube materiał na temat leczenia depresji. Choć zaznaczyła w nim, że nie jest lekarzem i jedynie „przedstawia wyniki badań”, zawarte w filmie tezy przeczyły konwencjonalnej wiedzy medycznej. Pawlikowska sugerowała m.in., że leki przeciwdepresyjne są toksyczne i zmieniają osobowość. Choć spotkała się z krytyką ze strony lekarzy, wielu jej odbiorców dziękowało za film, deklarując m.in. „teraz już wiem, czego nie robić, czyli nie iść do lekarza”.

Lekarze, zwłaszcza psychiatrzy, zareagowali na materiał Pawlikowskiej błyskawicznie i jednoznacznie: osoba nieposiadająca wykształcenia medycznego, publikująca takie treści w social mediach, nie ponosi formalnie odpowiedzialności za ich skutki. Tymczasem pacjent z depresją zniechęcony do terapii może na przykład odstawić leki z tragicznie przewidywalnym skutkiem. To przykład szczególnie niebezpieczny, bo dotyczy osób w kryzysie psychicznym, które są podatne na obietnice naturalnych metod. Tu nie chodzi o kontrowersję. Chodzi o bezpośrednie ryzyko kliniczne.

Inny przykład dotyczy Anny Lewandowskiej, trenerki, dietetyczki i żony Roberta Lewandowskiego, która została skrytykowana za promowanie niezweryfikowanych metod leczenia przeziębienia u córki. W mediach społecznościowych zalecała stosowanie okładów z gęsiego smalcu: – Nałóż smalec gęsi na klatkę piersiową i powoli wsmaruj w skórę. Przykryj pergaminem i owiń ręcznikiem.

Na te „recepty” natychmiast zareagowali lekarze, określając je mianem metod ludowych bez żadnego potwierdzenia naukowego. Bądźmy poważni: smalec nie wykazuje działania terapeutycznego i nie powinien być promowany jako środek leczniczy.

Choć osoby publiczne powinny mieć świadomość wpływu, jaki wywierają na społeczeństwo, zwłaszcza w tematach związanych ze zdrowiem, często zachowują się skrajnie nieodpowiedzialnie. Wykorzystując swoją pozycję i ogromne zasięgi w mediach społecznościowych, promują kontrowersyjne poglądy, metody leczenia oraz produkty. Nierzadko są to zwyczajne fake newsy, niemające nic wspólnego z rzetelną wiedzą.

Wiedza medyczna jest jedna

Jak podkreśla wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej Klaudiusz Komor, wiedza medyczna jest jedna. Zmienia się, ewoluuje, aktualizuje, ale pozostaje oparta na dowodach naukowych. Dla szarlatanerii, niezależnie od formy, nie ma w niej miejsca. Podobnie jak wiele produktów lansowanych przez celebrytów – ich działanie nie ma podstaw naukowych, a jedynym efektem ich promocji jest zysk dla twórcy.

Sami celebryci normalizują pseudomedycynę, legitymizują szarlatanów, przyciągają odbiorców do „alternatywnych terapii”, tworzą rynek dla suplementów, kursów i „naturalnych metod” oraz podważają zaufanie do medycyny i instytucji. Ich zasięgi działają jak turbodoładowanie dla pseudomedycyny, ponieważ ich każde słowo jest powielane, komentowane, przetwarzane w memy, shorty oraz rolki. Algorytymy robią całą resztę.

Paliwo dla teorii spiskowych

Technologie i środowisko to segment mniejszy, ale najbardziej wiralowy. Narracje o 5G, chemtrails, „truciu z nieba”, „kontroli populacji” działają jak memy: są krótkie, obrazowe, łatwe do powielania. Dlatego są właśnie tak skuteczne, ponieważ łączą lęk przed technologią z nieufnością wobec instytucji, nie wymagają wiedzy, wystarczy intuicja. Do tego tworzą poczucie tajemnicy, do której dostęp mają tylko wtajemniczeni. To treści, które nie sprzedają suplementów, ale sprzedają narrację: „system cię oszukuje, tylko my mówimy prawdę”. A to idealny grunt pod kolejne produkty pseudomedycyny.

Każdy ze wspomnianych obszarów odpowiada na inną ludzką potrzebę:

  • antyszczepionkowe – potrzebę ochrony i kontroli,
  • żywienie i naturalne leczenie – potrzebę sprawczości i prostych rozwiązań,
  • technologie i spiski – potrzebę wyjaśnienia chaosu i znalezienia winnego.

Razem tworzą kompletny ekosystem emocjonalny, który przyciąga, angażuje i zatrzymuje odbiorców. A dla twórców pseudomedycyny generuje zasięgi, lojalność i pieniądze.

Szarlatani: cyniczni biznesmeni

Współczesny szarlatan nie potrzebuje gabinetu, dyplomu ani nawet spójnej teorii. Wystarczy mu telefon, kamera i publiczność szukająca prostych odpowiedzi na trudne pytania. W Naczelnej Izbie Lekarskiej coraz częściej pada jedno zdanie: „To nie są naiwni ludzie. To cyniczni biznesmeni”.

Nowa fala szarlatanów działa jak start-upy: prowadzą sklepy z suplementami, kursy i szkolenia, sprzedają „pakiety diagnostyczne”, oferują terapie online i budują społeczności oparte na nieufności wobec medycyny. Przypomnijmy, że ziołolecznictwo, terapia kryształami i kwiatami, ajurweda, irydologia, kinezjologia czy radionika od stycznia znalazły się w Polskiej Klasyfikacji Działalności.

W rozporządzeniu Rady Ministrów z 18 grudnia 2024 r. wpisano je do działu 86. Opieka zdrowotna w ramach nowej kategorii: działalność w zakresie medycyny tradycyjnej, uzupełniającej i alternatywnej, wykonywanej przez pracowników medycznych. Co istotne, sami autorzy dokumentu, podpisanego elektronicznie przez premiera Donalda Tuska, przyznali wprost, że działalność ta nie jest oparta na danych naukowych dotyczących diagnozowania i leczenia chorób.

Informacja ta zaskakuje, tym bardziej że nowe kody PKD umieszczono obok działalności lekarzy, dentystów, diagnostów, laboratoriów i pielęgniarek. W praktyce oznacza to, że metody niemające potwierdzenia naukowego znalazły się w tej samej sekcji co medycyna oparta na dowodach. Wpisanie do PKD nie oznacza dopuszczenia tych praktyk do systemu świadczeń zdrowotnych ani uznania ich skuteczności – to wyłącznie klasyfikacja statystyczna.

Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej natychmiast zareagowało. W oficjalnym stanowisku uznało, że jest to „niczym nieuzasadniona próba legitymizacji takiej działalności”, która może być niebezpieczna dla pacjentów, bo może prowadzić do opóźnienia lub rezygnacji z leczenia o udowodnionej skuteczności. Umieszczenie metod alternatywnych w dziale Opieka zdrowotna może wprowadzać pacjentów w błąd, sugerując, że są one równoważne z medycyną opartą na dowodach. PNRL zaapelowało do ministra zdrowia o wykreślenie kodu 86.96 z PKD.

Jak wyjaśniał wiceprezes NRL Klaudiusz Komor, w odpowiedzi z resortu zdrowia wskazano, że wprowadzenie kodu wynikało z wymogów prawa unijnego. – Niefortunnie się stało, że medycyna naturalna, uzupełniająca i alternatywna otrzymała własny numer w PKD. Nie bójmy się jednak nazywać tych metod po imieniu: to pseudomedycyna albo paramedycyna. Pacjent musi mieć jasność, że jeśli decyduje się na takie praktyki, to nie jest to medycyna – podkreślał Komor.

„Leczył” suplementami

Najbardziej jaskrawy przykład medialnego oszusta to Oskar D., czyli samozwańczy naturopata, który „leczył raka” suplementami i płynem Lugola. Prokuratura postawiła mu zarzuty narażenia pacjentki na utratę życia oraz prania brudnych pieniędzy. To nie jest odosobniony przypadek: to model biznesowy. Warto zauważyć, że w Polsce nie istnieje rejestr zgonów spowodowanych pseudoterapiami. To luka, którą NIL i Rzecznik Praw Pacjenta wskazują od lat. GUS odnotowuje wyłącznie medyczną przyczynę zgonu, a nie okoliczności, które do niego doprowadziły.

Znamy jednak mechanizmy, które prowadzą do tragedii. Pacjenci rezygnują z chemio‑ i radioterapii na rzecz „naturalnych metod”, natomiast sami onkolodzy mówią wprost: takie decyzje prowadzą do zgonów, choć nie są statystycznie wyodrębniane. Z kolei po publikacjach celebrytów o szkodliwości antydepresantów część pacjentów odstawia leki bez konsultacji. Efekt to nawroty choroby, hospitalizacje, próby samobójcze. Prof. Piotr Ponikowski opisał grupę 174 pacjentów z niewydolnością serca i po zawale. 100 z nich odmówiło szczepień, 18 bez podania przyczyny. To osoby, które bez ochrony immunologicznej są w grupie bezpośredniego zagrożenia życia.

System nie ma narzędzi

Płyn Lugola, wlewy z witaminy C, głodówki, „odrobaczanie”, ozonoterapia: lista metod promowanych przez współczesnych szarlatanów jest długa. W sieci bez trudu można znaleźć przykłady działalności osób „diagnozujących” boreliozę za pomocą pseudotestów, a następnie „leczących” ją suplementami diety. Popularność zdobywają też takie praktyki, jak plazmoterapia reklamowana przez jednego z oszustów jako rzekome fale elektromagnetyczne o określonych częstotliwościach, które mają niszczyć wirusy, bakterie, grzyby, pleśń, pierwotniaki, a nawet choroby przewlekłe, w tym stwardnienie rozsiane.

Wszystkie mają wspólny mianownik: brak dowodów i realne ryzyko powikłań. Dlaczego zatem państwo nie liczy ofiar? Ponieważ system nie ma narzędzi. Lekarz, który widzi pacjenta po pseudoterapii, nie ma obowiązku raportowania tego faktu. Prokuratura zajmuje się tylko najcięższymi przypadkami. Z kolei Rzecznik Praw Pacjenta reaguje, dopiero gdy pacjent lub rodzina zgłoszą sprawę.

Natomiast Główny Urząd Statystyczny nie ma kategorii „zgon w wyniku porzucenia leczenia”. Efekt jest taki, że ofiary pseudomedycyny są niewidzialne. Sami lekarze coraz częściej mierzą się nie tylko z chorobą, ale z konsekwencjami pseudoterapii. Pacjenci trafiają do gabinetów po miesiącach „leczenia naturalnego”, z zaawansowanymi powikłaniami, zniechęceni do farmakoterapii, nieufni wobec zaleceń. Coraz częściej przychodzą nie po diagnozę, lecz po weryfikację tego, co usłyszeli od influencera. To dodatkowe obciążenie systemu i realne zagrożenie dla zdrowia.

Poszerzenie kompetencji rzecznika

Choć droga do ograniczenia dezinformacji i działalności znachorów jest wciąż długa, w marcu 2025 r. rozpoczęły się intensywne prace z Ministerstwem Zdrowia nad poszerzeniem kompetencji Rzecznika Praw Pacjenta. Chodziło o to, by urząd mógł realnie i szybko reagować na szkodliwe praktyki pseudomedyczne.

– Zmiany zakładają, że będę mógł wystąpić w sprawie praktyk pseudomedycznych i od razu nałożyć karę finansową do miliona złotych wobec danego podmiotu lub konkretnej osoby fizycznej. Wszystko po to, aby tego typu działalność wyeliminować – mówił Bartłomiej Chmielowiec podczas posiedzenia Komisji Zdrowia poświęconego stosowaniu metod niezgodnych z evidence‑based medicine.

Po wejściu w życie tzw. lex szarlatan Rzecznik Praw Pacjenta stanie się centralną instytucją państwa w walce z pseudomedycyną. Jego uprawnienia będą najszersze w historii i po raz pierwszy pozwolą zatrzymać działalność szarlatanów tu i teraz, a nie dopiero po latach postępowań. Lex szarlatan po raz pierwszy tworzy realny system szybkiego reagowania, który nie opiera się wyłącznie na długotrwałych postępowaniach prokuratorskich. To punkt zwrotny: państwo zyskuje narzędzia, które pozwalają działać prewencyjnie, a nie dopiero po tragedii.

RPP będzie mógł wydawać publiczne ostrzeżenia wobec osób i firm, które oferują pseudoterapie, podszywają się pod lekarzy, reklamują metody niezgodne z wiedzą medyczną lub wprowadzają pacjentów w błąd.

Ostrzeżenie publikowane będzie natychmiast, z imieniem, nazwiskiem lub nazwą podmiotu. To pierwszy moment, w którym państwo może oficjalnie nazwać szarlatana po imieniu Rzecznik będzie mógł również wydać decyzję tymczasową, która natychmiast blokuje szkodliwą działalność i obowiązuje jeszcze przed zakończeniem postępowania.

Będzie miała rygor natychmiastowej wykonalności, co oznacza, że podmiot nie może „uciec”, zamknąć działalności, zmienić nazwy ani przenieść się do internetu, zanim zapadnie decyzja. Do tego dochodzą kary finansowe: do 1 mln zł za naruszanie zbiorowych praw pacjentów i do 100 tys. zł za brak współpracy z RPP. Co istotne, sankcje będą mogły zostać nałożone nawet wtedy, gdy działalność została zakończona tuż przed wydaniem decyzji. Koniec z uciekaniem „na ostatnią chwilę”.

Współpraca na trzech poziomach

Rzecznik Praw Lekarzy NIL Grzegorz Wrona przypominał niedawno, że samorząd lekarski jest gotowy do współpracy z instytucjami wspierającymi pacjentów poszkodowanych przez osoby stosujące metody paramedyczne. Do NIL regularnie trafiają sygnały o działaniach, które samorząd określa jako szarlatańskie.

Jeśli osoba bez prawa wykonywania zawodu lekarza podaje, że leczy, dochodzi do naruszenia art. 58 ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty – w takich przypadkach NIL kieruje zawiadomienia do prokuratury. Gdy ktoś stosuje metody paramedyczne, ale nie nazywa tego leczeniem, Izba analizuje, czy działania te zagrażają bezpieczeństwu pacjenta. Jeśli zagrożenie jest realne, sprawa również trafia do prokuratury.

Grzegorz Wrona podkreślał, że skuteczne zwalczanie szarlatanerii wymaga współpracy trzech podmiotów: samorządu lekarskiego, rzeczników odpowiedzialności zawodowej (w tym Rzecznika Praw Pacjenta) oraz prokuratury. Rzecznicy mają obowiązek wszczynać postępowania wobec lekarzy działających niezgodnie z aktualną wiedzą medyczną. W sytuacjach skrajnych – gdy stosowanie metod niedopuszczalnych lub zaniechanie medycyny klasycznej naraża pacjenta na śmierć – sprawa powinna trafić bezpośrednio do organów ścigania.

Edukacyjne działania NIL

W ubiegłym roku Naczelna Izba Lekarska zorganizowała spotkania poświęcone praktykom pseudomedycznym oraz działalności osób, które obiecują pacjentom cudowne terapie. Podczas debat omawiano mechanizmy oszustw i sposoby, w jakie znachorzy wykorzystują: lęk, bezradność i dramatyczne sytuacje zdrowotne chorych. Rzecznik Praw Pacjenta Bartłomiej Chmielowiec zwracał uwagę na skalę dezinformacji i manipulacji stosowanych przez osoby zarabiające na ludzkich tragediach, podkreślając, że żerują na desperacji pacjentów.

Jak się okazuje, za dezinformację cenę płaci również Europa. W listopadzie 2024 r. w UE odnotowano 22 tys. mniej nadmiernych zgonów niż rok wcześniej, ale nadal 20 krajów miało dodatnią nadmierną śmiertelność. Najwyższą w Finlandii – 18,4 proc. Nadmierne zgony to liczba zgonów przewyższająca tę, której można by się spodziewać na podstawie danych z poprzednich lat. To wskaźnik pokazujący realny stan zdrowia populacji, niezależnie od przyczyn zgonów czy jakości raportowania.

W raportach o ryzykach globalnych dezinformacja zdrowotna jest wymieniana jako jedno z głównych zagrożeń społecznych. To nie jest polska specyfika: to globalny trend. Szarlatani nie muszą kupować reklam. Algorytmy robią to za nich: treści emocjonalne są promowane, podbijane, a materiały „alternatywne” uznawane za angażujące.

Miliardowy rynek

To właśnie w takim środowisku dezinformacji i algorytmicznego wzmacniania treści wyrósł rynek suplementów i pseudoterapii – dziś jeden z najszybciej rosnących sektorów „alternatywnego zdrowia”. Rynek suplementów w Polsce przekroczył już 7 mld zł rocznie. Znaczna część sprzedaży odbywa się poza aptekami: w internecie, przez influencerów, w modelu poleceń.

Do tego dochodzą: płatne kursy uzdrawiania, konsultacje online, sprzedaż „detoksów”, płatne grupy wsparcia oraz „diagnostyka” biorezonansem. To nie jest margines. To pełnoprawny sektor gospodarki, który działa bez realnego nadzoru. I właśnie dlatego pseudomedycyna zaczęła funkcjonować jak równoległy rynek zdrowia: z własnymi produktami, własnymi „ekspertami”, własnym językiem i własną logiką, w której liczy się nie skuteczność, lecz konwersja sprzedażowa.

Ten sektor rośnie szybciej niż jakakolwiek część ochrony zdrowia, bo nie obowiązują go żadne standardy jakości, żadne procedury, żadne wymogi dowodowe. Nie ma badań klinicznych, jest storytelling. Nie ma odpowiedzialności zawodowej, jest marketing.

W efekcie powstaje przestrzeń, w której każdy może zostać terapeutą, a każda dolegliwość jest przecież okazją do sprzedaży kolejnego produktu. To rynek, który żywi się lękiem, niepewnością i brakiem zaufania do instytucji, a jego siłą napędową są algorytmy i emocje, nie fakty.

Właśnie w tym środowisku wyrastają współcześni szarlatani: przedsiębiorcy od zdrowia, którzy łączą pseudoterapie z marketingiem emocji, a algorytmy z modelem subskrypcyjnym. To oni tworzą dziś najbardziej dochodową część pseudomedycyny – nie gabinety, lecz ekosystem treści, produktów i obietnic, który działa 24 godziny siedem dni w tygodniu i nie zna pojęcia odpowiedzialności.

Głośny system

Pseudomedycyna nie jest już alternatywą. Jest równoległym systemem, który działa szybciej, głośniej i agresywniej niż instytucje odpowiedzialne za zdrowie publiczne. Wykorzystuje wszystkie słabości współczesnego świata, takie jak przeciążenie informacyjne, kryzys zaufania, samotność, lęk, brak czasu, brak dostępności do lekarzy, a przede wszystkim emocje, które zawsze wygrywają z faktami.

To dlatego rośnie, zarabia i zabija, choć nikt tego nie liczy. Ale to dopiero początek. Jeśli nic się nie zmieni, pseudomedycyna stanie się jednym z głównych wyzwań zdrowia publicznego w Polsce. I to nie w metaforycznym sensie. W praktycznym, policzalnym, klinicznym.

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 7-8/2026