Dentyści u sterów samorządu lekarskiego

Kiedyś domagali się większej autonomii, chcieli odłączyć się od izby lekarskiej i utworzyć własną korporację. Dziś dążenia separatystyczne praktycznie nie istnieją. Coraz więcej stomatologów angażuje się w działania samorządu i z sukcesem sięga po najwyższe funkcje w izbach okręgowych. Coś, co jeszcze kilkanaście lat temu było nierealne, staje się normą.

Fot. magnific.com

Jeszcze kilkanaście lat temu w środowisku stomatologów regularnie powracał temat odłączenia od wspólnego samorządu lekarskiego. Część dentystów uważała, że ich interesy są marginalizowane w strukturach Naczelnej Izby Lekarskiej, gdzie dominują lekarze innych specjalności. Dziś emocje wokół tego pomysłu wyraźnie osłabły, ale czy można pokusić się o stwierdzenie, że już nie istnieją?

Kiedyś osobno, dziś razem

Fundamentem polskiego samorządu lekarskiego była ustawa z 2 grudnia 1921 r. Na jej mocy powołano do życia Naczelną Izbę Lekarską oraz izby wojewódzkie, które uzyskały między innymi prerogatywy do nadawania prawa wykonywania zawodu. W 1938 r. powołano Izby Lekarsko-Dentystyczne. Zadania i struktura organizacyjna izby lekarzy dentystów były analogiczne do zadań i struktury izb lekarskich.

Powołanie odrębnego samorządu dentystów w okresie międzywojennym miało głębokie uzasadnienie, a jego podłożem była historia naszego kraju. Przed odzyskaniem niepodległości w 1918 r. proces kształcenia lekarzy i lekarzy dentystów znacznie różnił się w poszczególnych zaborach. Dla przykładu na terenach zagarniętych przez Rosję stomatologii nauczano w trzyletnich szkołach techniki dentystycznej o profilu rzemieślniczym, natomiast pod zaborami austriackim i pruskim dopiero po ukończeniu uczelni medycznej można było specjalizować się w tej dziedzinie.

Różnice te odcisnęły głębokie piętno, które przez całe dwudziestolecie międzywojenne dzieliło środowisko lekarzy i dentystów. Spora grupa medyków uznawała wręcz, że stomatologia jest bardziej rzemiosłem niż zawodem lekarskim.

Spór na tym tle był tak duży, że gdy w 1938 r. utworzone zostały Izby Lekarsko-Dentystyczne, nie brakowało protestów i postulatów, by z nazwy usunąć słowo „lekarsko”. Wybuch II wojny światowej sprawił, że dentyści nie cieszyli się długo swoją autonomią. Wprowadzane zmiany mające na celu uregulowanie rynku usług stomatologicznych przerwał atak hitlerowskich Niemiec. Warto jednak odnotować, że jednym z pierwszych zarządzeń NIL-D było wprowadzenie jednolitych zasad dotyczących sposobu reklamowania się w prasie codziennej oraz umieszczania szyldów przed gabinetami.

Po zakończeniu II wojny światowej izby zaczęły działać, ale na skutek wprowadzenia zarządców komisarycznych przez ówczesny resort zdrowia trudno było mówić o pełnej swobodzie i samostanowieniu. Na początku lat 50. władze komunistyczne przystąpiły do likwidacji niezależnych struktur. Izby lekarskie zostały rozwiązane, a ich majątek przejęło podporządkowane partii Zrzeszenie Lekarzy Polskich.

Dopiero zmiany ustrojowe zapoczątkowane pod koniec lat 80. ubiegłego wieku dały lekarzom i lekarzom dentystom możliwość walki o odbudowanie swojego samorządu zawodowego. Przełomem okazała się ustawa z 17 maja 1989 r., która przywróciła samorząd lekarski, gwarantując mu niezależność i autonomię, a jednocześnie dając podwaliny pod budowę obecnych struktur.

Tarcia wewnętrzne

Przez pierwsze kilkanaście lat od chwili odrodzenia samorządu lekarskiego z mniejszą lub większą mocą wybrzmiewały głosy niezadowolenia – głównie ze strony dentystów – z powodu funkcjonowania w ramach wspólnego samorządu. Historyczne przypomnienia odrębności co jakiś czas wracały w dyskusjach o niezależności środowiska stomatologów. W pierwszych dekadach po transformacji wielu podnosiło argument, że specyfika ich zawodu znacząco różni się od pracy lekarzy szpitalnych czy internistów.

Dotyczyło to między innymi modelu prowadzenia prywatnych gabinetów, rozliczeń z NFZ, szkolenia zawodowego czy regulacji dotyczących rynku usług stomatologicznych, który podobnie jak cała polska gospodarka przechodził dynamiczne przemiany.

Drugim najczęściej podnoszonym argumentem było przekonanie, że we wspólnym samorządzie głos dentystów jest zbyt słabo reprezentowany, a struktury samorządu zdominowane są przez lekarzy niebędących stomatologami. W efekcie co pewien czas wracały pomysły secesji. Apogeum sporu przypadło na przełom XX i XXI wieku. Mimo napięć nie doszło do procesu legislacyjnego prowadzącego do rozdziału samorządu. Kolejne władze Naczelnej Izby Lekarskiej utrzymywały, że wspólna reprezentacja wzmacnia pozycję całego środowiska medycznego.

Dodatkowo, między innymi w wyniku unijnych wymogów prawnych, wprowadzono urzędowy podział i zmieniono nazwę zawodu na „lekarz dentysta” zamiast „lekarz stomatolog”, a także nadano zawodowi dentysty odrębną, oficjalną tożsamość zawodową. Zapewniono stomatologom większą autonomię decyzyjną i samorządową w ramach istniejących struktur.

Ważna rola stomatologów

Choć zmiany strukturalne w dużej mierze spełniły postulaty dentystów, w dalszym ciągu pojawiały się zarzuty marginalizowania ich przez trudniejszy dostęp do wyższych stanowisk w strukturach samorządowych. Z biegiem czasu coraz powszechniejszy stawał się pogląd, że wspólna reprezentacja wzmacnia pozycję całego środowiska medycznego, a wprowadzone zmiany sprawiły, że postulaty dentystów coraz skuteczniej forsowane są na szczeblu krajowym.

Coraz większą uwagę zaczęto zwracać na to, co konkretne osoby wnoszą do samorządu, a nie na to, czy są lekarzami, czy lekarzami dentystami. Te dwie zmiany sprawiły, że dentyści dziś coraz częściej zostają prezesami izb okręgowych.

Po tegorocznych wyborach tak stało się w kolejnych czterech izbach: w Lublinie, Koszalinie, Płocku i Wrocławiu. W tym ostatnim przypadku prezesem został Jerzy Florjański, posiadający podwójne prawo wykonywania zawodu. Tym samym obecnie na czele siedmiu izb spośród 24 najważniejszą funkcję pełnią dentyści: w Koszalinie jest to lek. dent. Jarosław Kozaczyński, w Lublinie dr n. med. Dariusz Samborski, w Płocku lek. dent. Joanna Maślankowska, w Toruniu lek. dent. Anita Pacholec, na czele Śląskiej Izby Lekarskiej stoi dr n. med. Przemysław Rosak, zaś Dolnośląską Izbą Lekarską kieruje dr n. med. Jerzy Florjański, posiadający podwójne prawo wykonywania zawodu.

Dowód na…

– To, że coraz więcej dentystów jest wybieranych na stanowiska prezesów, moim zdaniem świadczy o dwóch rzeczach – mówi lek. dent. Paweł Barucha, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej. – Po pierwsze o tym, że interesy dentystów są coraz lepiej reprezentowane w ramach struktur naszego samorządu, a po drugie o tym, że nastroje separatystyczne wśród dentystów to przeszłość. Zawsze uważałem, że w jedności siła. Dzięki tej jedności udało nam się tyle osiągnąć w ciągu mijającej kadencji – uważa Barucha.

To dzięki jego staraniom cztery lata temu przy ministrze zdrowia powstała Rada do spraw Rozwoju Stomatologii, a on sam był pierwszym jej przewodniczącym. Jednocześnie Barucha zaznacza, że dentystom dużo trudniej jest zostać prezesem ORL, ponieważ muszą zdobyć poparcie zarówno lekarzy dentystów, jak i lekarzy innych specjalności, podczas gdy lekarze „ogólni” stanowią 80 proc. delegatów na zjazd okręgowy i nie muszą zabiegać o poparcie dentystów, by uzyskać większość.

Czy to, że dentyści stają na czele izb okręgowych, świadczy, że podziały na lekarzy i lekarzy dentystów, tak silne przed laty, oraz postulaty separatystyczne dziś już nie istnieją?

– Niestety zdarzają się jeszcze takie poglądy, na szczęście rzadko i głównie wśród starszych samorządowców. Zwykle pojawiają się w kontekście indywidualnych ambicji personalnych – mówi dr n. med. Dariusz Samborski, dentysta, który w tym roku został prezesem Okręgowej Izby Lekarskiej w Lublinie. On sam uważa, że pomysły rozłamowe w samorządzie były płytkie i żywe głównie wśród tak zwanej stałej opozycji. Nigdy nie popierał takich dążeń, a wręcz uważał je za głupie.

– Przecież wiadomo, że siła jest w jedności, a podzieloną grupą łatwiej sterować czy rządzić. Obecna sytuacja polityczna dała możliwość wdrożenia dobrych pomysłów. Powołanie Rady do spraw Rozwoju Stomatologii przy ministrze zdrowia jest niewątpliwym sukcesem. Dzięki niej doszło do pozytywnych zmian, jak choćby rozszerzenie koszyka świadczeń gwarantowanych czy zmiana wycen niektórych procedur stomatologicznych. Choć do ideału jeszcze daleka droga, to będziemy chcieli w przyszłości jeszcze silniej naciskać na rządzących, aby zwiększać nakłady na stomatologię i ją rozwijać – mówi dr Samborski.

Na dobrej drodze

Wiosną tego roku na czele Dolnośląskiej Izby Lekarskiej stanął dr n. med. Wojciech Florjański, posiadający podwójne prawo wykonywania zawodu. Pytany, jak ocenia sytuację panującą obecnie na Dolnym Śląsku i czy w kierowanej przez niego izbie wciąż tlą się nastroje separatystyczne, wyjaśnia: – Wydaje mi się, że takie nastroje istnieją, szczególnie wśród bardziej doświadczonych samorządowców. Z całą pewnością nie są one tak silne jak kiedyś, ale się zdarzają. Przyczyny są identyczne jak dawniej: część dentystów uważa, że powinni wybierać się sami, a w obecnym układzie ich możliwość samostanowienia jest ograniczona. Częściowo podzielam pogląd o ograniczeniu samostanowienia, ale kładę akcent bardziej na to, jak kto działa, niż na to, jakie skończył studia, bo lekarze i lekarze dentyści mogą wspólnie walczyć o postulaty, które jednej z tych grup bezpośrednio nie dotyczą, tylko ze względu na solidarność.

Dr Florjański jako jedną z najpilniejszych spraw do załatwienia wskazuje potrzebę dalszego zwiększania stawek dla dentystów pracujących w ramach kontraktów z NFZ. – Były ostatnio podwyżki, ale stawki nadal są dalekie od poziomu cen rynkowych – zauważa. Chciałbym także, aby dentyści mieli możliwość wystawiania karty DiLO – mówi. Zaznacza przy tym, że podjęte w kończącej się właśnie kadencji NIL działania to właściwy kierunek. – Jesteśmy na dobrej drodze i mam nadzieję, że podążanie tą ścieżką przyniesie wymierne efekty w najbliższych latach – podsumowuje Florjański.

Artur Pedryc

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 6/2026