Nam skakać nie kazano (felieton)

Jeśli przypadkowo nie jest się żyjącym w swoim świecie eremitą, bardzo trudno jest przejść przez życie, omijając politykę szerokim łukiem. Czy to się nam podoba, czy nie, funkcjonowanie państwa zależy od partyjnych ustaleń.

4 2

1 3

VII kadencja Sejmu RP
Foto: Krzysztof Białoskórski

A te częściej niż wskutek rzeczowej i pełnej wzajemnego szacunku dyskusji są wynikiem sprowadzenia przeciwnika do parteru w atmosferze pomówień, upokorzeń i dokuczliwego w odbiorze jazgotu. Tym bardziej więc należy docenić ogromną i jednocześnie rzadko zauważaną zaletę zawodu lekarza, jaką jest możliwość pozostawania w stanie politycznej neutralności bez większego uszczerbku dla kariery.

To jedna z nielicznych obecnie oznak wolności lekarskiego fachu i zarazem nasza przewaga nie tylko nad żyjącymi z polityki, ale i zatrudnionymi w kulturze, mediach i samorządach, którzy po każdym mocniejszym wychyleniu wyborczego wahadła muszą rozstrzygać hamletowskie dylematy w rodzaju: zapisać się do PiS-u czy też – niczym stale szukający swojego miejsca Roman Giertych – skakać w obronie podobno zagrożonej demokracji z megafonem w dłoni.

Patrząc z perspektywy stojącego na uboczu obserwatora, chciałoby się, by ochrona zdrowia przestała być targana przez polityczne burze i rozwijała się niezależnie, czy „nasi” są akurat przy władzy. Często słyszę tęskne opinie, że wszystko byłoby dobrze, gdyby „oni się tam na górze tak między sobą nie żarli”. To naiwne rozumowanie.

W PRL-u przez dziesięciolecia niezwykle rzadko dochodziło do jakichkolwiek politycznych sporów. Nie dość, że kierowniczą rolę sprawowała nieboszczka PZPR, to jeszcze w sejmie, oprócz jej przedstawicieli, zasiadali praktycznie wyłącznie akolici z ZSL i SD. Co z tej zgodności na szczytach władzy wyszło, przypominać nie trzeba. Oczywiście dałoby się nasz sektor uwolnić od politycznych wpływów, przynajmniej w znacznym stopniu.

Potrzebne byłoby spełnienie jednego warunku: decyzje, jak spożytkować pieniądze „na zdrowie”, podejmowaliby indywidualnie wyborcy, a nie wybrani. Zadaniem polityków byłoby stworzenie ram organizacyjnych systemu. Tymczasem państwo od powojnia trzyma służbę zdrowia za łeb i udaje, że to wszystko dla dobra pacjentów. Perspektywa poluzowania uścisku pojawiła się jesienią 2007 r., kiedy PO sięgała po władzę pod modnymi wówczas hasłami wolności gospodarczej. Zapowiadano konkurencję dla NFZ, podwyższenie składki zdrowotnej, prywatyzację, komercjalizację i dodatkowe ubezpieczenia.

Skończyło się na karykaturalnych w stosunku do składanych obietnic zmianach, korzystnych przede wszystkim dla krewnych i znajomych królika oraz wybranych grup lekarzy specjalistów, którzy mieli szczęście znaleźć się w miejscu opadów złotego deszczu. Na plus minionych ośmiu lat należy zaliczyć znaczącą poprawę infrastruktury.

Pomijając przypadki przysłowiowego wyrzucania pieniędzy w błoto, przybyło nowoczesnych szpitali i przychodni – zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. Nie było to jednak zasługą kierujących resortem przy Miodowej, tylko skutkiem pozyskania przez samorządy lokalne dodatkowych środków z funduszy unijnych oraz pozaunijnych mechanizmów finansowych.

Od jesieni mamy nowe polityczne rozdanie i nowego ministra. Gdyby zamiarem doktora Radziwiłła było zdystansowanie poprzedników z PO, mógłby dosłownie za chwilę spocząć na laurach. Bezszelestny początek roku w POZ, zwiększenie naboru na studia medyczne, przywrócenie stażu podyplomowego, zatrzymanie przymusowej komercjalizacji szpitali, poprawa dostępności do leków i nieuciekanie się do antylekarskiego czarnego pijaru wystarczyłyby do tego w zupełności.

Aspiracje nowego szefa resortu zdrowia, skądinąd doskonale znającego system ochrony zdrowia od strony praktycznej, sięgają o wiele dalej. Doktor Radziwiłł dobrze wie, że nie da się zrealizować ambitnych planów bez dodatkowych, pokaźnych środków. Ten mur może być bardzo trudny do przebicia. Nie tylko z uwagi na słabe zaplecze polityczne nowego ministra, jak wspomniałem – praktyka, a nie polityka.

Ośmioletnie rządy PO przyniosły wprawdzie skumulowany wzrost PKB w wysokości około 25 proc., ale niemal stuprocentowy wzrost zadłużenia państwa! Obsługa długu pochłania więcej niż środki potrzebne do podźwignięcia ochrony zdrowia do przyzwoitego poziomu. Nie trzeba skakać, by to dostrzec i zdać sobie sprawę z konsekwencji.

Sławomir Badurek
Diabetolog, publicysta medyczny

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 2/2016

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.