Podróbki z AI zalewają internet
Znani lekarze „reklamujący” cudowne środki na wzrok, nadciśnienie czy cukrzycę to w rzeczywistości ofiary oszustów. Spreparowane nagrania wykorzystują ich wizerunek i głos, by sprzedawać wątpliwe produkty. Skala zjawiska rośnie, a prawo wciąż nie nadąża.

Profesor Jerzy Szaflik zachęcający na Facebooku do zakupu cudownego preparatu z wyciągiem z imbiru i cytryny, przywracającego wzrok w kilkanaście dni. Profesor Adam Torbicki promujący w mediach społecznościowych niezwykle skuteczny środek na nadciśnienie. Wreszcie doktor Michał Sutkowski polecający rzekomo rewolucyjny lek na cukrzycę. W rzeczywistości żaden z nich nigdy nie reklamował leków ani suplementów diety.
Cała trójka padła ofiarą oszustów. Były to typowe deepfaki. W spreparowanych nagraniach wykorzystano ich wizerunek i głos. Długo krążyły potem w sieci, podważając autorytet lekarzy, ale i uderzając w pacjentów, których fałszywe reklamy zachęciły do zakupu suplementów.
Prawo próbuje nadążyć za technologią i przewiduje narzędzia do walki z takimi nadużyciami. Tyle że rzeczywistość cyfrowa jest o krok przed regulacjami. Fałszywe nagranie można stworzyć w kilka godzin, a jego usunięcie trwa długo, o ile w ogóle się uda.
Przybywa oszustów
NASK – Państwowy Instytut Badawczy zajmujący się cyberprzestrzenią zidentyfikował w ostatnim czasie ponad 13 tys. fałszywych materiałów (deepfake’ów), głównie o charakterze reklamowym. 16 proc. fałszywych treści odnosiło się do tematyki medycznej. Z kolei z raportu działalności CERT Polska za 2025 r. wynika, że liczba zarejestrowanych incydentów cyberbezpieczeństwa wzrosła rok do roku aż o 152 proc.! W wypadku medycyny w u.br. doszło do 724 incydentów.
Myślimy emocjami
Trzej znani lekarze nie są jedynymi, których wizerunek wykorzystano bez ich wiedzy i zgody w zmanipulowanych nagraniach. Dlaczego oszuści wykorzystują znane twarze, żeby uwiarygodnić nagranie? – Wykorzystanie wizerunku znanych osób znacząco zwiększa wiarygodność przekazu. Jednocześnie mamy ograniczoną kontrolę nad tym, jak reagujemy. Nie da się po prostu wyłączyć emocji i przełączyć na całkowicie racjonalne myślenie – tłumaczy Konrad Maj, psycholog społeczny, założyciel i kierownik Centrum HumanTech, adiunkt na Uniwersytecie SWPS.
Psycholog wyjaśnia, że badania jasno pokazują, że jesteśmy na takie przekazy podatni niezależnie od tego, czy dotyczą one lekarzy, czy innych autorytetów. Obecnie szczególnie dużo przypadków dotyczy rynku suplementów diety. To obszar atrakcyjny finansowo, a jednocześnie mniej ryzykowny pod względem konsekwencji prawnych niż reklama leków, dlatego skala nadużyć jest tam największa.
Według Konrada Maja człowiek bardzo emocjonalnie odbiera rzeczywistość. Nasz mózg działa na skróty. Kiedy widzimy lekarza w białym fartuchu, niemal natychmiast pojawia się przekonanie, że to ktoś kompetentny i godny zaufania. Nie analizujemy tego świadomie. To reakcja automatyczna, głęboko zakorzeniona.
– Podobny mechanizm uruchamia się w wielu sytuacjach. Mundur policjanta wywołuje respekt, garnitur kojarzy się z profesjonalizmem, a gabinet lekarski z wiedzą i bezpieczeństwem. Te skojarzenia budują się latami, od dzieciństwa, poprzez doświadczenia, kulturę i przekazy medialne – wyjaśnia psycholog. Przekonuje, że w przypadku lekarza efekt jest szczególnie silny.
Jego wygląd i otoczenie kierują nasze myśli w stronę zdrowia i troski o siebie. Pojawia się przekonanie, że warto go posłuchać, bo może przekazać ważne informacje. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni, od lat oglądamy ekspertów w mediach i traktujemy ich jako źródło wiedzy.
– Ten mechanizm działa poza naszą pełną kontrolą. Nawet jeśli pojawia się cień wątpliwości, pierwsze wrażenie oparte na emocji i skojarzeniu już zdążyło zadziałać. To trochę jak w filmach. Wiemy, że oglądamy fikcję, a mimo to reagujemy prawdziwymi emocjami – mówi psycholog.
Zatarte granice
Konard Maj przekonuje, że nasza podatność rośnie jeszcze bardziej, gdy pojawia się strach. W sytuacji zagrożenia zdrowia przestajemy analizować spokojnie i krytycznie. Szukamy szybkich odpowiedzi i osób, którym można zaufać. Wtedy wystarczy odpowiedni obraz czy ton głosu, aby uruchomić automatycznie zaufanie.
– Działa tu także efekt familiarności. Jeśli widzimy twarz, którą kojarzymy, nawet jeśli to tylko złudzenie stworzone przez technologię, łatwiej ją akceptujemy i rzadziej podważamy jej wiarygodność. Dlatego współczesne formy manipulacji, takie jak spreparowane nagrania czy podszywanie się pod ekspertów, mogą być tak skuteczne. Opierają się nie na logice, lecz na naszych nawykach poznawczych – wyjaśnia psycholog.
W jego ocenie nie wszyscy mają takie same możliwości obrony przed tymi mechanizmami. Osoby mniej zaznajomione z technologią mogą mieć większą trudność z odróżnieniem prawdy od fałszu. Jednak nawet osoby świadome nie są całkowicie odporne, ponieważ emocje działają szybciej niż analiza. To sprawia, że granica między rzetelną informacją a manipulacją zaczyna się zacierać, szczególnie w obszarze zdrowia, gdzie łatwo wzbudzić silne emocje.
Nieprzypadkowo właśnie tam pojawia się najwięcej nadużyć. W efekcie mamy do czynienia ze zjawiskiem powszechnym i potencjalnie niebezpiecznym, ponieważ może ono realnie wpływać na decyzje dotyczące zdrowia, opierając się na manipulacji i fałszywym poczuciu wiarygodności.
Przepisy są, gorzej z praktyką
Z punktu widzenia prawa sytuacja jest jednoznaczna. W grę wchodzi art. 190a par. 2 Kodeksu karnego, który dotyczy m.in. wykorzystywania wizerunku lub danych osoby bez jej zgody, w tym także w kontekście tzw. deepfake’ów, np. gdy czyjś wizerunek jest używany do uwiarygodnienia produktu lub wprowadzenia innych osób w błąd.
– Jeżeli w wyniku takiego działania dochodzi do szkody majątkowej lub niemajątkowej, mamy do czynienia z przestępstwem zagrożonym karą pozbawienia wolności do lat ośmiu. Co istotne, jest to przestępstwo ścigane na wniosek pokrzywdzonego. Oznacza to, że prokuratura może prowadzić postępowanie dopiero po złożeniu wniosku – tłumaczy Andrzej Zorski, adwokat i wspólnik w kancelarii prawnej PZ Adwokaci.
Po złożeniu wniosku dalsze czynności prowadzi już prokurator, nie jest to więc sytuacja, w której pokrzywdzony musi samodzielnie dochodzić swoich praw, jak np. w przypadku zniesławienia czy znieważenia. – Największym problemem w praktyce pozostaje jednak identyfikacja sprawców. Często są to podmioty działające poza Polską, nierzadko w różnych jurysdykcjach (np. Azja), co znacząco utrudnia ich ściganie. Wymaga to zaawansowanych narzędzi z zakresu cyberprzestępczości oraz współpracy międzynarodowej – mówi prawnik.
W efekcie, choć przepisy prawa karnego formalnie obejmują takie przypadki, to ich skuteczne egzekwowanie bywa w praktyce trudne ze względu na rozproszony i często anonimowy charakter sprawców. Dopuszczający się takich działań pozostają nieuchwytni.
– Z mojego doświadczenia wynika, że wiele takich spraw kończy się w tzw. ślepej uliczce, ustala się, że doszło do przestępstwa, ale nie udaje się zidentyfikować sprawcy. Często ślady prowadzą przez różne państwa, nierzadko do jurysdykcji takich jak Belize, co dodatkowo utrudnia postępowanie – tłumaczy Andrzej Zorski.
W przypadku reklam z użyciem wizerunku znanych osób pojawiają się konkretne produkty lub usługi, które można kupić i które są oferowane przez określone podmioty. W takich przypadkach naturalnie nasuwa się pytanie, czy nie można dotrzeć do sprawcy właśnie poprzez firmę, która rzekomo stoi za reklamą.
W praktyce jednak często okazuje się, że te „firmy” są podmiotami trudnymi do zidentyfikowania, zarejestrowanymi w różnych jurysdykcjach albo działającymi wyłącznie online. Dotyczy to szczególnie sprzedaży suplementów, odzieży czy innych produktów z tzw. stron widm, które potrafią powstać i zniknąć w bardzo krótkim czasie. W wielu takich przypadkach ścieżka prowadzi do podmiotów z Chin lub innych krajów.
– Oczywiście, jeśli mamy do czynienia z renomowaną firmą np. z branży farmaceutycznej, która świadomie uczestniczy w takich działaniach lub je akceptuje, może ponosić odpowiedzialność. Wówczas w grę wchodzi zarówno odpowiedzialność cywilna, jak i karna osób fizycznych, które podejmowały decyzje w jej imieniu, ponieważ same spółki co do zasady nie ponoszą odpowiedzialności karnej – wyjaśnia prawnik.
Sytuacja może być jednak bardziej złożona, gdy w grę wchodzi marketing afiliacyjny. Zdarza się, że zewnętrzne podmioty wykorzystują linki afiliacyjne i tworzą fałszywe strony promujące produkt bez wiedzy głównej firmy. Wtedy dochodzi do sytuacji, w której ktoś zarabia na ruchu generowanym przez reklamy z deepfake’ami, mimo że oficjalny producent nie ma świadomości takich działań.
Dopiero gdy firma uzyska wiedzę o takich praktykach i ich nie powstrzyma, można rozważać jej współodpowiedzialność. Jeżeli wizerunek znanej osoby jest wykorzystywany bez jej zgody możliwe jest dochodzenie zadośćuczynienia i odszkodowania za naruszenie dóbr osobistych, w szczególności prawa do wizerunku.
Ślepe pozwy
Ściganie tego typu przestępstw miały ułatwić tzw. ślepe pozwy. Polega to na tym, że składa się pozew przeciwko „osobie nieznanej”, a następnie sąd w ciągu siedmiu dni występuje do dostawcy usług pośrednich oraz do przedsiębiorcy telekomunikacyjnego o przekazanie posiadanych danych.
Pojawiły się dwa poselskie projekty nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego w tej sprawie. Proponowane rozwiązania przewidywały większe obowiązki po stronie pośredników internetowych, takich jak platformy czy dostawcy usług, w zakresie ujawniania informacji o użytkownikach. W założeniu miało to usprawnić postępowania, jednak w praktyce rozwiązanie to budziło wątpliwości co do swojej skuteczności. Ale nigdy nie zakończono nad nim prac legislacyjnych.
– Nawet jeśli uda się uzyskać dane od dużych platform, nadal pozostaje problem identyfikacji rzeczywistego sprawcy, który często działa z zagranicy i wykorzystuje trudne do prześledzenia struktury – tłumaczy Andrzej Zorski.
Unijne prawo
Są jeszcze unijne przepisy. Akt o usługach cyfrowych (DSA) obowiązuje bezpośrednio w Polsce od 17 lutego 2024 r. Obecnie trwają prace nad wdrożeniem tych przepisów do polskiego prawa. Przewidują one m.in. szybką ścieżkę dotyczącą usuwania i blokowania dostępu do nielegalnych treści w internecie.
Chodzi o materiały, które pojawiają się w usługach różnych pośredników, np. platform czy serwisów online. Nie chodzi o dowolne treści, tylko takie, które mogą być uznane za przestępstwo. Na liście zakazanych znalazły się m.in. deepfaki.
Skorzystać z tej ścieżki będą mogły różne podmioty, np. prokurator, policja, ale też zwykły użytkownik. Wniosek trafi do prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej albo do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (jeśli sprawa dotyczy np. platform z wideo).
Antonina Kryńska
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 5/2026