Lekarze na celowniku po kryzysie w Szpitalu Południowym
Jeszcze kilka miesięcy temu pomysł zbierania danych o wszystkich umowach personelu medycznego wydawał się odłożony na półkę. Wystarczyło jednak kilkanaście dni politycznej burzy, by rząd wrócił do niego w ekspresowym tempie.

Oficjalnie chodzi o przejrzystość i lepsze zarządzanie systemem. Nieoficjalnie – o próbę odzyskania kontroli nad narracją po aferze, która zachwiała zaufaniem do władzy i otworzyła nowy rozdział sporu o wynagrodzenia lekarzy.
Ekspresowa ścieżka legislacyjna
Sejm bez głosu sprzeciwu, choć trudno powiedzieć, by jednomyślnie, bo klub Prawa i Sprawiedliwości wstrzymał się od głosu, uchwalił przepisy, które pozwolą Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji na zbieranie danych o umowach pracowników publicznych podmiotów medycznych na PESEL (i numer PWZ). Czy to remedium, czy raczej placebo na potężny kryzys wizerunkowy partii rządzącej?
16 czerwca rząd – niespodziewanie – przyjął projekt „krótkiej ustawy”, umożliwiającej zbieranie umów „na PESEL”. Dzień później odbyło się jej pierwsze czytanie. 19 czerwca ustawę uchwalono. Na 23 czerwca wyznaczono posiedzenie Komisji Zdrowia Senatu. Wszystko wskazuje, że jeszcze w czerwcu ustawa trafi na biurko prezydenta Karola Nawrockiego, a w lipcu ma duże szanse na wejście w życie. Po co ten pośpiech, który – jak mawiają starsze pokolenia – jest, a na pewno bywa, wynalazkiem szatana?
Ministerstwo Zdrowia i NFZ o konieczności agregowania umów „na PWZ” lub „na PESEL” przekonywały od miesięcy. Od ponad roku domagali się tego też eksperci i partnerzy społeczni z Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia, upatrując w tym punktu wyjścia do rozmów o ograniczeniu zarobków lekarzy kontraktowych. Resort zdrowia co prawda w listopadzie wycofał się ze wszystkich propozycji zmierzających do tego rozwiązania – i to podczas posiedzenia Naczelnej Rady Lekarskiej – ale temat wrócił, i to ze zdwojoną siłą.
Jeszcze w maju minister zdrowia zaczęła snuć plany nałożenia limitów na szpitale w zakresie wydatków na koszty pracy (musiałyby się mieścić w określonym przepisami odsetku), ale pełnoskalowy kryzys zdetonowały doniesienia ze Szpitala Południowego w Warszawie.
Polityczne trzęsienie ziemi
„Głupi niedźwiedziu! Gdybyś w mateczniku siedział,
Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział.
Ale czyli pasieki zwabiła cię wonność,
Czy uczułeś do owsa dojrzałego skłonność:
Wyszedłeś na brzeg puszczy, gdzie się las przerzedził,
I tam zaraz leśniczy bytność twą wyśledził…”.
To oczywiście Adam Mickiewicz, „Pan Tadeusz”, adaptacja 2026. W roli niedźwiedzia 28-letni lekarz, matecznika – szpital. Za brzeg puszczy przyjmijmy mandat radnego, obligujący do złożenia oświadczenia majątkowego, no a leśniczy, to – wiadomo – media, wsparte – wszystko na to wskazuje – wiedzą tych, którzy obserwowali słabość drapieżnika do pasieki i wonnego owsa. Czy też siana.
Sprawa Szpitala Południowego w drugiej połowie czerwca zafundowała takie wstrząsy w polityce, w rządzie i w ochronie zdrowia, że trudno zaryzykować jakąkolwiek prognozę jej ostatecznych skutków. Wiadomo na pewno: polecą głowy, ale nie ma żadnej gwarancji, że będzie to wystarczająca ofiara na ołtarzu sondaży ocen rządu, zaufania do polityków i poparcia dla partii. Koalicja Obywatelska znalazła się w poważnych opałach.
Nie na darmo publicyści zestawiają to, co już wyszło na jaw (1,6 mln zł dla lekarza bez specjalizacji, ale z partyjną legitymacją, specjalna ścieżka dostępu do diagnostyki dla działaczy KO, łącznie z „salonikiem VIP”) z banalnym wymiarem afery podsłuchowej sprzed ponad dekady. Słynne ośmiorniczki okazały się dla PO wyjątkowo ciężkostrawne. Teraz może być gorzej.
Od dymisji do pytań bez odpowiedzi
To, że w ciągu kilku dni stanowiska stracił cały zarząd szpitala i odwołana została jego rada nadzorcza, to „oczywista oczywistość”. Nie budzi zaskoczenia też zapowiedź Rafała Trzaskowskiego, że zmiany w radach nadzorczych obejmą wszystkie podmioty lecznicze prowadzone przez samorząd stolicy, z których mają zniknąć politycy i działacze partyjni (prezydent Warszawy jest w potrzasku, bo prokuratura będzie badać, od kiedy miał wiedzieć o nieprawidłowościach w Szpitalu Południowym).
W sprawie głównego bohatera też są oczywistości, ale również pewne zaskoczenia: rozwiązanie umów, zwrot 500 tys. zł i korekta kilkudziesięciu faktur, postępowanie prokuratorskie, złożenie legitymacji partyjnej, mandatu radnego i wniosek o zawieszenie członkostwa w ORL w Warszawie. Sporo jak na zaledwie nieco ponad tydzień od publikacji pierwszego materiału. Są też znaki zapytania: czy rzeczywiście w szpitalu działał „salonik VIP”, czy też po prostu działacze i politycy KO, podobnie jak dzieje się to w innych szpitalach, korzystali z uprzywilejowanej ścieżki dostępu do świadczeń, przede wszystkim badań?
Po prostu, bo przecież nie jest żadną tajemnicą, że politycy są traktowani w sposób szczególny, a obecna największa partia opozycyjna idzie po koronę dziesięciotysięczników hipokryzji, „zapominając” o potwierdzonych przypadkach uprzywilejowanego traktowania, jakim cieszyli się prominentni politycy tego ugrupowania. Co oczywiście nie jest żadnym usprawiedliwieniem. To tylko kontekst.
No i nazwiska: dziennikarze ich nie podają, choć zapewniają, że „są w posiadaniu”. Nikt mandatu nie złożył, nikt nie uderzył się w piersi. Jak długo potrwa dyskrecja mediów, jeśli politycy (i działacze, rzecz nie dotyczy wcale osób z pierwszych stron gazet) sami się nie przyznają?
Drugie i trzecie dno afery
Media ujawniają kolejne dna (rzadko zdarza się tak trafne słowo) afery w Szpitalu Południowym, a znaki zapytania dotyczą również sygnalisty, który najpierw miał zawiadamiać o nieprawidłowościach na SOR-ze kierownictwo placówki i urzędników (w tym prezydenta miasta), potem ujawnił, co wiedział, dziennikarzom. Sam jednak jest w poważnym konflikcie ze szpitalem i są podejrzenia, że nie jest bezstronny, jeśli chodzi o władze Warszawy. Dlaczego?
Tu pojawia się nazwisko Roberta Lewandowskiego i jedna z warszawskich inwestycji gwiazdy światowego futbolu. „Kapitan reprezentacji Polski buduje klinikę zajmującą się medycyną sportową. Placówka ma powstać już w przyszłym roku na obiektach WKT Mera w pobliżu Parku Szczęśliwickiego. Poza trzema salami operacyjnymi pacjenci będą mogli korzystać m.in. z najnowocześniejszego sprzętu do rehabilitacji. Luksusowa klinika ma niczym nie ustępować podobnym placówkom w Niemczech” – pisały media blisko dekadę temu, w grudniu 2016 r.
Problem w tym, że słowo „buduje” zostało użyte bardzo na wyrost – w planach było dopiero pozyskanie gruntów od miasta przez zaprzyjaźnionego z piłkarzem i jego rodziną lekarza. Plany spełzły na niczym. Porsche, salonik VIP, kolejka uprzywilejowanych, niezbudowana klinika, dopisywanie się do dyżurów – strony konfliktu licytują się w zarzutach i bulwersujących faktach, ale to didaskalia.
Premier pod ścianą
Są pytania znacznie większego kalibru, a reakcja premiera Donalda Tuska – przede wszystkim apel do NIK o skontrolowanie sytuacji w ochronie zdrowia ze szczególnym uwzględnieniem przepływów finansowych – dowodzą, że jeśli chodzi o możliwe konsekwencje personale, „sky is the limit”. Szef rządu mówi w sposób, który każde sądzić, że stracił wiarę w rozwiązanie, które sam w ubiegłym roku zaproponował, czyli powierzenie resortu zdrowia w ręce fachowców i jego całkowite odpartyjnienie.
Oczywiście, sprawa samorządowego szpitala pozostaje poza odpowiedzialnością resortu zdrowia, ale nie da się ukryć, że 1,6 mln zł z działalności leczniczej dla lekarza bez specjalizacji musi budzić pytanie, czy leci z nami pilot – z właściwymi uprawnieniami i kompetencjami.
Zwłaszcza że premier, powołując Jolantę Sobierańską-Grendę na stanowisko ministra, obiecywał Polakom, że w systemie nastąpią takie zmiany, które przyniosą korzyść „pacjentom, nie lekarzom”. Samorząd lekarski bardzo krytycznie ocenił wówczas wypowiedź szefa rządu, ale to już przeszłość. Teraźniejszość i olbrzymi problem dla Tuska to fatalny styl, w jakim te słowa się zestarzały. Po niespełna roku pozytywnych zmian dla pacjentów nie ma, a opinia publiczna dowiaduje się o niemal oficjalnym „fast tracku” dla uprzywilejowanych.
Internet rozgrzewają zaś memy w stylu: „Jak długo czeka się na przyjęcie do Koalicji Obywatelskiej i ile wynoszą składki? Chodzi o rezonans łokcia”. Internauci zgadzają się też, że minister zdrowia – która jakiś czas temu deklarowała, że pacjenci już mogą czuć się zadowoleni z wprowadzanych zmian (nieszczęśliwie zbiegło się to z doniesieniami o ograniczeniach w dostępie do diagnostyki), najwyraźniej zbierała opinie w osławionym saloniku.
Coraz bardziej prawdopodobne jest, że w ramach ucieczki do przodu Tusk zdecyduje się na zmianę o 180 stopni. Po odpartyjnieniu nastąpi upartyjnienie, zaś resort zdrowia przejdzie w ręce Lewicy, zwłaszcza że politycy tego ugrupowania nie kryją zniecierpliwienia zarówno posunięciami resortu zdrowia, jak i nastawieniem KO, która wszystkie ewidentne słabości swojej polityki kwituje „a za to PiS”.
Powrót do wojny o kontrakty
Politycy są jednak zdeterminowani – i to pokazała dobitnie dyskusja w Sejmie – do podjęcia kolejnej próby ograniczenia wynagrodzeń lekarzy. A nawet – wynagrodzeń w ochronie zdrowia, bo choć w kontekście „sprawy Kacprzyka” nie mówi się o ustawie o wynagrodzeniach minimalnych, temat gdzieś cały czas wybrzmiewa w tle. Tematem numer jeden, w zasadzie zaś jedynym tematem, stały się kontrakty lekarskie. I choć przepisy o agregowaniu umów dotyczyć mają wszystkich pracowników, nie tylko medycznych (będzie wiadomo, na przykład, ile zarabiają doradcy zarządów szpitali, jeśli tacy oczywiście są), wiadomo doskonale, że to właśnie na informacje o wysokości umów z lekarzami AOTMiT, MZ i NFZ czekają najbardziej.
– Zbierzecie te dane i co? Jakie będą kolejne kroki? – dociekała podczas pierwszego czytania w Komisji Zdrowia Marcelina Zawisza (Razem). Ale nie tylko w jej wypowiedzi wybrzmiewało oczekiwanie, by resort zdrowia położył na stole propozycję ograniczenia wysokości lekarskich kontraktów. Posłowie chcą też takich rozwiązań, które pozwolą monitorować – niemal w czasie rzeczywistym – czas pracy lekarzy. Chodzi przy tym zarówno o to, by lekarze nie mogli pracować zbyt wiele godzin, jak i o to, by kontrolować, czy rzeczywiście fizycznie są w miejscu, w którym – zgodnie z umową – powinni świadczyć pracę.
Politycy, łącznie z premierem, zapewniają jednocześnie, że nowe regulacje nie są wymierzone w lekarzy. Donald Tusk nawet sugerował, że chce je wprowadzać razem z samorządem lekarzy i lekarzy dentystów, a lwia część tego środowiska to ludzie uczciwi, pracujący ofiarnie, których nie można stawiać pod pręgierzem z powodu nieprawidłowości czy nadużyć, jakich dopuszczają się czarne owce. Ta zapowiedź zrealizowała się à rebours, bo pierwsze czytanie rządowego projektu przeprowadzono podczas posiedzenia Komisji Zdrowia, zmieniając porządek dwie godziny przed rozpoczęciem. Szansa, że pojawią się na nim przedstawiciele strony społecznej była minimalna.
Małgorzata Solecka, dziennikarka portalu Medycyna Praktyczna i miesięcznika „Służba Zdrowia”
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 7-8/2026