22 kwietnia 2026

Jarosław Wanecki: Jednego serca

Po wyborze władz mojego okręgu wspominałem epizod sprzed 16 lat, gdy zostałem przewodniczącym izby lekarskiej w Płocku. Był pozjazdowy poniedziałek.

Fot. Ryszard Golański

Jechałem samochodem bez zestawu głośnomówiącego, gdy zadzwonił telefon, a ja, nie bacząc na konsekwencje, odebrałem połączenie. Myślę, że każdy z 24 nominatów ówczesnego Konwentu, zrobił to samo. Dzwonił prezes NRL. Zanim przyszło listem oficjalne pismo, usłyszałem słowa: gratuluję i zapraszam. To nie była tylko kurtuazja, ale szanowanie.

Kiedy przyszedłem do dyrektorskiego sekretariatu w pierwszym dniu rozpoczynającego się właśnie stażu, niepokoiłem się sytuacją, że jednocześnie spóźnię się na odprawę w oddziale dziecięcym. Wieść gminna niosła, że ordynator nie lubił, gdy podczas porannego odpytywania dyżurantów nie było zespołu w komplecie.

Naczelny, otwierając drzwi swojego gabinetu, zakładał fartuch i zamiast kiwnąć, abym wszedł do niego, zagarnął mnie w kierunku wyjścia. Szybkim tempem przemierzaliśmy korytarze i klatki schodowe, by po kilku minutach stanąć w progu pokoju pediatrów. Wszyscy jak w szkolnej klasie niezależnie od wieku wstali. „Przepraszam, że przerywam, przedstawiam wam nowego kolegę, który chce być jednym z was. Zajmijcie się nim jak najlepiej”.

Kończąc projekty artystyczne i konferencyjne, kiedy milkną brawa, gasną światła ramp i reklamowe torby zaśmiecają opustoszale sale wykładowe, zbieram zaangażowanych w pracę i gadam, zanim wszyscy pobiegną do swoich spraw. Lubię ten moment omówienia, gdy mogę każdemu podziękować, nie unikając jednak wytykania błędów – serdecznym palcem oczywiście. Takie spotkania natychmiast rozładowują napięcia. Nawet z najbardziej udanego wydarzenia można przecież wyciągnąć naukę.

Z drugiej strony, jeśli coś poszło nie tak, szybkie mierzenie się z porażką stwarza szansę na odrodzenie i ucieczkę przed frustracją. Oglądanie się do tyłu ma znaczenie tylko w dwóch wypadkach: zachwytu nad umiejętnościami poprzedników i uniknięcia refrenu potknięć. Finałem wszelkich spotkań jubileuszowych, naukowych, kulturalnych niemal zawsze jest jedzenie. Stół z obrusem, do zasiadania lub wysoki dla stojących.

Wspólnota w czasie posiłku łączy rodziny i korporacje, stwarza okazję do rozmowy, anegdoty, śmiechu i krótkich spięć, rozładowywanych zmianą tematów. Przy stole zawiązują się znajomości, a nawet przyjaźnie. Do stołu można się przysiąść, przedstawić się wszem obecnym i zaistnieć. Rozgadanym stygną dania. Zawstydzeni ukrywają wzrok w talerzu. Biesiadnicy dzielą się sobą, odkrywając nie tylko smaki, ale także karty planów, żalów i zarysu osobowości.

Tradycją mojej izby jest wręczanie pióra wiecznego przez ustępującego prezesa prezesowi elektowi, aby dobrze podpisywało się dokumenty i aby w tej sygnaturze była ciągłość sensów, choć każdy ma inny charakter pisma. Zamaszysta parafa czy wycyzelowany autograf są czasem jedynym łącznikiem między samorządową władzą i lekarzami, którzy w większości nie zauważają nawet wyborów, frakcyjnej kłótni, walki o wpływy, debat o niczym, kuluarowych szeptów, apeli strzelistych i stanowisk stanowczych, a co za tym idzie – dętych i śmiesznych.

Od wielkiego dzwonu przygotowuję projekty artystyczne z licealistami. Ucząc poruszania się po scenie i wykładając tajniki dobrego scenariusza, patrzę z podziwem, jakie zdolne jest dojrzewające pokolenie. Kiedy milkną brawa, dbam o symboliczną gażę, organizując wyjazd do teatru i pokazując profesjonalne programy, by mogli w przyszłości równać do najlepszych.

Ostatnio wybrałem się z grupą musicalową najstarszej polskiej szkoły średniej do warszawskiej Romy, by na nowej scenie posłuchali świetnych aranżacji i genialnych wykonań piosenek z repertuaru Czesława Niemena. „Jednego serca” niezależnie od płci i wieku trzeba nam wszystkim na ziemi. Ośmioosobowy zespół reżyserowany przez Annę Srokę-Hryń zakończył brawurowy koncert słowami, że nie można milczeć i bać się ludzi złych, kiedy „sercem dzwon bije… naszą siłą jest krzyk” i brak obojętności.

Chciałbym być „cichym pomiędzy cichemi” i nie używać siły głosu, gdyby wciąż nie okazywało się, że „żądam za wiele”, oczekując niekoniunkturalnej życzliwości przy powitaniu i stole. Ale „dziwny jest ten świat / Świat ludzkich spraw / Czasem, aż wstyd przyznać się / A jednak często jest / Że ktoś słowem złym / Zabija tak – jak nożem”.

Jarosław Wanecki, pediatra, felietonista

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 4/2026