Jakub Sieczko: Rozmowa z dziewiętnastolatkiem

Po latach pracy w zawodzie wraca pytanie, czy z młodzieńczych deklaracji i ideałów zostało coś więcej niż tylko wspomnienie. Między pierwszoroczną naiwnością a doświadczeniem codzienności rozciąga się droga, na której łatwo pomylić dojrzałość z rezygnacją.

Fot. gpointstudio/freepik.com

Kilka dni temu obejrzałem brytyjski film dokumentalny „63 Up”. Idea tego rozłożonego na dziesięciolecia projektu jest zachwycająca w swojej prostocie. Na początku lat sześćdziesiątych ekipa BBC sfilmowała kilkanaścioro siedmiolatków. Dzieciom zadawano proste pytania: co lubią, o czym marzą, jaki zawód chciałyby wykonywać, co najbardziej ich smuci. Chłopaków pytano, co sądzą o dziewczynach, i vice versa.

Do małych bohaterów wrócono z kamerą po siedmiu latach i podobne pytania zadano im w wieku lat czternastu, opowiedziano też o tym, co najważniejszego wydarzyło się w ich życiu. Po kolejnych siedmiu latach odwiedzono ich znowu i powtarzano to aż do 2019 r., kiedy bohaterowie mieli lat sześćdziesiąt trzy.Co siedem lat widzowie BBC otrzymywali film o losach śledzonych przez siebie postaci, zakrętach życiowych, smutkach i radościach, o tym, jak zmienia się ich myślenie o życiu i świecie. Nie są to historie, które można uznać za spektakularne – nikt z bohaterów nie zrobił oszałamiającej kariery ani też nie zsunął się w otchłań nałogu czy przestępczości.

Obserwujemy historię chłopca, który miał ambicję zostać wybitnym dżokejem; po kilkudziesięciu latach jest jednak taksówkarzem narzekającym na skutki Brexitu i platformy umożliwiające tanie przejazdy. Jest i mężczyzna, który w młodości interesował się nauką, ale wielkich odkryć nie dokonał; został jednak wykładowcą na całkiem niezłym uniwersytecie. Jest adwokat, urzędniczka, ktoś grający do kotleta. Nie wszyscy dożyli do emerytury, nie wszyscy cieszą się też dobrym zdrowiem – ktoś ma nowotwór, inny przez lata zmagał się z problemami natury psychiatrycznej.

Bardzo różnie układało się też bohaterom życie osobiste – niektórzy przeżyli kilkadziesiąt lat w jednym, wydaje się, szczęśliwym małżeństwie; inni spokoju w tej sferze zaznać nie mogą – czasem mają jeszcze na to nadzieje, czasem zupełnie nie. Na koniec Michael Apted, reżyser towarzyszący bohaterom od 1977 r. (kiedy powstało „21 up”), zadaje każdemu jedno pytanie: „Gdy patrzysz na to siedmioletnie dziecko na ekranie, to czy uważasz, że w tak małym człowieku możemy zobaczyć to, kim będzie jako dorosły?”.

O tym ciekawym i ważnym pytaniu pomyślałem, myśląc o moich koleżankach i kolegach, z którymi dwadzieścia trzy lata temu rozpocząłem lekarskie studia w ówczesnej Akademii Medycznej w Warszawie. Niewiele mam z nimi kontaktu – poszliśmy w różne strony, ale pamiętam nas, studentów pierwszego roku, przy rozwodnionym piwie rozmawiających o tym, jak widzimy swoją zawodową przyszłość, jakimi lekarzami chcielibyśmy być, jakie przyświecają nam zasady, żeby nie powiedzieć ideały.

Oczywiście do tych myśli można się dziś głównie uśmiechać, bo charakteryzowała nas, myślę po czasie, dość urocza młodzieńcza naiwność połączona z paraliżującym lękiem przed egzaminem końcowym z anatomii. Zdanie go wydawało się nam prawdopodobnie największym osiągnięciem dostępnym przedstawicielowi gatunku homo sapiens, a studenci czwartego czy piątego roku jawili się jako weterani, którym należy stawiać pomniki.

Potem wydarzyło się tak zwane życie, czyli zaskakująco szybko upływające lata studiów, staże, specjalizacje, śluby, u niektórych doktoraty, u innych dzieci, u jeszcze innych rozwody, u każdego zaś bez wyjątku tysiące godzin dyżurowych, tysiące pacjentów, nadzieje, frustracje, małe i większe kariery. Nikt z mojej studenckiej grupy nie został profesorem, kierownikiem kliniki, konsultantem krajowym, rokrocznie nie znajduję też nikogo z nas na liście stu najbardziej wpływowych postaci polskiej medycyny.

Ale kiedy czasem spotykam tych nie bardzo wpływowych, ale zaskakująco dorosłych ludzi, których pamiętam jako chudych i przestraszonych studenciaków w za dużych fartuchach, słyszę od każdego i każdej, że w sumie jest dobrze. Że się żyje, każdy znalazł swoje poletko i je sobie orze. Młodzieńczego idealizmu ani naiwności na pierwszy ani drugi rzut oka już u nikogo nie widać, ale chyba wszyscy zostaliśmy całkiem przyzwoitymi lekarzami, a to już coś.

Zastanawiam się za to czasami, że gdyby w studenckim klubie Medyk, gdzie, jak wydaje mi się po latach, jednak chrzcili piwo, ktoś postawił ponad dwadzieścia lat temu ukrytą kamerę i nagrał nasze ówczesne rozmowy – jak patrzylibyśmy na siebie dzisiaj? Pewnie raz po raz wybuchalibyśmy gromkim śmiechem, słysząc nasze idealistyczne wynurzenia i zestawiając je z szarą, czasem ponurą, rzeczywistością polskiej ochrony zdrowia, której zdecydowaliśmy oddać najlepsze lata swojego życia.

Może jednak zrobiłoby się któremuś lub którejś z nas nieco gorzko? Może pomyślelibyśmy, że przez te lata realizm zaczęliśmy mylić z cynizmem? Że z płomiennych deklaracji, iż „będziemy lekarzami, dla których najważniejszy jest pacjent”, została już w zasadzie wydmuszka? Bo choć to hasło pewnie nadal powtarzamy jak mantrę, może tak naprawdę niejeden i niejedna z nas zatracili się w rozgrywkach i konfliktach personalnych, które przecież towarzyszą polskiemu lekarzowi od pierwszego dnia specjalizacji?  Wreszcie – jak nasze plany zawodowe z roku 2003 mają się do nas – praktykujących lekarzy 2026 r. Tu akurat mogę mówić o sobie: na pierwszym roku studiów miałem być pediatrą, dziś pracuję prawie wyłącznie z dorosłymi.

Co wreszcie my, już po czterdziestce, powiedzielibyśmy tym pierwszoroczniakom? Jakiej rady udzielili? Chyba przede wszystkim takiej, żeby aż tak się tymi medycznymi studiami nie przejmowali – będzie dobrze. Pozdajecie te kolokwia i egzaminy, porobicie te specjalizacje. A o co oni mogliby spytać nas? Czy niektóre z tych pytań nie byłyby może bolesne i trudne? Ile z nich w nas zostało? A może ten płomienny, nieznający życia, uroczo naiwny dziewiętnastolatek może nas nauczyć czegoś bardzo cennego? Może warto czasem zobaczyć, kim byliśmy i o co nam chodziło na samym początku tej drogi, którą, często już nieco zmęczeni, kroczymy od lat?

Jakub Sieczko, lekarz anestezjolog

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 5/2026