Na innych falach. Antyszczepionkowcy w świecie memów

Piętnasty dzień września. W Sejmie odbywa się debata na temat obowiązku szczepień. Wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki podsumowuje: „W ocenie większości uczestników, w Polsce nie powinno być obowiązku szczepień i nie wolno zmuszać rodziców do szczepień, strasząc epidemiami”.

Foto: pixabay.com

Kilka godzin później ze szpitala w Białogardzie uciekają rodzice wraz z noworodkiem wcześniakiem. „Rodzice odmówili wykonywania jakichkolwiek czynności wobec dziecka. Pediatrzy długo rozmawiali z matką. Miała, podobnie jak ojciec dziecka, inne podejście do współczesnej medycyny. Byli przeciwnikami szczepień, a oczy chcieli zakrapiać mlekiem matki” – cytuje jednego z lekarzy białogardzkiego szpitala portal tvn24.pl.

Szpital powiadamia sąd, który orzeka o częściowym ograniczeniu sprawowania władzy rodzicielskiej w zakresie udzielanych świadczeń medycznych i ustanawia kuratora. W Polskę idzie wieść o rodzicach porywaczach, parę ściga policja i prokuratura. W internecie pojawia się film nagrany przez ojca urodzonej w 36. tygodniu ciąży dziewczynki. „Nasza córka urodziła się o czasie. Ciąża jest donoszona, poród odbył się bez komplikacji, dziecko nie potrzebowało inkubatora” – tłumaczy ojciec i jednocześnie skarży się na odmowę wykonania u dziecka badań w kierunku wrodzonych niedoborów odporności oraz nieudostępnienie mu ulotki witaminy K.

W TVP Info minister Konstanty Radziwiłł informuje o wysłaniu kontroli do szpitala. Patryk Jaki mówi w radiowej „Jedyce”: „intuicja podpowiada mi, że w tej sprawie rodzice mogą mieć rację”. Rodziców broni ojciec Tadeusz Rydzyk, dopatruje się ataku na rodzinę i sugeruje, że „tu chodzi o interesy”. Przed sądem w Białogardzie odbywa się pikieta. „Dzieci należą do rodziny. Nie do urzędników medycznych” – krzyczy wielki banner rozpostarty przez protestujących. Sąd cofa podjętą cztery dni wcześniej decyzję. I robi unik, tłumacząc, że dotyczyła ona wyłącznie opieki poporodowej, przez co traci moc. Rodzice składają do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez lekarzy i żądają od szpitala odszkodowania w wysokości 500 tys. zł.

Koniec września, początek października. Przychodzi czas na komentarze pisane „na chłodno”. Szymon Hołownia ostrzega w „Tygodniku Powszechnym”: „Przyjąłem prostą strategię: wrzucasz u siebie antyszczepionkową propagandę, wylatujesz z grona moich znajomych (chodzi o to, byś nie zabił kogoś, szerząc te brednie za pomocą mojej społecznej sieci)”. „Dziennik Gazeta Prawna” publikuje obszerny wywiad z prof. Zbigniewem Szawarskim. „Jeżeli ktoś wierzy, że szczepienia to spisek koncernów, żeby zarobić pieniądze, to nie ma pola do rozmowy” – twierdzi profesor. Tytuł wywiadu dobrze podsumowuje tego typu zdecydowane postawy: „Z fanatykami się nie dyskutuje”. W mojej ocenie my – pracujący w oparciu o zasady medycyny naukowej – niczego w ten sposób nie ugramy. Białogard to dowód.

Tak zwana medycyna alternatywna od zawsze towarzyszyła tej konwencjonalnej. Różnica jest taka, że szeptucha zdejmująca dawniej uroki z tych, którzy zdołali do niej dotrzeć gdzieś „na skraj świata”, dziś bloguje, vloguje, twittuje, korzysta ze Snapchata i Hangoutsa, ma oczywiście konto na Facebooku i tysiące fanów. Czas na taką aktywność jest wymarzony, bo wchodzi właśnie w dorosłość tak zwane pokolenie Z, dla którego internet to podstawowe źródło wiedzy i wymiany myśli. Do nas, „staruszków” z pokolenia X (urodzeni w latach 60. i 70. Ubiegłego wieku), chyba nie w pełni to dociera. Żyjemy w błędnym przeświadczeniu, że jest tylko nasz drukowany przekaz i coraz bardziej tracimy orientację, „co w trawie piszczy”.

Szósty dzień października. Słucham podczas sympozjum diabetologicznego w Zakopanem wykładu „Czego nauczył mnie Facebook” Teresy Benbenek-Klupy, edukatorki diabetologicznej z Krakowa. Autorka pokazuje slajd z nazwami kilku fejsbukowych grup dyskusyjnych, zrzeszających po nawet kilkanaście tysięcy chorych na cukrzycę. I pyta, kto ze słuchaczy śledzi dyskusje prowadzone przez chorych w internecie. Do góry wędrują dwie, trzy ręce. Na sali jest mniej więcej sto razy więcej diabetologów. A tylu ciekawych rzeczy można dowiedzieć się z sieci na temat problemów nurtujących chorych i nawiasem mówiąc – na swój temat także.

Wniosek nasuwa się oczywisty: medycyna oparta na faktach musi zacząć propagować swoje zdobycze drogą najpopularniejszych form przekazu. To jest droga, która prowadzi pod współczesne strzechy.

Sławomir Badurek
Diabetolog, publicysta medyczny

Powiązane aktualności

Jeden komentarz

Skomentuj
  1. dr Marcin
    Lis 20, 2017 - 09:30 PM

    Wyjątkowo udany felieton Dra Badurka

    ODPOWIEDZ

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *