18 lipca 2024

Ostry żywot na Krymie

Do portu w Jałcie nowy kapitan wprowadził Minerve iście po kozacku. Przy dużej prędkości, wysokiej fali i silnym bocznym wietrze, wejście 12000 tonowego statku między główki falochronów, nie było prostym manewrem. Choć znał jałtański port dobrze – wcześniej „kapitanował” na jachtach oligarchów, co nie wspominał z entuzjazmem – było to jego  pierwsze wpłyniecie, jako kapitana Ukraińca, na luksusowym statku pasażerskim do ukraińskiego portu.

Funkcja kapitana przypadła mu dość nieoczekiwane dwa miesiące wcześniej. Było to duże wyróżnienie, bo kapitanów luksusowych linii pasażerskich z środkowo-wschodnioeuropejskim paszportem można policzyć na palcach jednej ręki stolarza.  Dziewiczy, kapitański rejs był dość trudny. Musiał przeprowadzić bezpiecznie statek z Indii do Egiptu. Zaokrętowaliśmy wtedy na statek doświadczony zespół uzbrojonych po zęby brytyjskich marines, burty otoczono zwojami drutu kolczastego, nie wspominając o specjalnym przygotowaniu szpitalika okrętowego do ewentualnego zaopatrzenia ran postrzałowych.

Pomimo to, żeglowanie powolną jednostką pasażerską, na wodach penetrowanych przez coraz to bardziej zuchwałych piratów, czy zawijanie do egzotycznych portów Erytrei, wiązało się z dużą odpowiedzialnością Pierwszego. Musiał też zmierzyć się z legendą Kapitana Johna, permanentnego od wielu lat Mastera Minervy, ulubieńca załogi, który wyznaczał standardy co dobre, a co złe na tej łódce. A mnie zależało, by statek szybko dotarł do portu. Dzień wcześniej, gdy przecinaliśmy Morze Czarne płynąc z  przedolimpijskiej jeszcze Soczi, u młodego asystenta Maitre D’ rozpoznałem ostre zapalenie wyrostka robaczkowego. Przebieg klasyczny, bez trudności diagnostycznych.

Tyle że ów 24-letni Filipińczyk przez kilka dni szerokim łukiem omijał Ship Medical Centre, a mnie w szczególności. Gdy bywałem w restauracji, chował swą zszarzałą twarz za imponującym menu i jak duch przemieszczał się szybko do drugiej restauracji na otwartym pokładzie. Młody mieszkaniec Mindanao zdawał się wtedy raczej na tradycyjne metody filipińskich szamanów i dalekowschodnią wytrzymałość na ból. Jednak w pewnym momencie, a konkretnie na środku Morza Czarnego, ten skądinąd bardzo grzeczny młodzieniec, ale już z twardym jak przysłowiowa deska brzuchem, poprosił mnie w końcu o pomoc.

W warunkach 12-24-godzinnej dostępności najbliższego szpitala lądowego, zabieg operacyjny na statku raczej nie wchodzi w rachubę. Inaczej sytuacja by wyglądała w czasie tzw. crossingu oceanu, który trwa około tygodnia. Wtedy przy braku możliwości ewakuacji, do rozważenia byłoby zachowawcze leczenie antybiotykami, metodą stosowaną kiedyś na amerykańskich łodziach podwodnych, lub zabieg operacyjny, szczególnie, że młodzieniec był  bardzo szczupły.

Pierwszym, który nas przywitał przy jałtańskiej kei, był nie kto inny jak nieśmiertelny na swym spiżowym pomniku towarzysz Lenin. Stojąc obok imperialistycznego baru McDonald’s i sklepu Louis Vuitton, ze wzrokiem utkwionym w morską dal, sugerował, że coś tam jest, jakiś obiekt, cel? Niektórzy naiwni pasażerowie z kraju hamburgerów XXXL, swym wzrokiem podążali w ową zagadkową dal, szukając nie wiadomo czego na horyzoncie. My, bo towarzyszył mi na burcie  kolega Polak – świetny specjalista, Główny Elektryk statku – wiedzieliśmy, że niczego tam nie ma, nic, pic na… przysłowiową wodę, w tym przypadku czarnomorską. Zupełnie innego zdania byli jednak mieszkańcy Krymu, wielu z nich w  prywatnych rozmowach przy wcześniejszych wizytach statku deklarowała nam, że Lenin jest OK, a świetlane czasy może nie ZSRR, ale Wielkiej Rosji jeszcze tu wrócą. I, o zgrozo, jak pokazała nieodległa historia, nie mylili się.

W ogóle Jałta pomimo ładnej zabudowy i pięknych śródziemnomorskich widoków nie kojarzyła mi się historycznie dobrze. Dałem temu werbalny wyraz wieczorem dnia poprzedniego w czasie wspólnej kolacji z pasażerami, oznajmiając między toastami mym Anglosaskim współbiesiadnikom, że jutro będą zwiedzać miejsce nieopodal Jałty, gdzie tzw. mocarstwa zachodnie zdradziły kiedyś swego wiernego sojusznika – Polskę.

Statek biorący sobie za patronkę Minerwę, boginię mądrości, miał również na swym pokładzie w większości wyedukowanych i oczytanych pasażerów. Byli to głównie zamożni przedstawiciele brytyjskiej klasy średniej, którym wybitni lektorzy, zazwyczaj profesorowie uniwersyteccy, w tym także nobliści, czy też emerytowani pracownicy Foreign Office rządu JKM, udzielali wykładów dotyczących historii, religii, ciekawostek archeologicznych, biologicznych bądź politycznych odwiedzanych portów.

Stąd moi goście wiedzieli doskonale, co mam na myśli wspominając o dawnym pałacu Potockich w Liwadii. Dla rozluźnienia nieco tężejącej atmosfery przy stole, a raczej na skutek znaczącego szturchnięcia mojej żony pod stołem, przyznałem, uciekając w zawsze bezpieczne tematy medyczne, że jako lekarz rozumiem, iż prezydent Roosevelt był podczas spotkania Wielkiej Trójki bardzo chory (choroba Heinego-Medina vs. zespół Guillaina-Barrégo) i zmarł dwa miesiące później. Nie był więc w stanie skutecznie negocjować z przebiegłym Stalinem. A stary, dobry Winston, cóż… starał się, robił, co mógł. Nad milionami zniewolonych za żelazną kurtyną w ciągu następnych 50 lat… Cisza przy stole. Ale historia kołem się toczy. Tym razem sytuacja polityczna właśnie na Krymie sprawiła, że młody i tryskający zdrowiem prezydent Stanów Zjednoczonych, w 25. rocznicę końca Jałty, złożył na Placu Zamkowym w Warszawie deklarację wierności sojuszom. Życzę mu długiego życia w zdrowiu i dobrej pamięci.

Współczesny kurort Jałta to wiele ekskluzywnych sanatoriów, ale dostępny był tylko jeden malutki miejski szpital z oddziałem chirurgicznym. Aby zapewnić jak najlepsze warunki do operacji młodego Filipińczyka zadecydowałem o wysłaniu go do szpitala w niedalekim Sewastopolu. Tą w ostatecznym rozrachunku trafną decyzję, pomógł mi podjąć Andriej – rosyjski lekarz, neurochirurg, który był lokalnym przedstawicielem prywatnej rosyjskiej agencji medycznej pośredniczącej w sytuacjach nagłej potrzeby hospitalizacji pasażerów lub członków załogi. Współpracowałem z nimi już kiedyś w czasie rejsów do Sankt Petersburga i muszę przyznać, że byli bardzo pomocni w biurokratycznym gąszczu postradzieckiej służby zdrowia.

Gdy żona z córką wyjechały na całodniową wycieczkę  po Krymie a ja przyjmowałem w ambulatorium na statku, „chirurgiczeskaja brigada” szpitala miejskiego numer 1 w Sewastopolu szybko i sprawnie zajęła się „ostrym żywotem” (po rosyjsku: ostry brzuch) usuwając wyrostek młodemu Maitre D’. A po nim taśmowo jeszcze ośmiu innych, o czym dowiedziałem się następnego ranka pijąc po przyjacielsku dyżurną kawę-lurkę z ziewającym kolegą anestezjologiem-reanimatologiem z sewastopolskiego szpitala.

Szpital był oczywiście imienia Mikołaja Pirogowa, twórcy rosyjskiej chirurgii polowej, a także dawcy nazwy trójkątowi na szyi i „wyciągającego” pytania na egzaminie z anatomii. Wielki chirurg, propagator miedzy innymi narkozy eterowej drogą doodbytniczą – co na polu walki nawet z dzisiejszej perspektywy wydaje się hmmm… całkiem nie głupim pomysłem – uwieczniony został na imponującym obrazie, prawie 100-metrowej panoramie „Obrony Sewastopola w Wojnie Krymskiej 1854-55”. Obok niego przedstawiono tam również Daszę Sewastopolską, która obecnie patronuje szpitalowi miejskiemu nr 3. Dasza była kimś więcej niż tylko odpowiedniczką działającej po drugiej stronie okopów (faktycznie w Turcji) Florence Nigthingale – twórczyni współczesnego pielęgniarstwa.

Ta prosta 17-letnia rosyjska dziewczyna,  córka marynarza  zabitego w bitwie morskiej pod Synopą, była pielęgniarką w szpitalu polowym Pirogowa. Ale również jako sanitariuszka ewakuowała na własnych plecach z pola walki, pod obstrzałem rannych rosyjskich żołnierzy. Nawet car Mikołaj I docenił jej  odwagę dekorując złotym medalem Świętego Włodzimierza „Za Poświęcenie”, pomimo jej niskiego statusu społecznego. Ba, dobry dieduszka car dołożył dodatkowo 1000 srebrnych rubli posagu, gdy wychodziła za mąż. Ciekawostką jest, że odznaczenie Orderem Św. Włodzimierza nadawało dziedziczne szlachectwo i jednym z „orderowych szlachciców” był wspomniany wcześniej Włodzimierz Uljanow.

W niecałe 100 lat później Sewastopol ponownie był oblegany, tym razem przez armię hitlerowskich Niemiec. W paranoicznych wizjach Hitlera, Krym-Tauryda jawił się jako kolebka germańskiego plemiona Gotów, a sam Sewastopol przechrzczony został na Port Teodoryka (Teodorikshafen). Bardziej pragmatyczny niemiecki Sztab Generalny traktował Krym jako „niezatapialny lotniskowiec” dający Luftwaffe zasięg do wszystkich strategicznych celów, w tym roponośnych rejonów Rumunii i Kaukazu. Miasto broniło się mężnie przez 250 dni, wielokrotnie dłużej niż podobne oblegane strategiczne porty jak Singapur, czy broniony między innymi przez polską Samodzielną Brygadę Karpacką Tobruk.

Szpitale miejskie ukryte w głębokich sztolniach pracowały dzień i noc. Niestety tym razem setki młodych sanitariuszek miały mniej szczęścia niż Dasza, o czym świadczą ich imiona wyryte na granitowych płytach, monstrualnych pomników obrońców miasta. Sewastopol, na równi ze Leningradem i Stalingradem, uznano za miasto-bohaterów.

W rosyjskiej tradycji historycznej Sewastopol jest ważny również, obok Odessy, jako główne miejsce wydarzeń rewolucyjnych w latach 1905-07. Smutny los wyrzuconego za burtę lekarza okrętowego Lejtnanta Smirnowa, przez zbuntowanych matrosów pancernika Kniaź Potiomkin, z kultowego filmu Siergieja Eisensteina, powinien być memento dla współczesnych medyków morskich, by należycie dbali o mesę załogową. Psychika załogi statku to bardzo delikatna struktura. Morski cieśla z Luzon, czy pomywacz kuchenny z Manili, odpracowują z dala od rodziny trudne, 9-miesięczne kontrakty. Bywało i na Minervie, że zabójczy bosmański nóż, był przyczyną krótkiej nocy lekarza okrętowego i mozolnego cerowania ran ciętych do rana.

Moja żona z córką wróciły pod wyraźnym wrażeniem z wycieczki do Bachczysaraju i jego przepychu kulturowego. Wygląda na to, że Sienkiewiczowska wizja „dzikich krymskich ord” nijak się ma do prawdziwej historiografii, a „Sonety Krymskie” Mickiewicza bliższe są  klimatowi Krymu. Możliwe, że polskie jasnowłose branki po raz pierwszy w życiu kosztowały ciepłych, wonnych kąpieli właśnie w marmurowych łaźniach krymskich chanów. Kto wie, może szybko zapominały o codziennym, sarmackim higienicznym saganku zimnej wody. Dlatego też ciekawym problemem z punktu widzenia archeogenetyki wydaje się być pula genowa współczesnych Tatarów krymskich – prawdziwych mieszkańców Krymu. Jak wielu z nich ma krople polskiej krewi?

Po południu zastępca kapitana, Eduard, również Ukrainiec, zaprosił nas na ukraińskie przysmaki. W wybitnie rosyjskim kulturowo Sewastopolu niełatwo było znaleźć typową ukraińską restaurację. Ale gdy już trafiliśmy, nie żałowaliśmy trudu długiej wędrówki pięknymi bulwarami Zatoki Sewastopolskiej. Bukiet smacznych kiszonych warzyw i sało, rodzaj solnego boczku z czosnkiem, bezwzględnie wymagały „rozpuszczenia” w wódce z Niemirowa, a Eduard raczył nas ciekawymi morskimi opowieściami.

Będąc wcześniej kapitanem statku handlowego uratował 40. morskich nielegalnych emigrantów z Afryki. Pomimo udzielonej pierwszej pomocy, kilkoro, w tym młode kobiety, zmarło z odwodnienia na pokładzie jego statku, zanim dotarły helikoptery SAR z Malty. Był to uczęszczany szlak morski, lecz Eduard był pierwszym, który zdecydował się zmienić kurs swej jednostki, by podjąć rozbitków. Jego rejs uległ zaburzeniu, było znaczące opóźnienie w dostarczeniu cargo, potem nieprzyjemne kontrole i inspekcje portowe. Prowokacyjnie spytałem, czy żałował swej decyzji w aspekcie późniejszych nieprzyjemności. Z uśmiechem odpowiedział, że „nie”, ma teraz spokojny sen i nie potrzebuje mojej „anestezjologiczno/nasennej” pomocy lekarza okrętowego. Jeśli czegoś żałuje, to tego, że ktoś z naszej lekarskiej trójki nie był wtedy na pokładzie jego statku. Mówi się, że „medycyna uczy pokory”. Morze natomiast, jak każdy żywioł, który przezwyciężamy – odwagi.

Gdy młody Filipińczyk „goił się dobrze” czekając na swój lot do Manili, luksusowa Minerva wzięła kurs na Odessę i nową morską opowieść. My zaś po kolacji, oczywiście z astrachańskim kawiorem z bieługi, podziwialiśmy popisy wojskowego zespołu artystycznego Bazy Morskiej w Sewastopolu. Nie przypuszczaliśmy wtedy, że skocznie tańczący i grający na harmoszkach oraz bałałajkach rosyjscy matrosi Floty Czarnomorskiej, wkrótce wystąpią w zupełnie innej roli na Krymie.

Dr n. med. Wojciech Pietrzyk