Biznes strachu

Niewiele rzeczy budzi silniejsze emocje niż choroba własna lub bliskiej osoby. Współczesna pseudomedycyna doskonale wykorzystuje ten mechanizm.

Fot. magnific.com

Kiedy ktoś słyszy, że lekarze czegoś nie mówią, że istnieje ukrywana prawda o nowotworach, szczepieniach czy lekach, uruchamia się mechanizm niepewności. Wtedy pojawia się rynek gotowy tę niepewność zagospodarować. Pytanie brzmi nie tyle, dlaczego ludzie wierzą w pseudomedycynę, co kto na tym zarabia.

Sprzedawcy nadziei

Jedną z największych grup beneficjentów są influencerzy zdrowotni. Nie wszyscy oczywiście rozpowszechniają dezinformację, ale część z nich buduje swoją popularność na podważaniu wiedzy medycznej lub promowaniu metod niemających potwierdzenia naukowego.

Model biznesowy jest prosty. Najpierw pojawia się treść wywołująca emocje: ostrzeżenie przed szczepieniami, suplementami ukrywanymi przez koncerny albo rzekomą szkodliwością leków. Następnie oferowane jest rozwiązanie: e-book, webinar, kurs, konsultacja lub konkretny produkt. Im większy niepokój odbiorcy, tym większa szansa na zakup. To mechanizm znany z marketingu internetowego.

Najpierw buduje się problem, potem sprzedaje odpowiedź. W przypadku zdrowia stawką są jednak nie tylko pieniądze, ale często także decyzje dotyczące leczenia.

Suplementy, akademie i portale

Ogromne zyski generuje również rynek suplementów diety i różnego rodzaju urządzeń reklamowanych jako wspierające zdrowie. Preparaty „na odporność”, „na oczyszczanie organizmu”, „na pasożyty”, „na boreliozę” czy „na walkę z rakiem” są często przedstawiane jako naturalna alternatywa dla medycyny.

Podobnie wygląda sytuacja z urządzeniami do biorezonansu, analizatorami częstotliwości czy innymi produktami wykorzystującymi naukowo brzmiące hasła. Dla przeciętnego odbiorcy granica między technologią medyczną a marketingiem bywa trudna do uchwycenia. Dla sprzedawców jest to natomiast bardzo dochodowy biznes. Szczególnie atrakcyjne są produkty, których skuteczności nie trzeba udowadniać w taki sposób jak leków. Pozwala to szybciej wprowadzać je na rynek i budować wokół nich narrację opartą bardziej na emocjach niż na wynikach badań.

Mniej widocznym, ale niezwykle dochodowym segmentem są szkolenia i certyfikacje. W ostatnich latach powstały dziesiątki szkół, instytutów i akademii oferujących kursy terapii naturalnych, energetycznych czy holistycznych. Za kilka tysięcy złotych uczestnicy otrzymują certyfikaty potwierdzające ukończenie szkolenia oraz poczucie zdobycia wyjątkowej wiedzy. W praktyce często chodzi o przygotowanie kolejnych osób, które będą oferowały podobne usługi następnym klientom.

To jeden z najbardziej opłacalnych modeli biznesowych. Nie sprzedaje się produktu, lecz obietnicę kompetencji oraz możliwość wejścia do branży, która ma przynosić zyski.

Na strachu zarabiają również właściciele stron internetowych publikujących sensacyjne treści zdrowotne. Nagłówki o „ukrywanej prawdzie”, „cudownym leku” czy „szokującym odkryciu” generują ogromny ruch, a ruch oznacza wpływy reklamowe. W tym modelu nie liczy się rzetelność informacji, lecz liczba odsłon.

Im bardziej alarmistyczny materiał, tym większa szansa na kliknięcie, udostępnienie i komentarz. W efekcie powstaje środowisko informacyjne, w którym emocje stają się cenniejsze od faktów. Co więcej, takie portale często funkcjonują w symbiozie z influencerami i sprzedawcami produktów. Sensacyjny artykuł buduje zainteresowanie, media społecznościowe zwiększają zasięg, a na końcu pojawia się oferta rozwiązania problemu.

Pseudoterapeuci

Najbardziej widoczną częścią rynku pozostają jednak sami pseudoterapeuci. Oferują konsultacje, sesje, analizy energetyczne, terapie częstotliwościowe czy diagnostykę niemającą wartości klinicznej. Ich działalność często funkcjonuje na granicy prawa. Nie używają słowa „leczenie”, lecz mówią o harmonizacji organizmu, wspieraniu zdrowienia czy przywracaniu równowagi.

Dzięki temu mogą budować wrażenie profesjonalizmu bez konieczności spełniania wymogów obowiązujących zawody medyczne.

Dla wielu pacjentów szczególnie atrakcyjne jest to, że oferują coś, czego często brakuje w przeciążonym systemie ochrony zdrowia: czas, uwagę i poczucie indywidualnego podejścia. Problem pojawia się wtedy, gdy za tymi obietnicami nie stoi skuteczność ani odpowiedzialność.

Kto płaci rachunek?

Niemal każdy element pseudomedycznego ekosystemu może generować zyski. Zarabiają twórcy internetowi, sprzedawcy suplementów, organizatorzy kursów, właściciele portali i samozwańczy terapeuci. Łączy ich jedno: wszyscy funkcjonują dzięki uwadze i emocjom odbiorców. Jedyną stroną, która najczęściej nie zarabia, jest pacjent. To on ponosi koszty finansowe, kupując nieskuteczne produkty i usługi.

To on ryzykuje opóźnienie właściwego leczenia. To on często zostaje sam z konsekwencjami decyzji podjętych pod wpływem strachu. Dlatego pseudomedycyna nie jest wyłącznie problemem medycznym. To również problem ekonomiczny. Dopóki lęk będzie można skutecznie zamieniać na pieniądze, dopóty znajdą się ludzie gotowi go sprzedawać.

Sylwia Wamej

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 7-8/2026