Klaudiusz Komor: Jak przywrócić limity bez limitów
Żeby załatać katastrofalną lukę w finansach, NFZ chce płacić mniej, później, a najlepiej wcale. Skutkiem będą rekordowe kolejki do specjalistów i zmniejszenie dostępu do diagnostyki.

Można powiedzieć, że innowacyjne pomysły zasiadających w Ministerstwie Zdrowia (niezależnie od aktualnie rządzącej opcji) od lat nie przestają zadziwiać. Czasami wydaje się, że takie pomysły mogą powstać tylko u ludzi zupełnie nieznających realiów naszego systemu ochrony zdrowia.
I zwykle powstają mimo ostrzeżeń i protestów płynących chociażby z samorządu lekarskiego. A kiedy te „genialne” pomysły wchodzą w życie, okazuje się, że rzeczywistość jest zupełnie inna i efekty w systemie są zupełnie inne, niż się pomysłodawcom zdawało.
Od pewnego czasu największym zmartwieniem przy ulicy Miodowej 15 jest dziura w budżecie NFZ, sięgająca według szacunków w 2026 r. aż 23 mld zł. Oczywiście jest to efekt nieprzemyślanych decyzji w przeszłości, takich jak słynny „skok na kasę”, którego kolejny już minister nie jest w stanie odwrócić.
W ostatnich dniach słyszymy o nowych pomysłach na przynajmniej częściowe zlikwidowanie wspomnianej budżetowej dziury – swoją drogą to bardzo trudne zadanie. Jak to zrobić, żeby nie stworzyć wrażenia pogorszenia dostępności do leczenia, a jednak zaoszczędzić? Czyli nie wprowadzać z powrotem limitów np. w AOS, ale spowodować, że te limity wrócą?
Pisałem ostatnio o sprytnym ruchu z wprowadzeniem współczynnika 0,75 za wizyty kontynuowane w AOS w przypadku nieprzekroczenia mediany procentowego udziału wizyt pierwszorazowych, co już wydłużyło kolejki do specjalistów na wizyty kontrolne i zmniejszyło ich liczbę. Kolejnym pomysłem ma być płacenie za świadczenia wykonane ponad umowę tylko 40 proc. – mówi się o tomografii, rezonansie, kolonoskopii czy gastroskopii.
Co więcej, za te usługi wykonane ponad limit NFZ ma płacić jednorazowo po zakończeniu roku, a nie jak teraz – na bieżąco. Przecież, logicznie myśląc, spowoduje to dokładnie to samo, co wprowadzenie limitów – żaden dyrektor szpitala nie pozwoli wykonywać świadczeń ponad umowę, bo zwyczajnie będzie musiał za nie dopłacać. Koszt wykonania tych badań będzie większy niż to, co NFZ łaskawie za nie zapłaci, i to dopiero po kilku miesiącach. I nagle kolejki do tych procedur wydłużą się w błyskawicznym tempie.
Podobnie ma być w AOS – też nie będzie powrotu do limitów (zniesionych w 2021 r.), ale wizyty wykonane ponad limit będą opłacane w wysokości 40 proc. Analogiczna sytuacja – kto będzie chciał wykonywać i tak nie najlepiej wyceniane procedury za mniej niż połowę ich wartości? A wyobraźmy sobie, że taka poradnia nie osiągnie mediany procentu wizyt pierwszorazowych, więc z tych 40 proc. jeszcze do wszystkich kontynuacyjnych NFZ zastosuje współczynnik 0,75. Czyli wizyty praktycznie za darmo.
Patrząc obiektywnie na pomysły, można się spodziewać, że w przyszłym roku będziemy mieć w Polsce rekordowe kolejki do specjalistów (oczywiście poza wizytami pierwszorazowymi, bo te się będą opłacać, żeby przekroczyć medianę). I docelowo wzrost umieralności na raka jelita grubego, jeżeli w ten sposób ograniczymy na przykład kolonoskopię. Czy to naprawdę są przemyślane propozycje? Pomysły resortu nie przestają zadziwiać.
Klaudiusz Komor, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 4/2026